Dwa oblicza Harry’ego Pottera, czyli jak książka dla dzieci przerodziła się w dojrzałą powieść – Michał Nowakowski

Gdy na początku lat 90. J.K. Rowling zaczynała kreślić zarysy fabuły Harry’ego Pottera, nie miała pojęcia jak wielki wpływ wywrze on na milionach osób (w tym na mnie), dla których jej dzieło będzie czymś o wiele większym niż jedynie kolejnym przeczytanym tytułem. W tamtym czasie jedynym marzeniem Brytyjki było wydanie swojej książki i już samo to było dla niej olbrzymim sukcesem. A żeby powieść przerodziła się ostatecznie w całą serię, wykraczało poza jej najśmielsze oczekiwania. Dlatego też nieuniknionym było, że na przestrzeni siedmiu części jakie liczy saga, pojawią się pewne różnice. Kamień Filozoficzny jest historią skierowaną typowo do dzieci. Magiczny i cudowny świat, do którego każde dziecko chciałoby trafić, dał podstawę do rozwoju dużo bardziej dojrzalszej fabuły ukazanej w następnych tomach. Rowling bowiem, tak jak jej fani, dojrzewa na przestrzeni kolejnych publikacji – dojrzewa jako pisarka. Ale jak to się stało, że Insygnia Śmierci tak odbiegają od Kamienia Filozoficznego?

Kluczowym, według mnie, punktem zmian w sadze jest część czwarta. To tutaj początkowo bajkowo-sielankowy charakter przeradza się w dojrzałą historię, która m.in. porusza ważne problemy społeczne. Dlaczego tak sądzę? Otóż w Czarze Ognia po raz pierwszy śmierć zostaje ukazana tak dobitnie. Nie jest to już tylko ogólnikowa wzmianka, jak to miało miejsce w przypadku Quirella. Tu ginie nie tylko ważna fabularnie, ale także niewinna postać, jaką niewątpliwie był Cedric. Tym samym Rowling wychodzi ze świata bajek i pokazuje, że życie nie zawsze jest tak sprawiedliwe i kolorowe, jakim chcielibyśmy je widzieć. Jest to punkt widzenia diametralnie różny od wcześniejszych tomów kończących się happy endem.

Kolejnym punktem zwrotnym dla fabuły zawartej w Czarze Ognia jest odrodzenie się Voldemorta. W poprzednich częściach był on ukazany po prostu jako „główny zły”, postać skonstruowana według znanych nam z innych dzieł kultury schematów. Jego pełny powrót daje natomiast początek nowej formie. Odtąd mamy do czynienia ze złem wyrafinowanym, subtelnym, a przez to jeszcze straszniejszym. Dzięki późniejszym podróżom w głąb myślodsiewni jesteśmy w stanie poznać genezę Toma Riddle’a. Odkrywamy jak z błyskotliwego i ujmującego sieroty stał się okrutnym mordercą, terroryzującym całe społeczeństwo. Ponadto poznajemy różne aspekty jego psychiki, takie jak jego skłonność do gromadzenia trofeów, zdolność do manipulacji czy potrzeba wyróżnienia się. W ten sposób Rowling wykreowała postać złożoną i wielowymiarową, a przez to bardziej interesującą dla dojrzalszego czytelnika.

Nie jest to koniec zmian jakie wprowadza część czwarta. Pojawienie się zaklęć niewybaczalnych i śmierciożerców miało znaczący wpływ na dalsze kształtowanie się fabuły. Dodały jej nie tylko mroczniejszego charakteru, ale także uczyniły bardziej realistyczną (o ile można mówić o realizmie w świecie czarodziejów). Jest to także tom, w którym autorka poruszyła inny ważny problem. Skrzaty domowe, które w Komnacie Tajemnic poprzez postać Zgredka były jedynie uzupełnieniem fabularnym, stają się w Czarze Ognia metaforą nierówności społecznej. Temat ten został podkreślony dzięki działaniom Hermiony Granger, z którą, jak wiemy, autorka poniekąd się utożsamia.

Widzimy zatem, że Harry Potter i Czara Ognia jest częścią spajającą dwa różne oblicza opowieści. Są jednak takie zmiany, które pojawiają się nieco później. Jedną z nich jest przemiana osoby dyrektora Hogwartu. Właściwie przez niemal całe pierwsze pięć lat nauki Harry’ego w Szkole Magii i Czarodziejstwa Dumbledore jawi się nam jako potężny czarodziej, stojący z boku wydarzeń i czuwający nad Harrym. Natomiast od Księcia Półkrwi zaczyna on brać aktywny udział w kierowaniu losami chłopca, z którym spędza wiele godzin w strzeżonym przez gargulca gabinecie. Zaczynamy tu poznawać dyrektora od nieco innej strony, jednak dopiero część ostatnia odpowiada na nasze pytania o jego przeszłość i prawdziwą naturę. Albus zostaje tu ukazany bardziej ludzko. Dowiadujemy się o błędach jakie kiedyś popełnił, które skutkowały tragiczną śmiercią jego siostry, co miało znaczący wpływ na ukształtowanie się jego osobowości. Jest to zupełnie inne przedstawienie Dumbledore’a niż to znane z poprzednich książek. Zamiast nieomylności i idealizacji mamy mądrość okupioną wielkim cierpieniem. Tak oto Rowling, podobnie jak w wypadku Voldemorta, przerodziła bohatera schematycznego w wielowymiarowego i unikalnego.

Widzimy zatem, że autorka potrafiła bardzo zręcznie dostosować historię dla dzieci na potrzeby dojrzalszego odbiorcy. Jednak takie manipulowanie na bieżąco powieścią niesie ze sobą pewnie ograniczenia. Weźmy chociażby pojawianie się w późniejszych częściach elementów, o których powinniśmy wiedzieć wcześniej, a jednak nie było o nich żadnej wzmianki. W taki sposób dowiadujemy się nagle, że różdżka przechodzi w panowanie tego kto pokonał jej poprzedniego pana; że istnieje legilimencja i oklumencja, a zaklęcia niewerbalne nagle stają się bardzo powszechne, mimo że wcześniej prawie nikt (nawet spośród dorosłych czarodziejów) ich nie używał.

Kolejnym przykładem elementu nie do końca przemyślanego jest quidditch. Jeśli przyjrzymy się bliżej, to gra, którą żyje cały czarodziejski świat, jest po prostu bezsensowna. Sytuacja rywalizujących obrońców, pałkarzy i ścigających nie ma właściwie żadnego znaczenia, skoro szukający, łapiąc znicza, zyskuje ot tak 150 punktów, jest więc to dosyć absurdalne. Wyobraźmy sobie mecz piłki ręcznej, w którym jedna drużyna znacząco przegrywa, powiedzmy wynikiem 16:30, a tu nagle pojawia się złota piłeczka, której złapanie odwraca wynik meczu na 31:30. Sprowadza się to do tego, że w 90% przypadków zdobycie znicza wygrywa grę, czyniąc całą resztę niepotrzebnym.

Oprócz tego na przestrzeni kolejnych części pojawiają się zwykłe błędy logiczne. Co jeśli James i Lily Potterowie tak naprawdę nie musieli zginąć? Przypomnijmy sobie, że stało się to na skutek powierzenia roli strażnika tajemnicy Glizdogonowi, który zdradził ich Voldemortowi. Nic jednak nie tłumaczy dlaczego James sam nie został strażnikiem. Mógłby wtedy po prostu pozostać w bezpiecznym schronieniu wraz z żoną i synem, a Czarny Pan prawdopodobnie nigdy by ich nie odnalazł. Dla tych, którzy myślą, że to niemożliwe, przypominam, że dokładnie tak samo uczynili w ostatnim tomie zarówno Bill jak i Artur Weasley.

Widzimy zatem, że różnice pomiędzy początkiem a końcem serii podyktowane są zmianą jej charakteru. Z oryginalnej bajki dla dzieci stała się skomplikowaną i wzruszającą powieścią, czytaną przez ludzi we właściwie każdym wieku. Taka różnorodność świadczy o kunszcie pisarskim Rowling oraz jej szerokiej wyobraźni, jednocześnie niosąc ze sobą ograniczenia, których nawet ona nie zdołała uniknąć. Są to jednak drobne niedoskonałości, które, moim zdaniem, wcale nie odbierają Harry’emu Potterowi wartości, ale czynią go historią jeszcze bardziej unikatową.

„Małe życie”, czyli lekcja jak kochać innych, a przede wszystkim samego siebie – Michał Nowakowski

Hanya Yanagihara jest amerykańską pisarką i dziennikarką. Na co dzień pełni funkcję wicenaczelnej w „The New York Times Style Magazine”. Jednak prawdopodobnie nigdy nie usłyszelibyśmy o niej (chyba że jesteśmy fanami modowych magazynów zza oceanu), gdyby nie Małe życie. Wydana dwa lata temu książka jest jedną z najgłośniejszych powieści 2015 roku, a jej sprzedaż przekroczyła najśmielsze oczekiwania autorki. Pomimo stanowczego stanowiska wobec tak kontrowersyjnych tematów jak chociażby homoseksualizm czy wiara dzieło zebrało wyjątkowo pozytywne opinie, nawet od tak szanowanych gazet jak „The Guardian”. Początkowo także zamierzałem zachwalić tą 813-stronnicową powieść. Ostatecznie jednak, po ponownej lekturze, postanowiłem podzielić się nieco bardziej krytycznym zdaniem.

Autorka przedstawia w Małym życiu historię czworga przyjaciół: J.B., Malcolma, Willema i Jude’a. Bohaterowie poznali się na studiach, które w momencie rozpoczęcia fabuły już ukończyli. Wkraczają teraz w dorosłe życie, coraz mniej przypominające to znane im do tej pory. J.B. próbuje swoich sił jako artysta, ale gdy jego kariera nabiera rozpędu, zaczyna popadać w poważne nałogi. Nie pomaga też wątpliwe towarzystwo, jakie wybiera kosztem swoich przyjaciół. Malcolm długo poszukuje życiowego celu. Zabezpieczony finansowo przez rodziców pracę architekta traktuje nie jak szansę, ale obowiązek. Już dawno zapomniał, dlaczego budowle tak go kiedyś fascynowały. Z kolei dla Willema, który pochodzi z prowincji, Nowy Jork jest miejscem, gdzie wreszcie może spełnić marzenie o karierze aktorskiej. Poza uczęszczaniem na castingi pracuje jako kelner, a mieszkanie (obskurną, ciasną klitkę) wynajmuje razem z najlepszym kumplem: Judem. Ten skromny i bystry chłopak ma za sobą wyjątkowo traumatyczną przeszłość, o której nigdy nie mówi. Z tego powodu jego najbliżsi prawie nic o nim nie wiedzą, przez co często mają do niego o to pretensje. On sam stroni od kontaktów towarzyskich, znacznie lepiej czuje się na uniwersytecie, gdzie kontynuuje naukę prawa i matematyki.

Cała sztuka z przyjaźnią polega na tym, żeby znaleźć ludzi lepszych od siebie, nie inteligentniejszych, nie bardziej cool, ale lepszych, serdeczniejszych i bardziej wybaczających, a potem szanować ich za to, czego mogą cię nauczyć i słuchać ich, gdy mówią ci coś o sobie samym, choćby najgorszego… albo i najlepszego, to się zdarza; i ufać im, co jest najtrudniejsze ze wszystkiego. Ale też i najlepsze.

Yanagihara nie spieszy się w snuciu opowieści. Na początku pozwala nam dokładnie poznać każdego z bohaterów i wyrobić sobie o nich zdanie. Może to powodować pewne znużenie, ale z drugiej strony – maluje nam możliwie najpełniejszy obraz psychologiczny postaci, który będzie istotny w dalszych etapach książki. Gdy wreszcie historia rusza na dobre, zostają nam ukazane kolejne epizody z życia czworga przyjaciół na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Mimo tak długiego okresu akcji fabuła rozwija się bardzo dynamicznie, a czytanie staje się coraz przyjemniejsze.

Ciekawym aspektem jest perspektywa, z jakiej poznajemy losy bohaterów. Początkowo w wydarzeniach bierze udział po równo cała czwórka protagonistów. Jednak stopniowo osią fabuły stają się losy Jude’a, z którymi przeplatają się wątki innych postaci. Autorka podkreśla w ten sposób najciekawszą i najbardziej złożoną kreację w powieści. Obserwujemy wysiłek, jaki wkłada ten bohater, by móc funkcjonować normalnie oraz problemy, z którymi musi się zmagać. Jednocześnie powoli poznajemy przyczyny jego lęków, kompleksów oraz słabości.

Na uwagę zasługuje zróżnicowanie bohaterów pod względem psychologicznym. Ekstrawertyzm J.B. zostaje skonfrontowany ze zdystansowaniem i zamknięciem Jude’a, a zaangażowanie i determinacja Willema rzuca się w oczy na tle obojętności Malcolma. To oczywiście tylko skrótowe opisy, ale dają obraz mozaiki osobowości zawartej w powieści. Tu jednak pojawia się jedna z jej wad. O ile Jude jest niewątpliwie bohaterem wielowymiarowym i interesującym, to reszta postaci okazuje się dość schematyczna. Szczególnie irytuje mnie w tym aspekcie Willem, który przez większość czasu jest po prostu dobry. Pomyślcie o pięciu przypadkowych, pozytywnych cechach, a istnieje duże prawdopodobieństwo, że opiszecie właśnie jego. Szlachetny, lojalny, wrażliwy, pomocny… i tak do znudzenia. Nie podoba mi się także tendencja Yanagihary do wyolbrzymiania niektórych zjawisk. Miałem momentami wrażenie, jakby autorka na siłę starała się wywołać kontrowersje, czy to bardzo mocno eksploatując wątki homoseksualne, czy też kierując losami Jude’a w sposób tak tragiczny, że aż przejaskrawiony. Nie jest to jednak coś, co bardzo przeszkadza w odbiorze książki. Ot, jedynie drobna niedoskonałość.

W ogólnym rozrachunku Małe życie jest wyróżniającą się powieścią. Poprzez dobrze opowiedzianą historię przekazuje uniwersalne prawdy o nas samych, a także opinie autorki na tematy społeczne. Nie ma też wątpliwości, że jest to książka trudna. Mocno odwołuje się do naszej wrażliwości, zostawiając w nas pewnego rodzaju pustkę po skończonej lekturze. Mimo wszystko ponad 800 stron oraz dogłębne analizy psychologiczne sprawiają, że jest to czasochłonne doświadczenie. Pomimo pokaźnej objętości jest to nadal piękna podróż przez ból, cierpienie, samotność, ale także miłość czy przyjaźń; słowem: wszystko to, co składa się na nasze życie. Dzieło Yanagihary mogę polecić każdemu, kto szuka ambitnego i nowatorskiego tytułu, który zostawi po lekturze ślad w czytelniku, a może nawet zmieni sposób, w jaki patrzy na pewne sprawy.

ocena: 4/5

Bahama Films, czyli scenopisarstwo dla miłośników kina

Miło nam oznajmić, że rozpoczęliśmy współpracę z Bahama Films – firmą od lat zajmującą się szkoleniem scenarzystów filmowych i telewizyjnych. Absolwenci Bahama Films dostali się do wymarzonych szkół filmowych w Polsce, kilkanaście osób tworzy seriale telewizyjne, niektórzy sprzedali swoje scenariusze fabularne, inni sami je zrealizowali. Jedna z kursantek prezentowała tekst napisany na warsztatach kontynuacyjnych podczas festiwalu w Cannes, a inny uczestnik kursu był nominowany do Oscara. Już niedługo firma zorganizuje kolejne warsztaty scenopisarskie, na które zapraszamy również i my! Szczegóły poniżej i na plakacie.

BAHAMA FILMS ZAPRASZA NA 23. EDYCJĘ WARSZTATÓW

SCENARIOPISARSTWO DLA POCZĄTKUJĄCYCH”

Podczas oglądania filmów zdarza Ci się myśleć, że historię z ekranu opowiedziałbyś zupełnie inaczej? W Twojej głowie kłębią się pomysły, które chciałbyś zobaczyć w kinie albo w telewizji? Warsztaty Bahama Films pomogą Ci zdobyć praktyczne umiejętności i zrobić pierwszy krok w świat filmu.

Warsztaty scenariuszowe BAHAMA FILMS przeznaczone są dla wszystkich, którzy chcą spróbować swoich sił w branży filmowej. Podczas zajęć uczestnicy poznają tajniki pisania scenariuszy, począwszy od wyboru tematu, opracowania konceptu i struktury scenariusza, aż po sposób kreacji postaci i pisanie dialogów. Uczą się też pitchingu, czyli fachowego sposobu prezentacji własnego projektu filmowego. Każdy uczestnik kończy zajęcia z osobistym profesjonalnym scenariuszem oraz podstawowym warsztatem scenarzysty stanowiącym podłoże do rozwoju. Absolwenci wpisani zostają do bazy scenarzystów BAHAMA FILMS z szansą na dalszą współpracę przy projektach filmowych i serialowych. Mają oni także możliwość kontynuowania rozwoju, podczas innych warsztatów scenariuszowych oraz zajęć tematycznych, poświęconym gatunkom filmowym.

Warsztaty obejmują 30 godzin zajęć. Praca przebiega w małych grupach (5-8 osób). Warsztaty organizowane są w centrum Warszawy (przy ulicy Puławskiej 61) oraz w centrum Krakowa, zarówno w dni powszednie, jak i w weekendy (możliwość wyboru dogodnego terminu).

Zapisz się już dziś!

Wszelkie informacje dostępne są na naszej stronie internetowej: www.bahamafilms.pl

Czekamy na Was również na Facebooku: http://www.facebook.com/bahamafilms.fanpage

Polska sposobem na życie – Aleksandra Stronkowska

„Polska stała się dla mnie sposobem na życie” – te słowa podczas spotkania na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II powiedział profesor Cheong Byung-Kwon, twórca pierwszego polskiego ośrodka w Korei Południowej, założyciel polonistyki na Hankuk University of Foreign Studies w Seulu, tłumacz Pana Tadeusza i Lalki na język koreański. Człowiek, który upodobał sobie i pokochał kraj odległy od swojej ojczyzny o ponad siedem tysięcy kilometrów. Poszłam na to spotkanie ze świadomością, że posłucham kogoś pracowitego i uzdolnionego. Okazało się, że dodatkowo miałam okazję przekonać się, że profesora można określić mianem polskiego patrioty.

Processed with VSCO

Spotkanie z Cheongiem Byung-Kwonem było niezwykłe pod wieloma względami. Po pierwsze – było to jedyne takie wydarzenie w Polsce, po drugie – sama historia profesora jest niezmiernie ciekawa.

Można powiedzieć, że Cheong Byung-Kwon już jako mały chłopiec marzył o poznaniu odległej kultury – niekoniecznie polskiej – jednak nieznanej i tajemniczej. Jak sam powiedział, będąc w szkole, tęsknił do jakiegoś dalekiego kraju, chciał zgłębić obcą tradycję i historię. Żyjąc ciągle tym pragnieniem, już jako student stwierdził, że chce nauczyć się polskiego – języka, którego nikt w Korei nie zna na tyle dobrze, aby propagować polską kulturę. W jego ojczyźnie nie było nikogo, kto mógłby przekazać ambitnemu człowiekowi taką wiedzę, ba, okazało się, że nawet możliwość dostania się do odległego europejskiego państwa była trudna do zrealizowania. Jednak, żeby poznać ten niedostępny w ojczyźnie dla Koreańczyka język, Byung-Kwon musiał wyjechać do Polski – jeżeli by tego nie zrobił, spełnienie swojego największego marzenia stałoby się nierealne. Myślę, że sytuacja dla wielu z nas wydałaby się nie do rozwiązania i zrezygnowalibyśmy z jej realizacji. Usłyszałam na tym spotkaniu banalną odpowiedź profesora na pytanie, jak zaczął uczyć się naszego języka: „Jeżeli nie mogłem dostać się do Polski, to dotarłem jak najbliżej jej”. I tak w 1978 roku znalazł się w Berlinie Zachodnim.

Dalej historia nauki profesora Cheonga Byung-Kwona także jest niezwykła. Będąc w RFN i chcąc uczyć się języka polskiego, najpierw musiał poznać niemiecki, i to na tyle dobrze, aby z tamtejszych podręczników zacząć uczyć się polskiego. Tu znowu sytuacja bardzo się komplikuje, kolejna przeszkoda na drodze do realizacji marzenia – jak nauczyć się dodatkowego języka, którego nie miało się nawet w planach? Profesor jednak podczas spotkania powiedział, że nie miał wyboru. Zdawał sobie sprawę, że nie będzie łatwo i jeżeli on nie nauczy się języka polskiego, to nikt w Korei nie będzie go umiał. Poznał więc język Goethego, co w końcu zaowocowało rozpoczęciem przyswajania mowy polskiej. Zaskoczyło mnie z jaką oczywistością to mówił – tak jakby nauczenie się obcego języka było najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Ponownie się udało. Mały chłopiec odnalazł swój odległy kraj, o którym tak długo marzył.

Kolejne etapy to już tylko pasmo translatorskich sukcesów, wynikających przede wszystkim z dalszej ciężkiej pracy. Zaczęło się od przetłumaczenia na koreański artykułu o Korei Południowej, który opublikowano w „Polityce”. Profesor powiedział na spotkaniu, że chciał go przełożyć, ponieważ nikt inny by tego nie zrobił. Cheong Byung-Kwon ma na swoim koncie także wydanie słownika polsko-koreańskiego.

Na spotkaniu padło również stwierdzenie, że polonistyka na Hankuk University of Foreign Studies w Seulu to najlepsza i notabene jedyna prawdziwa filologia polska poza granicami naszego kraju. I tu znowu zdziwienie – jak to, na koreańskim uniwersytecie, kto z Korei chce się uczyć naszego języka, jaki widzi w tym sens? Myliłam się, zakładając, iż polonistyka w Seulu jest kierunkiem niszowym. W tej chwili filologię polską studiuje 113 koreańskich studentów, a w ośrodku pracuje 12 wykładowców. Dlaczego zainteresowanie naszym krajem w tak odległym azjatyckim państwie jest tak duże? Przede wszystkim dlatego, że studenci po ukończeniu studiów praktycznie od razu mają pracę – czy to w ambasadach, czy firmach koreańskich wchodzących na polski rynek. Pracodawcy potrzebują osób znających język i kulturę Polski. Drugim powodem dużej liczby studentów na tym kierunku jest popularność Chopina. Muzyka tego twórcy jest bardzo lubiana w Azji, przypomnijmy sobie ostatni Konkurs Chopinowski i jego zwycięzcę – został nim Cho Seong-Jin z Korei Południowej.

Studia te jednak nie są proste. Przez pierwsze dwa lata studenci intensywnie uczą się posługiwania językiem polskim; ćwiczą konwersacje, jest to fundamentalny krok, który pozwoli przejść dalej – do poznawania literatury, historii, ekonomii i polityki.

Processed with VSCO with hb1 preset

Spotkanie jednak miało głównie na celu zapoznać polskich uczniów, studentów i uczonych z translatorskim dorobkiem profesora z Korei. Jak wspominałam, zaczął od tłumaczenia artykułu z „Polityki” – można powiedzieć, że był to pierwszy krok w podjęciu bardziej wymagającej pracy, czyli przetłumaczenia jednych z największych polskich dzieł literackich – Pana Tadeusza w 2005 roku i wydanej całkiem niedawno, bo w październiku tego roku, Lalki.

Prace nad przełożeniem epopei Adama Mickiewicza trwały trzy lata. Profesor pracował nad utworem razem z trzema asystentami. Tłumaczenie było skrupulatne i czasochłonne – przełożenie jednej strony trwało miesiąc! Ale udało się. Dodatkowo koreański Pan Tadeusz zachowuje rytmikę oraz złożony podział dzieła. Wydanie naszej narodowej epopei odbiło się głośnym echem w Korei Południowej, tamtejsze władze ogłosiły przekład Cheonga Byung-Kwona książką roku 2006 i rozprowadziły ją do bibliotek oraz uniwersytetów w całym kraju.

Jednak na spotkaniu najwięcej było mowy o Lalce Bolesława Prusa (dodatkowo, podczas wydarzenia, można było podziwiać wystawę polskich wydań tejże powieści z przeróżnych okresów). Cheong Byung-Kwon już w czasach studiów w RFN zainteresował się dziełem wielkiego twórcy – uważał (i nadal uważa), że jest to najwybitniejszy utwór polskiego pozytywizmu. W Lalce najbardziej spodobała mu się postać Stanisława Wokulskiego, a przede wszystkim jego, jak to ujął, „medytacje”. Zapytany o najważniejszy według niego przekaz dzieła, odpowiedział, że Prus chciał poprzez swoją książkę uświadomić Polakom, że najważniejsza jest praca. Co ciekawe profesor wysnuł także interesujące porównanie. Według niego ksiądz Robak z Pana Tadeusza i Wokulski z Lalki są do siebie bardzo podobni. Dlaczego? Ponieważ są prawdziwymi patriotami.

Spotkanie z Cheongiem Byung-Kwonem było niezwykłe. Wiele się mówi o inteligencji i pracowitości Azjatów. Profesor potwierdził te zdania nie tylko całym swoim naukowym dorobkiem, ale przede wszystkim uporem w dążeniu do spełnienia wydawałoby się nierealnego marzenia o wyjechaniu do dalekiego europejskiego kraju. Może to nas tylko inspirować i dodawać siły w realizowaniu swoich planów i celów. Cheong Byung-Kwon utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że nie ma rzeczy niemożliwych. Trzeba tylko się poświęcić i ciężko pracować. A co ma w translatorskich planach profesor z Seulu? Wesele Wyspiańskiego, jednak to jeszcze nie teraz, jak powiedział, jest zmęczony Lalką, bo czasami ten Prus tak nudno pisał

Processed with VSCO with hb1 preset

Łódzkie murale, woonerfy, meble miejskie i nie tylko… czyli o kulturze zawartej w infrastrukturze – Krystian Słomiński

Przestrzeń Łodzi – do niedawna szara i nieprzyjazna – od kilku lat zmienia się nie do poznania. Wiele obdrapanych ścian budynków odzyskało blask, niektóre z nich stały się też nośnikami wielkoformatowych malowideł – zwanych muralami. Kilka bocznych uliczek, niegdyś zaniedbanych i podziurawionych, służy obecnie jako strefa wypoczynku, zwana podwórcem albo woonerfem. Znajduje się tam mnóstwo zieleni i miejsc do odpoczynku, a ruch samochodów ograniczony jest do minimum. Spacerując po Łodzi, można natrafić na ławeczkę, na której siedzi Julian Tuwim albo inni wielcy łodzianie, a nawet natknąć się na kolorową skrzynkę elektryczną.

Na początek mural

Murale znane już były w okresie PRL-u. Pełniły wtedy rolę marketingową – reklamowały państwowe przedsiębiorstwa. Dzisiaj funkcjonują w przestrzeni miejskiej jako dekoracje. Wspaniale komponują się z popękanymi i lekko podniszczonymi elewacjami kamienic, co dodaje im swoistego uroku. Łódź to jedno z miejsc w Polsce, gdzie tego typu malowideł jest najwięcej. Pod koniec lat 90. XX wieku zaczęto tworzyć murale artystyczne nawiązujące stylem do graffiti. W 2001 roku przy ulicy Piotrkowskiej powstał rysunek przedstawiający plac Wolności, na środku którego stoi wielka łódka. Jest to tzw. mural-alegoria ukazujący abstrakcyjny obraz. Istnieją także murale iluzyjne przedstawiające okna i postaci w nich stojące. Tego typu malunek idealnie wypełnia i zarazem maskuje zbyt rzucające się w oczy puste szczyty budynków. W 1999 roku powstał w Łodzi mural podobnego gatunku z wizerunkami znanych osób związanych z tym miastem. Rysunki świetnie wypełniają przestrzenie na elewacjach kamienic i nadają miejscu niesamowity klimat1.

Tajemniczo brzmiący woonerf

Ta enigmatyczna nazwa to inne określenie dla miejskiego podwórca. Jest to rodzaj ulicy będącej strefą wypoczynkową, z uspokojonym ruchem, miejscami do siedzenia oraz licznymi nasadzeniami. Całość prezentuje dość wysoki poziom pod względem estetycznym. Nawierzchnia zbudowana jest zwykle z ozdobnej kostki. Pierwsze woonerfy pojawiły się w latach 70. XX wieku w Holandii, stamtąd pochodzi też nazwa zjawiska.

W Polsce podwórzec pojawił się stosunkowo niedawno. Jednym z pierwszych miejsc tego typu jest woonerf przy ulicy 6 Sierpnia w Łodzi – stworzony w 2014 roku. Inwestycja na tyle przypadła do gustu mieszkańcom, że już rok później wybudowano następny miejski podwórzec – mieszczący się przy ulicy Traugutta. Kolejny stworzono przy ulicy Piramowicza. Dzięki takim inicjatywom przestrzeń miejska jest bezpieczniejsza i bardziej przyjazna użytkownikom. Ruch w okolicy znacznie się uspokoił, dzięki czemu jest to idealne miejsce do rekreacji oraz odpoczynku2.

Ławeczka i kuferek, czyli o meblach miejskich

Łódź to jedyne miasto w Polsce, gdzie spacerując ulicą, można spotkać wypoczywającego na ławce Juliana Tuwima albo siedzącego na kuferku i piszącego „Ziemię obiecaną” Władysława Reymonta. By nie zapomnieć o wielkich mieszkańcach miasta, stworzono tzw. Galerię Wielkich Łodzian. Dlatego oprócz wyżej wspomnianych swe pomniki mają także inne osobistości jak np. siedzący w swym fotelu Stefan Jaracz, grający na fortepianie Artur Rubinstein, ponadto jest też pomnik lampiarza wspinającego się po drabinie na słup, żeby zapalić uliczną latarnię, a także stół, przy którym znajdują się trzej twórcy Łodzi przemysłowej – Izrael Poznański, Karol Scheibler i Henryk Grohman. Jest jeszcze ławeczka Jana Karskiego mieszcząca się w Parku Ocalałych3.

Co łączy Misia Uszatka z Plastusiem?

Od pierwszych lat powojennych aż do końca lat 90. XX wieku istniało w Łodzi studio Filmowe Se-ma-for. Przedsiębiorstwo zajmowało się tworzeniem filmów animowanych. W studiu powstały takie dzieła jak np. Miś Uszatek czy Pingwin Pik-Pok. Miasto nie zapomniało o legendarnych postaciach z bajek i stworzyło projekt o nazwie „Łódź bajkowa”. Przedsięwzięcie obejmuje dziewięć rzeźb ukazujących sylwetki animowanych postaci, które są rozsiane po całym mieście. Pierwsza powstała w 2009 roku, oczywiście przy ulicy Piotrkowskiej, i przedstawia Misia Uszatka. Wśród najciekawszych wyróżnić można takie rzeźby jak Filemona i Bonifacego – znajdujące się na terenie Muzeum Kinematografii, Wróbla Ćwirka stojącego w Parku Źródliska, Ferdynanda Wspaniałego witającego klientów wchodzących do Galerii Łódzkiej, czy Plastusia z Parku Sienkiewicza4.

Nawierzchnia także może być pomnikiem

Spacerując po trotuarze albo asfalcie, najczęściej nie zastanawiamy się, po czym tak naprawdę stąpamy. Czasem jednak warto się na chwilę zatrzymać i spojrzeć w dół, z pozoru bowiem zwyczajny chodnik może pełnić także funkcję monumentu. W 1999 roku władze miasta wpadły na pomysł, żeby niewielka część nawierzchni ulicy Piotrkowskiej była pomnikiem łodzian. Od tej pory na najsłynniejszym deptaku w Polsce można obserwować kilkanaście tysięcy betonowych kostek z nazwiskami mieszkańców. Cały projekt nosi nazwę Pomnika Łodzian Nowego Millenium. To nie jedyny przykład wykorzystania nawierzchni do celów kulturowych, gdyż nieopodal, na wysokości Pasażu Rubinsteina, stworzono Aleję Gwiazd – wzorowaną na tej z Hollywood. Widnieją tam nazwiska najsłynniejszych polskich aktorów, reżyserów i innych osób związanych z kinematografią. Znajdują się tam między innymi nazwiska Gustawa Holoubka, Janusza Gajosa, Krystyny Jandy, Agnieszki Holland czy Jerzego Kawalerowicza. Innym miejscem godnym uwagi jest fragment ulicy Tuwima, w którą wkomponowano torowisko tramwajowe. Pojazdy szynowe nie jeżdżą tam co prawda od lat 80. XX wieku, ale szyny pozostały – mało tego, świetnie współgrają za świeżo wybrukowaną nawierzchnią5.

Skrzynki elektryczne dziełem sztuki

Jest ich w mieście bardzo dużo. Są małe, kanciaste, często szpecą krajobraz swoim wyglądem. Ostatnio zaczęły przechodzić wizualną metamorfozę, a to za sprawą umieszczania na nich różnego rodzaju malowanych rysunków przede wszystkim przedstawiających zabytki oraz sławnych ludzi związanych z Łodzią6. Tak wiec odnaleźć można skrzynki z podobizną Tuwima, szkicami kamienic, symbolami związanymi z filmem, a także graffiti. Istnieje duża dowolność w sposobie zdobienia tych małych elementów infrastruktury, wszystko zależy od wyobraźni.

Przestrzeń miejska nie musi być wcale szara i betonowa. Nawet popękane mury kamienic, odpowiednio przyozdobione, mogą stać się obiektem zwracającym uwagę przechodniów. Każdy element miejskiej zabudowy ma szansę przyciągnąć wzrok poprzez swój oryginalny wygląd, wystarczy dobry pomysł oraz jego skrupulatna realizacja, a nawet najbardziej zwyczajne miejsce stanie się niezwykłe i klimatyczne.

1 Bartosz Stępień, Łódzkie murale. Niedoceniona grafika użytkowa PRL-u, Łódź 2010.

2 Bartosz Zimny, Hubert Barański, Woonerf podwórzec miejski, http://woonerf.dlalodzi.info/czym_jest_woonerf.html [dostęp online: 13.05.2016].

3 Krzysztof Kowalewicz, Pomniki z Galerii Wielkich Łodzian, http://lodz.wyborcza.pl/lodz/1,35153,3404671.html [dostęp online: 13.05.2016].

4 Łódź Bajkowa, https://pl.wikipedia.org/wiki/Łódź_Bajkowa [dostęp online: 13.05.2016].

5 Aleja Gwiazd w Łodzi, https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleja_Gwiazd_w_Łodzi [dostęp online: 13.05.2016].

6 Matylda Witkowska, Będą zwiedzać Łódź szlakiem skrzynek elektrycznych, http://www.dzienniklodzki.pl/wiadomosci/lodz/a/beda-zwiedzac-lodz-szlakiem-skrzynek-elektrycznych,9743973/ [dostęp online: 22.11.2016].

„Kup pan pióro”, kup pan „Moskala” – Krzysztof Abramowski

Z Moskalem Gołkowskiego mam nie lada problem. Książka wbija w fotel, akcja obfituje w mroczne intrygi wczesnych lat 90. ubiegłego wieku, a bohaterowie składają się z krwi, kości oraz zimnej wódki i dymu papierosowego. Dlaczego więc mam z Moskalem problem? Zapraszam do recenzji najnowszej książki Michała Gołkowskiego.

Już opis na czwartej stronie okładki kreśli nam specyficzny obraz świata późnego PRL-u. Interesy załatwia się głównie pod stołem, a żeby przebić się z szarych warszawskich dzielnic do luksusowych salonów, trzeba zapomnieć o własnym jestestwie, zasadach moralnych oraz wyrzucić ze słownika słowo „sumienie”, które na stronach Moskala brzmiałoby niczym największe dziwadło niepasujące do układanki.

Główny bohater, Artur „Moskal” Wiktorowicz, jedzie autostradą prosto do piekła. I ani rodzina, ani przyjaciele, ani nawet on sam nie jest w stanie nacisnąć hamulca. W kolejnych rozdziałach możemy zaobserwować jego dynamicznie postępującą przemianę. Wszystko zaczyna się od prostego: „Kup pan pióro”, kiedy na jednej z uliczek spotyka pewnego łachmaniarza. Pal licho, przecież to tylko pióro. Co mu szkodzi? W ten sposób pozbawił nachalnego sprzedawcę ciężaru, o jakim Wiktorowiczowi nawet się nie śniło.

Dalej dzieją się rzeczy niezwykłe. Potężne kontrakty opiewające na bajońskie sumy, opancerzone SUV-y, mafia. Sex, drugs & alcohol. Głównie ten rosyjski. Brzmi to wszystko jak hollywoodzki film, ale klimat książki jest ciężki, wschodni, prawdopodobnie zupełnie niezrozumiały dla zachodniego czytelnika. Jak dla mnie to naprawdę duży plus najnowszej prozy Gołkowskiego.

No dobrze. Jeśli namówiło to czytelnika do zakupu książki, świetnie. Teraz mniej cukru, a więcej goryczy. Poniżej będzie o tym „problemie” z pierwszego akapitu recenzji. Wiążę się on ściśle z fabułą książki, której za żadne skarby nie chcę zdradzać, ale można się pokusić chociaż o kawałeczek.

No więc… ostatnie sto stron książki można by było wyrzucić. Poważnie. Może ktoś się ze mną nie zgodzi, ale mimo tego, że idea Moskala wgniata w fotel, to akcja powinna się urwać dużo wcześniej i zostawić czytelnika walniętego obuchem po głowie, leżącego rozłożonym na łopatki. Zamiast tego nie kończy się i próbuje ocucić, otrzepuje z kurzu i jeszcze pomaga wstać. Puenta zmiany tytułowego Moskala, cały ciąg wydarzeń i dramatycznego obrotu spraw zwalnia, przybiera zupełnie inny wydźwięk i wybija z rytmu. Może nie jest to wielki błąd czy rzecz, która odstręcza od przeczytania książki. Właściwie można ją ominąć, nie zwrócić nawet uwagi. Ale mnie osobiście zapadła w pamięć.

Należy wspomnieć jeszcze o języku, bo Michał Gołkowski wykonał naprawdę dobrą robotę. Jako osoba żywo zainteresowana literaturą rosyjskojęzyczną – przecież jest zawodowym tłumaczem – wplótł do tekstu wiele rusycyzmów, zwrotów, nawet nawyków językowych ludzi wschodu. Nie znam rosyjskiego i nie wiem, czy aby na pewno każdy bezpośredni zwrot do adresata Rosjanie kończą imieniem i nazwiskiem rozmówcy, ale… mnie Gołkowski przekonał, że tak właśnie jest.

Z końcową oceną Moskala też mam problem, bo to naprawdę dobra książka, tylko po drodze (mam takie wrażenie) autor niepotrzebnie zboczył z toru. Możliwe, że to kwestia tego szaleńczego tempa powstania książki – zawrotne dwa miesiące! Jeśli taki tytuł powstał tak krótko, to tylko życzyć autorowi więcej udanych projektów. Bo jedno jest pewne: Gołkowski przyciąga uwagę. Robi wokół siebie zamieszanie. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości, dlatego obawiałbym się przed daniem Moskalowi mniej niż mocnej czwórki i takiej cichej nadziei na dalsze, może nieco lepiej zakończone książki.

wydawnictwo: Fabryka Słów

liczba stron: 480

data wydania: sierpień 2016

ocena: 4/5

Typoduchy, czyli jak zamiłowanie do słowa połączyło się z designem – Viktoria Kopaczewska

Zdarzyło się Wam przeczytać jakieś słowa, które tak mocno Was poruszyły, że najchętniej nie rozstawalibyście się z nimi ani na chwilę? A gdyby istniał sposób na ich uwiecznienie, tak aby nawet w trakcie snu mieć je przy sobie…?

Pomysł na typoduchy, czyli poduszki z napisami, powstał kilka lat temu podczas niesamowitego wydarzenia jakim jest Festiwal „Miasto Poezji”. Początkowo były one ogromnych rozmiarów i widniały na nich nazwiska festiwalowych gości. Kiedy jednak zauważono, jak ogromnym zainteresowaniem się cieszą (w niewyjaśnionych okolicznościach ginęły z punktów, w których były rozłożone), powstał pomysł na prowadzenie warsztatów, gdzie każdy uczestnik będzie miał szansę wykonać takie cudo samodzielnie. Pierwsze tego typu warsztaty miały miejsce dwa lata temu z okazji kolejnej edycji wyżej wspomnianego festiwalu, obecnie odbywają się częściej.

Processed with VSCO with hb1 presetProcessed with VSCO with hb1 preset

Ósmego października miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w tym niezwykłym procesie tworzenia małych dzieł sztuki. Dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że poszewki każdy musi uszyć samodzielnie. W jednej chwili ogarnęło mnie przerażenie, bo – chociaż wstyd się przyznać – nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z maszyną do szycia. Na szczęście warsztaty prowadziły dwie niesamowite kobiety – Magdalena Krasuska i Monika Czapka, które krok po kroku tłumaczyły, jak należy przygotować materiał, jak odpowiednio go wymierzyć oraz ułatwić sobie pracę, żeby efekt końcowy był zachwycający. I choć samo szycie poduszki wymagało pewnej dozy skupienia i zdolności manualnych, to prawdziwa zabawa zaczęła się w momencie przygotowywania napisów na poszewki. Podczas zgłoszeń każdy uczestnik miał szansę wybrać słowa, które chciałby umieścić na swojej poduszce. Istnieją jedynie dwa ograniczenia – długość cytatu oraz jego treść, która rzecz jasna musi być na pewnym poziomie. Cytat nie może być zbyt długi ze względów czysto praktycznych – małe znaki trudniej się odbija. Aby przygotować szablon należało odpowiednio odkleić litery ze specjalnie spreparowanej taśmy; było to mozolne zadanie, a najlepsze miało dopiero nadejść! Najlepsza zabawa zaczęła się w momencie, kiedy na stole pojawiły się różnokolorowe farby – każdy z nas mógł dowolnie wybrać barwy. Niektórzy stawiali na prostotę i wybierali klasyczną czarną farbę, inni odnajdowali w sobie duszę artysty i tworzyli nietuzinkowe wzory, używając przenikających się nawzajem odcieni. Każdy z nas ostrożnie nakładał farbę, sama myślami byłam już w domu, zastanawiając się, jakie miejsce zajmie gotowa poduszka. Efekt był zdumiewający. Ten etap pracy podobał mi się najbardziej. Po minach uczestników widać było, że im także – stresujący moment kontaktu z maszyną do szycia już minął, można więc puścić wodze fantazji i stworzyć coś niezwykłego. Większość cytatów miała związek ze snem lub trudnościami, jakich przysparza nam poranne wstawanie, oczywiście w żadnym stopniu nie był to przypadek.

Processed with VSCO with hb1 preset

Kiedy poszewki były już gotowe i farba schła, miałam okazję porozmawiać z pozostałymi uczestnikami. Każdy cieszył się z wykonanej poduszki i był zachwycony warsztatami. Jest tylko jeden minus – liczba zgłoszeń przewyższa możliwości Domu Słów, siłą rzeczy wszyscy chętni się nie zmieszczą. Tym z Was, którym nie udało się tym razem, mogę zdradzić, że w listopadzie będzie kolejna szansa. Bądźcie czujni 😉