Recenzja „Azylu” Jarosława Grzędowicza – Karolina Wnuk

Każdy z nas ma takie sprawy z przeszłości, do których wolałby już nie wracać. Lepiej o nich zapomnieć, zostawić gdzieś, zagubić. Jarosław Grzędowicz może nie wstydzi się swoich młodzieńczych tekstów, ale na pewno jeszcze do niedawna myślał, że nigdy ich nie odnajdzie. Aż do czasu, gdy Fabryka Słów uparła się, że opowiadania znajdzie, zbierze w antologię i wyda. Więc znalazła, wydała i tak powstał Azyl.

Autorowi Pana Lodowego Ogrodu w tym roku wybiło 35 lat pracy twórczej. Z tej okazji wydawca podjął się niełatwej pracy odnalezienia nawet tych najstarszych tekstów Grzędowicza. Sam wątpił w powodzenie misji i już na początku przyznał, że jego debiut z 1982 roku, Azyl dla starych pilotów, przepadł bezpowrotnie. Jednak Fabryce udało się dotrzeć do dziewięciu opowiadań, które możemy przeczytać w zbiorze w możliwie pierwotnej postaci – jeszcze przed opowiadaniami, we wstępie do Azylu, Grzędowicz zapewnia, że w tekstach poprawił tylko drobne błędy. Czytelnik trzyma więc w ręku książkę z jednej strony pachnącą świeżym papierem, oprawioną w błyszczącą, piękną okładkę (lub e-booka zajmującego cudownie mało miejsca w torebce), ale z drugiej strony te słowa zostały napisane kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat temu. Otwieramy więc razem z autorem tę unikalną kapsułę czasu i jesteśmy jakby świadkami jego rozwoju pisarskiego.

Na książkę składają się opowiadania tak różne, że nie sposób ocenić jej jako całości. Grzechem byłoby jednak, gdybym nie wspomniała, jak starannie została wydana. Oprócz słowa wstępu i obfitego posłowia możemy też przeczytać komentarze autora umieszczone przy każdym opowiadaniu, co pozwala nam zrozumieć okoliczności ich powstania i stosunek samego Grzędowicza do każdego tekstu. Przez to sami stajemy się, tak jak on, obserwatorami odkurzonych z przeszłości perełek. To dobrze, że możemy poznać coś więcej niż same dzieła, ale czy nie dużo lepiej czytałoby się opowiadanie, wiedząc o jego genezie jeszcze przed początkiem lektury? Daty powstania niektórych z nich trzeba szukać w posłowiu albo w internecie. Możliwość zliczenia czasu między napisaniem czy publikacją kolejnych dzieł jeszcze bardziej podsyciłaby naszą ciekawość. Moglibyśmy łatwo oszacować, w jakim tempie Grzędowicz rozwijał się pisarsko. Obecna forma to trochę jak prolog na końcu książki – teoretycznie da się czytać, ale w praktyce czegoś na początku brakuje. Tym bardziej, że czytając kolejne teksty i zapominając na chwilę o specyfice zbioru, można odnieść wrażenie, że zostały napisane w krótkim odstępie czasowym i specjalnie do tej antologii.

Przyjrzyjmy się każdemu tekstowi z osobna – przecież każdy z nich to zupełnie inny Grzędowicz. Na sam początek jesteśmy uraczeni debiutem opublikowanym na łamach czasopisma „Odgłosy”. Azyl dla starych pilotów odkrywa przed nami oblicze świata, w którym codzienne zmagania życiowe bohatera z krwiożerczymi monstrami zostają sprowadzone do rozrywki dla gawiedzi. Niech nie zwiedzie was, drodzy przyszli czytelnicy, niewielka objętość i krótka fabuła! Opowiadanie naszpikowane jest mnóstwem emocji i barwnych opisów. A z komentarza autora dowiecie się, jak na ten debiut zareagowała nauczycielka języka polskiego 🙂

Ruleta to z kolei historia człowieka stającego się ofiarą systemu. Ale chwila, czy nie ma nic prostszego niż reguła, że o wszystkim w życiu decyduje prawdopodobieństwo i szczęście? Przecież to niemożliwe, że absolutnie zawsze będziemy mieć pecha. Garth przegrał już studia i dobrą pracę, więc może teraz los będzie dla niego łaskawszy? Czytelnik, wciągnięty błyskawicznie w wir wydarzeń spotykających bohatera, poznaje granice paradoksu sprawiedliwego systemu. Grzędowicz bezbłędnie wykorzystuje obfitość dialogów i nie przebiera w środkach, aby pokazać czytelnikowi, do czego prowadzi dążenie do utopii.

Przyznam, że na początku Twierdzy Trzech Studni trochę się pogubiłam. Lądujemy w samym środku międzyrasowego konfliktu, w którym nie do końca wiadomo, o co chodzi. Typowy dla opowiadań brak miejsca na dłuższe wyjaśnienia zmusza autora do pędzenia z fabułą. Z niezrozumieniem mają też do czynienia bohaterowie. Zarówno zacofani technologicznie, ale uduchowieni tubylcy (bo czy można pojąć, dlaczego mają tak po prostu poddać się narzucanym rozkazom najeźdźcy i uwierzyć, że nie ma dla nich ratunku?), jak i będący ich zupełnym przeciwieństwem najeźdźcy (bo przecież idea podboju zakłada bezwzględną zagładę ludzi i podporządkowanie sobie zdobywanych terenów). Mimo moich trudności z nadążeniem za warstwą fabularną, czułam, że przez opowiadanie przebija smutna, ponadczasowa wizja stłamszonego, pokonanego świata pozbawionego kultury i moralności. Uśmiech na mojej twarzy wywoływały za to fragmenty, które stają się niejako zapowiedzią Pana Lodowego Ogrodu, w którym podobna (choć raczej ideologiczna) walka trwa przez cztery tomy.

Śmierć szczurołapa to opowiadanie chyba najbardziej ze wszystkich zaskakujące. A szokują tutaj co najmniej dwie rzeczy. Po pierwsze, niesamowicie ludzki i tożsamy z bohaterem narrator. Trzecioosobowa perspektywa to tak naprawdę niezła zmyłka, bo podczas czytania odniosłam wrażenie, że sam Kirosjan jest autorem swoich zagranicznych przygód. Druga sprawa, która zaskakuje, to fakt, że kilkunastoletni tekst może tak dobrze wpisywać się w dzisiejsze realia. Uchodźstwo w Śmierci… niewiele różni się od rzeczywistości – w obu przypadkach uciekający przed wojną spotykają się z niezrozumieniem i spychaniem na margines społeczny. Miejmy nadzieję, że przynajmniej ogromne szczury pozostaną tylko na kartach opowiadania. Świat nie potrzebuje kolejnej dżumopodobnej plagi.

Zbliżając się do środka antologii, zostajemy uraczeni minipowieścią Przespać piekło. Tu nie mam uwag. Tekst spośród wszystkich najdłuższy, ale nie trzeba się nad nim specjalnie długo rozwodzić. Już w połowie miałam wrażenie, że przecież wątek się rozwiązał, koniec! Jakaż była radość, kiedy z błędu wyprowadziła mnie druga część fabuły, wywracająca myślenie o tekście do góry nogami. Bardzo dobrze się stało! Mimo na stałe chyba goszczącego w opowiadaniach Grzędowicza przewlekłego smutku, autor nie pozbawia nas na szczęście iskierki nadziei na lepszą przyszłość, która z czasem naprawdę nadchodzi.

W Domu na Krawędzi Światła doświadczamy miękkiej, subtelnej polemiki z wiarą i życiem po śmierci. Co, jeśli Boga już nie ma, ale może kiedyś wróci? Ile mamy na niego czekać? Grzędowicz pokazuje, jak wielkie rzeczy może zdziałać wiara i w jakim stopniu może ona wpływać na człowieka. I znów sam tekst jest równie świetny, jak świetnie wyjaśnione są w komentarzu okoliczności jego powstania!

Niezwykła forma Enter i jesteś martwy zaciekawia już od pierwszych słów. Opowiadanie okazuje się być równie mocno ponadczasowe jak Śmierć szczurołapa. Brutalna wizja śmierci nie cielesnej, a społecznej daje do zrozumienia, że przecież dzisiejszy świat zmierza do podobnej postaci. Okazuje się, że zablokowanie kogoś w sieci jest skuteczniejszą formą morderstwa niż wpakowanie mu kulki w głowę. Dobrze przemyślana krytyka konsumpcjonizmu, cybernetyki i coraz częstszego myślenia o człowieku jako o ciągu cyfr i danych logowania do stron internetowych.

Do czego mogą doprowadzić eksperymenty z ludzkimi uczuciami? Czy można wydać Rozkaz kochać!? Grzędowicz pokazuje, że ten kij ma dwa końce. Bo umówmy się, dla ukochanej osoby jesteśmy w stanie zrobić wszystko, nawet zabić mackowate potwory na drugim końcu wszechświata, tylko po to, żeby pozwolić wybrance serca pobrać próbki ziemi z nieznanej planety. Ale miłość w Rozkaz kochać! nie jest wieczna. A przecież stałość w uczuciach to jedna z najbardziej ludzkich rzeczy w człowieku. Po raz kolejny podczas lektury antologii zetknęłam się z cierpieniem (ale czy na pewno?) bohatera, tym razem spowodowanym przez brutalny transhumanizm.

Chwila przed deszczem zaczyna się dość niepozornie i niefantastycznie. Negocjator, próba uratowania dziewczynki przed śmiercią z ręki ojca, skoordynowana akcja służb specjalnych – szara codzienność ludzi służących krajowi w imię bezpieczeństwa obywateli. Drugie dno opowieści odkrywa z czasem najbardziej niepozorna postać, przez którą miała miejsce naprawdę niezła sieczka. Przemyślane sceny odsłaniają krok po kroku tajemnicę, paradoksalnie jeszcze mocniej wpędzając czytelników – ale też bohaterów – w osłupienie. A wszystko to w świecie, gdzie zupełnie nikt nie spodziewa się ani sekciarskich wymysłów, ani apokalipsy. Opowiadanie zostało napisane, jak mówi autor, już „w czasach nowożytnych”, ale czytając teksty jeden po drugim, można naprawdę uwierzyć, że wszystkie były tworzone w podobnym czasie. Wysoki poziom od samego początku do końca.

Najbardziej cieszy to, że Grzędowicz nie pisze opowiadań bez celu i bez przyczyny. Każdy tekst nasiąknięty jest do szpiku kości czymś, co po przeczytaniu każe nam na chwilę odłożyć książkę i pomyśleć: „Cholera, ale to prawdziwe”. I mimo że co kilkadziesiąt stron podróżujemy po zupełnie różnych zakątkach wyobraźni autora (a może lepiej powiedzieć „kilku autorów”, bo pierwszy tekst pisał osiemnastoletni debiutant, ostatni – czterdziestopięcioletni pisarz z dużym dorobkiem), to z absolutnie wszystkich opowiadań bije coś bardzo realnego. To coś wchodzi w głowę bardziej niż mocny alkohol, pozostając tam na długo i przynosząc mnóstwo pytań bez odpowiedzi. A na tym właśnie polega dobra fantastyka socjologiczna.

Reklamy