Recenzja „Wilczego leża” Andrzeja Pilipuka – Krzysztof Abramowski

Wielki Grafoman znów zaserwował zestaw solidnie skrojonych tekstów. Wilcze leże, najnowszy zbiór opowiadań Andrzeja Pilipiuka, miał premierę 28 czerwca 2017 roku. W środku znajdziemy dziesięć utworów. Powracają stare i lubiane klimaty PRL-u, agentów, likantropii oraz zagadek historycznych. Można się pokusić o sporo uogólnień, a zacznę sadystycznie od tych negatywnych.

Na przykład fabuła. Jeśli liczymy na wystrzałową akcję, raczej się zawiedziemy. Sporo tekstów to dociekania Roberta Storma, odbywające się „w zawieszeniu” za jego biurkiem lub w pokoju, często otrzymujemy niemal „ścianę” przemyśleń czy po prostu wynurzeń bohaterów na tematy historyczne. To może być zaleta tego zbioru, gdy oczekujemy od prozy artystycznej pewnej dawki „edukowania” czytelnika. W przeciwnym wypadku – możemy łatwo się zniechęcić wkładanym w usta bohaterów researchem. Dodajmy, gwoli ścisłości, bardzo dobrym i budzącym podziw.

Konkretnym przykładem będą Odległe krainy. Kilka pierwszych stron czytało mi się z trudnością, ale muszę przyznać, że koncepcja jest ciekawa i godna uwagi. Właściwie, główna akcja dzieje się w głowie bohatera – Roberta Storma – prowadzącego śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia dziecka na wózku inwalidzkim. Detektyw stopniowo próbuje przeanalizować i zbadać tajemnicę warstwa po warstwie, aż wpada na ślady sugerujące, że w zniknięcie chłopaka zamieszana była zapomniana, żydowska magia. Brzmi interesująco? To prawda, ale na końcu otrzymujemy puentę, która… raczej nie zadowala czytelnika. Oto przebrnęliśmy przez całą zawiłą historię, aby na końcu nie poznać rozwiązania zagadki.

Innym razem spotykamy się z Promieniami X i opowieścią doktora Pawła Skórzewskiego. Wraz z doktorem Fryczem używają rentgenów do zbadania ludzi w pewnej wiosce na Lubelszczyźnie. W trakcie badań dochodzi do ciekawego odkrycia. To krótki tekst, ale autor (znowu) solidnie się przygotował i na kilku stronach pokazał, jak medycyna wchodzi do „zaściankowego” świata i co może się z tym wiązać.

Warto wspomnieć o bardzo dużej zalecie Wilczego leża, czyli warstwie słownej. Na przestrzeni całego zbioru widzimy zamiłowanie Pilipiuka do krótkich zdań, ciekawych porównań, rozdzielenia języka narracji od języka bohaterów. W zależności od głównych postaci opowiadań odczuwamy przejścia między narracją pierwszo- i trzecioosobową. Skutkuje to szafowaniem emocjami czytelnika: z jednymi kreacjami bardziej się utożsamiamy, z innymi mniej, ale mogę stwierdzić z całą pewnością, że taki był celowy zabieg Wielkiego Grafomana, który świetnie operuje wszelkimi możliwościami, jakie daje nam język polski.

Gdybym miał wskazać najlepszy tekst, byłaby to Lalka. Historia zabiera nas do opowieści o zabawce z sex-shopu – podarunku od byłej dziewczyny Roberta Storma. Skąd się ona wzięła i czym jest, dowiadujemy się na następnych stronach. Opowiadanie jest przykładem dobrze skonstruowanej akcji z ciekawym zakończeniem, pozostawiającym u czytelnika sporo frajdy, iż razem z bohaterem rozwiązał kolejną zagadkę. A przynajmniej połowicznie…

Na koniec nie można odmówić Fabryce Słów tego, czego powinniśmy od niego oczekiwać – ciekawego opakowania tekstów. Ilustracje Pawła Zaręby są klimatyczne, utrzymujące czytelnika w zawieszeniu i oczekiwaniu na rozwiązanie następnych tajemnic. Wystarczy spojrzeć na kompozycję rysunków z Odległych krain i Lalki, gdzie wykorzystano podobny motyw. Krańce rysunków są wycieniowane jak we śnie, widzimy centrum stanowiące tylko urywek jakiejś większej scenerii, którą możemy już sobie sami wyobrazić.

Słowem podsumowania, autor Wilczego leża przykłada wielką wagę do detali. Solidnie przygotowane dialogi i historyczne wtręty mogą zachwycić, ale nie jest to również pozycja dla wszystkich. Z pewnością nie odstawimy książki z wrażeniem: „Wow! Będę pamiętał to opowiadanie za 5 lat!”. Pisarz raczej nastawił się na płynną opowieść zamiast na wiekopomne dzieło – po prostu na umilenie wieczoru czytelnikowi. Myślę, że to właśnie mu się powiodło, bo opowiadania Pilipiuka czyta się zawsze z wielką przyjemnością.

Dziękujemy Wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie książki do recenzji.

 

Ocena: 4/5

Liczba stron: 350

Format: 125×195 mm

Oprawa: miękka

Cena: 39,90 zł

Reklamy

„Młody”, czyli poradnik jak kierować własnym rodem – Michał Nowakowski

Kiedy swoją premierę miała poprzednia część cyklu Tajnych akt Vespera, był rok 2008, Barack Obama dopiero kandydował na urząd prezydenta, a serwisy takie jak Snapchat czy Instagram jeszcze nie istniały. Pomimo upływu niemal dekady fani serii nie zawiedli i przyjęli czwarty tom z ogromnym entuzjazmem. Postanowiliśmy zatem sprawdzić, czy Młody, najnowsza książka Magdaleny Kozak, jest w stanie sprostać ich oczekiwaniom.

Już na początku historii czytelnik zastaje główną postać, czyli Vespera, w obliczu nowego wyzwania. Bohater, który przebył długą drogę od tajnej jednostki ABW do bycia pełnoprawnym wampirem, został Lordem, co oznacza, że od jego decyzji zależą teraz losy całego Rodu Inanitów. Rzucony na głęboką wodę musi odnaleźć się w brutalnej grze intryg, zdrad i spisków, co będzie tym trudniejsze, że jego przeciwnicy są graczami wiele bardziej doświadczonymi. Powrót do świata wampirów oznacza ponowne spotkanie z uwielbianymi postaciami, znanymi z poprzednich tomów. Jednak tym razem możemy przyjrzeć się im z nieco innej perspektywy – i tak mamy okazję obserwować jak Ultor czy Viticula, którzy – jako starzy przywódcy swych Rodów – jeszcze nie tak dawno nie dostrzegliby istnienia Vespera, zmuszeni są traktować go niczym równego sobie. Nie zabraknie też, oczywiście, nowych kreacji, takich jak chociażby Ignis, które dla cyklu są powiewem świeżości.

Tym, co natychmiast zwraca naszą czytelniczą uwagę, jest dynamizm, z jakim poprowadzona została fabuła. Częste dialogi oraz brak fragmentów spowalniających akcję (na przykład licznych opisów czy rozmów i wydarzeń niewnoszących nic wartościowego do powieści) sprawiają, że książkę czyta się wyjątkowo lekko. Rozwiązanie to niesie jednak ze sobą pewne ograniczenia. Przede wszystkim przewaga rozmów oraz lakoniczność opisów zarówno miejsc akcji, jak i samych postaci, zostawiają, co prawda, pole do popisu dla naszej wyobraźni, ale jednocześnie nie pozwalają przeniknąć nam do wykreowanego świata w stopniu zadowalającym czytelnika.

Tu przechodzimy, do moim zdaniem, największego atutu książki. Uniwersum wykreowane przez Magdalenę Kozak jest niezwykłe. Krwiożerczy półświatek wampirów udekorowany brawurowymi akcjami i wojskowymi niuansami przykuwa uwagę, sprawiając, że chcemy w nim przebywać jak najdłużej. Smaczku dodają wspomniane wcześniej intrygi, a także rywalizacja między Rodami, podczas której Vesper musi pokazać swój spryt oraz rozwagę. Jednak świat nabiera pełni barw dopiero w połączeniu z zaskakującą i niebanalną fabułą jaką uraczyła nas autorka powieści. Nie ma tu schematów typowych dla gatunku, jest za to dużo nieoczywistych zwrotów akcji.

Kolejnym istotnym elementem są dialogi, które, jak wspomniałem wyżej, stanowią fundament książki. Mają one jednak swoją jasną i ciemną stronę. Częstsze, o wiele bardziej realistyczne są rozmowy nieoficjalne, jak pozwoliłem je sobie nazwać. Toczone podczas akcji czy zwykłych interakcji pomiędzy Inanitami. Nie brak w nich wulgaryzmów oraz kolokwializmów, co przekłada się na to, że dość łatwo możemy sobie wyobrazić, iż tak właśnie wyglądają wymiany zdań między wojskowymi. Przeciwwagą są konwersacje prowadzone w tonie oficjalnym, czy to podczas spotkań Lordów, czy przyjęć w siedzibie Viticuli. Są one dosyć toporne, sztampowe i raczej nie przekonują, że tak rozmawiają ludzie (a raczej wampiry) z wyższych sfer. A szkoda, bo jest to element, który mógłby zaoferować intelektualną rozrywkę dla bardziej wymagających czytelników. Inną cechą charakterystyczną dialogów jest to, że często toczone są między wieloma osobami naraz.

Postacie pojawiające się w powieści może nie są zbyt głębokie czy rozbudowane charakterologicznie, ale na pewno – ciekawe i zróżnicowane. Pociąg oraz sympatia jaką czujemy do wybranych bohaterów niewątpliwie pomaga nam zaangażować się w wydarzenia powieści, a grożące im niebezpieczeństwa przyjmować z przyspieszonym biciem serca. Docenić należy także fakt nadania wielu postaciom indywidualnych zwyczajów językowych – i tak obok często klnącego Resa mamy Ignisa, który wplata łacińskie sentencje w swoje wypowiedzi.

Pytanie, komu poleciłbym Młodego, jest dosyć skomplikowane. Na pewno fanom serii – znajdą oni w książce kolejną porcję krwawych walk i strzelanin, do których się przyzwyczaili i które tak kochają. Poleciłbym go również osobom szukającym przyjemnej, niezobowiązującej lektury osadzonej w naprawdę fascynującym świecie. Trudność pojawia się przy określeniu grupy wiekowej, w jaką celuje autorka. Z jednej strony – typ i forma książki każą wątpić, by sięgnęło po nią wielu starszych czytelników. Z drugiej – siarczyste wulgaryzmy i dość obcesowo potraktowane sceny erotyczne prowokują pytanie, czy jest to książka odpowiednia dla młodych odbiorców. Zatem uważam, że będzie to pozycja stosowna dla nieco dojrzalszej młodzieży, która znajdzie w Młodym to, co najciekawsze we współczesnej fantastyce.

Ocena: 3/5

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Premiera: 24 maja 2017

Dwa oblicza Harry’ego Pottera, czyli jak książka dla dzieci przerodziła się w dojrzałą powieść – Michał Nowakowski

Gdy na początku lat 90. J.K. Rowling zaczynała kreślić zarysy fabuły Harry’ego Pottera, nie miała pojęcia jak wielki wpływ wywrze on na milionach osób (w tym na mnie), dla których jej dzieło będzie czymś o wiele większym niż jedynie kolejnym przeczytanym tytułem. W tamtym czasie jedynym marzeniem Brytyjki było wydanie swojej książki i już samo to było dla niej olbrzymim sukcesem. A żeby powieść przerodziła się ostatecznie w całą serię, wykraczało poza jej najśmielsze oczekiwania. Dlatego też nieuniknionym było, że na przestrzeni siedmiu części jakie liczy saga, pojawią się pewne różnice. Kamień Filozoficzny jest historią skierowaną typowo do dzieci. Magiczny i cudowny świat, do którego każde dziecko chciałoby trafić, dał podstawę do rozwoju dużo bardziej dojrzalszej fabuły ukazanej w następnych tomach. Rowling bowiem, tak jak jej fani, dojrzewa na przestrzeni kolejnych publikacji – dojrzewa jako pisarka. Ale jak to się stało, że Insygnia Śmierci tak odbiegają od Kamienia Filozoficznego?

Kluczowym, według mnie, punktem zmian w sadze jest część czwarta. To tutaj początkowo bajkowo-sielankowy charakter przeradza się w dojrzałą historię, która m.in. porusza ważne problemy społeczne. Dlaczego tak sądzę? Otóż w Czarze Ognia po raz pierwszy śmierć zostaje ukazana tak dobitnie. Nie jest to już tylko ogólnikowa wzmianka, jak to miało miejsce w przypadku Quirella. Tu ginie nie tylko ważna fabularnie, ale także niewinna postać, jaką niewątpliwie był Cedric. Tym samym Rowling wychodzi ze świata bajek i pokazuje, że życie nie zawsze jest tak sprawiedliwe i kolorowe, jakim chcielibyśmy je widzieć. Jest to punkt widzenia diametralnie różny od wcześniejszych tomów kończących się happy endem.

Kolejnym punktem zwrotnym dla fabuły zawartej w Czarze Ognia jest odrodzenie się Voldemorta. W poprzednich częściach był on ukazany po prostu jako „główny zły”, postać skonstruowana według znanych nam z innych dzieł kultury schematów. Jego pełny powrót daje natomiast początek nowej formie. Odtąd mamy do czynienia ze złem wyrafinowanym, subtelnym, a przez to jeszcze straszniejszym. Dzięki późniejszym podróżom w głąb myślodsiewni jesteśmy w stanie poznać genezę Toma Riddle’a. Odkrywamy jak z błyskotliwego i ujmującego sieroty stał się okrutnym mordercą, terroryzującym całe społeczeństwo. Ponadto poznajemy różne aspekty jego psychiki, takie jak jego skłonność do gromadzenia trofeów, zdolność do manipulacji czy potrzeba wyróżnienia się. W ten sposób Rowling wykreowała postać złożoną i wielowymiarową, a przez to bardziej interesującą dla dojrzalszego czytelnika.

Nie jest to koniec zmian jakie wprowadza część czwarta. Pojawienie się zaklęć niewybaczalnych i śmierciożerców miało znaczący wpływ na dalsze kształtowanie się fabuły. Dodały jej nie tylko mroczniejszego charakteru, ale także uczyniły bardziej realistyczną (o ile można mówić o realizmie w świecie czarodziejów). Jest to także tom, w którym autorka poruszyła inny ważny problem. Skrzaty domowe, które w Komnacie Tajemnic poprzez postać Zgredka były jedynie uzupełnieniem fabularnym, stają się w Czarze Ognia metaforą nierówności społecznej. Temat ten został podkreślony dzięki działaniom Hermiony Granger, z którą, jak wiemy, autorka poniekąd się utożsamia.

Widzimy zatem, że Harry Potter i Czara Ognia jest częścią spajającą dwa różne oblicza opowieści. Są jednak takie zmiany, które pojawiają się nieco później. Jedną z nich jest przemiana osoby dyrektora Hogwartu. Właściwie przez niemal całe pierwsze pięć lat nauki Harry’ego w Szkole Magii i Czarodziejstwa Dumbledore jawi się nam jako potężny czarodziej, stojący z boku wydarzeń i czuwający nad Harrym. Natomiast od Księcia Półkrwi zaczyna on brać aktywny udział w kierowaniu losami chłopca, z którym spędza wiele godzin w strzeżonym przez gargulca gabinecie. Zaczynamy tu poznawać dyrektora od nieco innej strony, jednak dopiero część ostatnia odpowiada na nasze pytania o jego przeszłość i prawdziwą naturę. Albus zostaje tu ukazany bardziej ludzko. Dowiadujemy się o błędach jakie kiedyś popełnił, które skutkowały tragiczną śmiercią jego siostry, co miało znaczący wpływ na ukształtowanie się jego osobowości. Jest to zupełnie inne przedstawienie Dumbledore’a niż to znane z poprzednich książek. Zamiast nieomylności i idealizacji mamy mądrość okupioną wielkim cierpieniem. Tak oto Rowling, podobnie jak w wypadku Voldemorta, przerodziła bohatera schematycznego w wielowymiarowego i unikalnego.

Widzimy zatem, że autorka potrafiła bardzo zręcznie dostosować historię dla dzieci na potrzeby dojrzalszego odbiorcy. Jednak takie manipulowanie na bieżąco powieścią niesie ze sobą pewnie ograniczenia. Weźmy chociażby pojawianie się w późniejszych częściach elementów, o których powinniśmy wiedzieć wcześniej, a jednak nie było o nich żadnej wzmianki. W taki sposób dowiadujemy się nagle, że różdżka przechodzi w panowanie tego kto pokonał jej poprzedniego pana; że istnieje legilimencja i oklumencja, a zaklęcia niewerbalne nagle stają się bardzo powszechne, mimo że wcześniej prawie nikt (nawet spośród dorosłych czarodziejów) ich nie używał.

Kolejnym przykładem elementu nie do końca przemyślanego jest quidditch. Jeśli przyjrzymy się bliżej, to gra, którą żyje cały czarodziejski świat, jest po prostu bezsensowna. Sytuacja rywalizujących obrońców, pałkarzy i ścigających nie ma właściwie żadnego znaczenia, skoro szukający, łapiąc znicza, zyskuje ot tak 150 punktów, jest więc to dosyć absurdalne. Wyobraźmy sobie mecz piłki ręcznej, w którym jedna drużyna znacząco przegrywa, powiedzmy wynikiem 16:30, a tu nagle pojawia się złota piłeczka, której złapanie odwraca wynik meczu na 31:30. Sprowadza się to do tego, że w 90% przypadków zdobycie znicza wygrywa grę, czyniąc całą resztę niepotrzebnym.

Oprócz tego na przestrzeni kolejnych części pojawiają się zwykłe błędy logiczne. Co jeśli James i Lily Potterowie tak naprawdę nie musieli zginąć? Przypomnijmy sobie, że stało się to na skutek powierzenia roli strażnika tajemnicy Glizdogonowi, który zdradził ich Voldemortowi. Nic jednak nie tłumaczy dlaczego James sam nie został strażnikiem. Mógłby wtedy po prostu pozostać w bezpiecznym schronieniu wraz z żoną i synem, a Czarny Pan prawdopodobnie nigdy by ich nie odnalazł. Dla tych, którzy myślą, że to niemożliwe, przypominam, że dokładnie tak samo uczynili w ostatnim tomie zarówno Bill jak i Artur Weasley.

Widzimy zatem, że różnice pomiędzy początkiem a końcem serii podyktowane są zmianą jej charakteru. Z oryginalnej bajki dla dzieci stała się skomplikowaną i wzruszającą powieścią, czytaną przez ludzi we właściwie każdym wieku. Taka różnorodność świadczy o kunszcie pisarskim Rowling oraz jej szerokiej wyobraźni, jednocześnie niosąc ze sobą ograniczenia, których nawet ona nie zdołała uniknąć. Są to jednak drobne niedoskonałości, które, moim zdaniem, wcale nie odbierają Harry’emu Potterowi wartości, ale czynią go historią jeszcze bardziej unikatową.

„Małe życie”, czyli lekcja jak kochać innych, a przede wszystkim samego siebie – Michał Nowakowski

Hanya Yanagihara jest amerykańską pisarką i dziennikarką. Na co dzień pełni funkcję wicenaczelnej w „The New York Times Style Magazine”. Jednak prawdopodobnie nigdy nie usłyszelibyśmy o niej (chyba że jesteśmy fanami modowych magazynów zza oceanu), gdyby nie Małe życie. Wydana dwa lata temu książka jest jedną z najgłośniejszych powieści 2015 roku, a jej sprzedaż przekroczyła najśmielsze oczekiwania autorki. Pomimo stanowczego stanowiska wobec tak kontrowersyjnych tematów jak chociażby homoseksualizm czy wiara dzieło zebrało wyjątkowo pozytywne opinie, nawet od tak szanowanych gazet jak „The Guardian”. Początkowo także zamierzałem zachwalić tą 813-stronnicową powieść. Ostatecznie jednak, po ponownej lekturze, postanowiłem podzielić się nieco bardziej krytycznym zdaniem.

Autorka przedstawia w Małym życiu historię czworga przyjaciół: J.B., Malcolma, Willema i Jude’a. Bohaterowie poznali się na studiach, które w momencie rozpoczęcia fabuły już ukończyli. Wkraczają teraz w dorosłe życie, coraz mniej przypominające to znane im do tej pory. J.B. próbuje swoich sił jako artysta, ale gdy jego kariera nabiera rozpędu, zaczyna popadać w poważne nałogi. Nie pomaga też wątpliwe towarzystwo, jakie wybiera kosztem swoich przyjaciół. Malcolm długo poszukuje życiowego celu. Zabezpieczony finansowo przez rodziców pracę architekta traktuje nie jak szansę, ale obowiązek. Już dawno zapomniał, dlaczego budowle tak go kiedyś fascynowały. Z kolei dla Willema, który pochodzi z prowincji, Nowy Jork jest miejscem, gdzie wreszcie może spełnić marzenie o karierze aktorskiej. Poza uczęszczaniem na castingi pracuje jako kelner, a mieszkanie (obskurną, ciasną klitkę) wynajmuje razem z najlepszym kumplem: Judem. Ten skromny i bystry chłopak ma za sobą wyjątkowo traumatyczną przeszłość, o której nigdy nie mówi. Z tego powodu jego najbliżsi prawie nic o nim nie wiedzą, przez co często mają do niego o to pretensje. On sam stroni od kontaktów towarzyskich, znacznie lepiej czuje się na uniwersytecie, gdzie kontynuuje naukę prawa i matematyki.

Cała sztuka z przyjaźnią polega na tym, żeby znaleźć ludzi lepszych od siebie, nie inteligentniejszych, nie bardziej cool, ale lepszych, serdeczniejszych i bardziej wybaczających, a potem szanować ich za to, czego mogą cię nauczyć i słuchać ich, gdy mówią ci coś o sobie samym, choćby najgorszego… albo i najlepszego, to się zdarza; i ufać im, co jest najtrudniejsze ze wszystkiego. Ale też i najlepsze.

Yanagihara nie spieszy się w snuciu opowieści. Na początku pozwala nam dokładnie poznać każdego z bohaterów i wyrobić sobie o nich zdanie. Może to powodować pewne znużenie, ale z drugiej strony – maluje nam możliwie najpełniejszy obraz psychologiczny postaci, który będzie istotny w dalszych etapach książki. Gdy wreszcie historia rusza na dobre, zostają nam ukazane kolejne epizody z życia czworga przyjaciół na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Mimo tak długiego okresu akcji fabuła rozwija się bardzo dynamicznie, a czytanie staje się coraz przyjemniejsze.

Ciekawym aspektem jest perspektywa, z jakiej poznajemy losy bohaterów. Początkowo w wydarzeniach bierze udział po równo cała czwórka protagonistów. Jednak stopniowo osią fabuły stają się losy Jude’a, z którymi przeplatają się wątki innych postaci. Autorka podkreśla w ten sposób najciekawszą i najbardziej złożoną kreację w powieści. Obserwujemy wysiłek, jaki wkłada ten bohater, by móc funkcjonować normalnie oraz problemy, z którymi musi się zmagać. Jednocześnie powoli poznajemy przyczyny jego lęków, kompleksów oraz słabości.

Na uwagę zasługuje zróżnicowanie bohaterów pod względem psychologicznym. Ekstrawertyzm J.B. zostaje skonfrontowany ze zdystansowaniem i zamknięciem Jude’a, a zaangażowanie i determinacja Willema rzuca się w oczy na tle obojętności Malcolma. To oczywiście tylko skrótowe opisy, ale dają obraz mozaiki osobowości zawartej w powieści. Tu jednak pojawia się jedna z jej wad. O ile Jude jest niewątpliwie bohaterem wielowymiarowym i interesującym, to reszta postaci okazuje się dość schematyczna. Szczególnie irytuje mnie w tym aspekcie Willem, który przez większość czasu jest po prostu dobry. Pomyślcie o pięciu przypadkowych, pozytywnych cechach, a istnieje duże prawdopodobieństwo, że opiszecie właśnie jego. Szlachetny, lojalny, wrażliwy, pomocny… i tak do znudzenia. Nie podoba mi się także tendencja Yanagihary do wyolbrzymiania niektórych zjawisk. Miałem momentami wrażenie, jakby autorka na siłę starała się wywołać kontrowersje, czy to bardzo mocno eksploatując wątki homoseksualne, czy też kierując losami Jude’a w sposób tak tragiczny, że aż przejaskrawiony. Nie jest to jednak coś, co bardzo przeszkadza w odbiorze książki. Ot, jedynie drobna niedoskonałość.

W ogólnym rozrachunku Małe życie jest wyróżniającą się powieścią. Poprzez dobrze opowiedzianą historię przekazuje uniwersalne prawdy o nas samych, a także opinie autorki na tematy społeczne. Nie ma też wątpliwości, że jest to książka trudna. Mocno odwołuje się do naszej wrażliwości, zostawiając w nas pewnego rodzaju pustkę po skończonej lekturze. Mimo wszystko ponad 800 stron oraz dogłębne analizy psychologiczne sprawiają, że jest to czasochłonne doświadczenie. Pomimo pokaźnej objętości jest to nadal piękna podróż przez ból, cierpienie, samotność, ale także miłość czy przyjaźń; słowem: wszystko to, co składa się na nasze życie. Dzieło Yanagihary mogę polecić każdemu, kto szuka ambitnego i nowatorskiego tytułu, który zostawi po lekturze ślad w czytelniku, a może nawet zmieni sposób, w jaki patrzy na pewne sprawy.

ocena: 4/5

Bahama Films, czyli scenopisarstwo dla miłośników kina

Miło nam oznajmić, że rozpoczęliśmy współpracę z Bahama Films – firmą od lat zajmującą się szkoleniem scenarzystów filmowych i telewizyjnych. Absolwenci Bahama Films dostali się do wymarzonych szkół filmowych w Polsce, kilkanaście osób tworzy seriale telewizyjne, niektórzy sprzedali swoje scenariusze fabularne, inni sami je zrealizowali. Jedna z kursantek prezentowała tekst napisany na warsztatach kontynuacyjnych podczas festiwalu w Cannes, a inny uczestnik kursu był nominowany do Oscara. Już niedługo firma zorganizuje kolejne warsztaty scenopisarskie, na które zapraszamy również i my! Szczegóły poniżej i na plakacie.

BAHAMA FILMS ZAPRASZA NA 23. EDYCJĘ WARSZTATÓW

SCENARIOPISARSTWO DLA POCZĄTKUJĄCYCH”

Podczas oglądania filmów zdarza Ci się myśleć, że historię z ekranu opowiedziałbyś zupełnie inaczej? W Twojej głowie kłębią się pomysły, które chciałbyś zobaczyć w kinie albo w telewizji? Warsztaty Bahama Films pomogą Ci zdobyć praktyczne umiejętności i zrobić pierwszy krok w świat filmu.

Warsztaty scenariuszowe BAHAMA FILMS przeznaczone są dla wszystkich, którzy chcą spróbować swoich sił w branży filmowej. Podczas zajęć uczestnicy poznają tajniki pisania scenariuszy, począwszy od wyboru tematu, opracowania konceptu i struktury scenariusza, aż po sposób kreacji postaci i pisanie dialogów. Uczą się też pitchingu, czyli fachowego sposobu prezentacji własnego projektu filmowego. Każdy uczestnik kończy zajęcia z osobistym profesjonalnym scenariuszem oraz podstawowym warsztatem scenarzysty stanowiącym podłoże do rozwoju. Absolwenci wpisani zostają do bazy scenarzystów BAHAMA FILMS z szansą na dalszą współpracę przy projektach filmowych i serialowych. Mają oni także możliwość kontynuowania rozwoju, podczas innych warsztatów scenariuszowych oraz zajęć tematycznych, poświęconym gatunkom filmowym.

Warsztaty obejmują 30 godzin zajęć. Praca przebiega w małych grupach (5-8 osób). Warsztaty organizowane są w centrum Warszawy (przy ulicy Puławskiej 61) oraz w centrum Krakowa, zarówno w dni powszednie, jak i w weekendy (możliwość wyboru dogodnego terminu).

Zapisz się już dziś!

Wszelkie informacje dostępne są na naszej stronie internetowej: www.bahamafilms.pl

Czekamy na Was również na Facebooku: http://www.facebook.com/bahamafilms.fanpage

Polska sposobem na życie – Aleksandra Stronkowska

„Polska stała się dla mnie sposobem na życie” – te słowa podczas spotkania na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II powiedział profesor Cheong Byung-Kwon, twórca pierwszego polskiego ośrodka w Korei Południowej, założyciel polonistyki na Hankuk University of Foreign Studies w Seulu, tłumacz Pana Tadeusza i Lalki na język koreański. Człowiek, który upodobał sobie i pokochał kraj odległy od swojej ojczyzny o ponad siedem tysięcy kilometrów. Poszłam na to spotkanie ze świadomością, że posłucham kogoś pracowitego i uzdolnionego. Okazało się, że dodatkowo miałam okazję przekonać się, że profesora można określić mianem polskiego patrioty.

Processed with VSCO

Spotkanie z Cheongiem Byung-Kwonem było niezwykłe pod wieloma względami. Po pierwsze – było to jedyne takie wydarzenie w Polsce, po drugie – sama historia profesora jest niezmiernie ciekawa.

Można powiedzieć, że Cheong Byung-Kwon już jako mały chłopiec marzył o poznaniu odległej kultury – niekoniecznie polskiej – jednak nieznanej i tajemniczej. Jak sam powiedział, będąc w szkole, tęsknił do jakiegoś dalekiego kraju, chciał zgłębić obcą tradycję i historię. Żyjąc ciągle tym pragnieniem, już jako student stwierdził, że chce nauczyć się polskiego – języka, którego nikt w Korei nie zna na tyle dobrze, aby propagować polską kulturę. W jego ojczyźnie nie było nikogo, kto mógłby przekazać ambitnemu człowiekowi taką wiedzę, ba, okazało się, że nawet możliwość dostania się do odległego europejskiego państwa była trudna do zrealizowania. Jednak, żeby poznać ten niedostępny w ojczyźnie dla Koreańczyka język, Byung-Kwon musiał wyjechać do Polski – jeżeli by tego nie zrobił, spełnienie swojego największego marzenia stałoby się nierealne. Myślę, że sytuacja dla wielu z nas wydałaby się nie do rozwiązania i zrezygnowalibyśmy z jej realizacji. Usłyszałam na tym spotkaniu banalną odpowiedź profesora na pytanie, jak zaczął uczyć się naszego języka: „Jeżeli nie mogłem dostać się do Polski, to dotarłem jak najbliżej jej”. I tak w 1978 roku znalazł się w Berlinie Zachodnim.

Dalej historia nauki profesora Cheonga Byung-Kwona także jest niezwykła. Będąc w RFN i chcąc uczyć się języka polskiego, najpierw musiał poznać niemiecki, i to na tyle dobrze, aby z tamtejszych podręczników zacząć uczyć się polskiego. Tu znowu sytuacja bardzo się komplikuje, kolejna przeszkoda na drodze do realizacji marzenia – jak nauczyć się dodatkowego języka, którego nie miało się nawet w planach? Profesor jednak podczas spotkania powiedział, że nie miał wyboru. Zdawał sobie sprawę, że nie będzie łatwo i jeżeli on nie nauczy się języka polskiego, to nikt w Korei nie będzie go umiał. Poznał więc język Goethego, co w końcu zaowocowało rozpoczęciem przyswajania mowy polskiej. Zaskoczyło mnie z jaką oczywistością to mówił – tak jakby nauczenie się obcego języka było najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Ponownie się udało. Mały chłopiec odnalazł swój odległy kraj, o którym tak długo marzył.

Kolejne etapy to już tylko pasmo translatorskich sukcesów, wynikających przede wszystkim z dalszej ciężkiej pracy. Zaczęło się od przetłumaczenia na koreański artykułu o Korei Południowej, który opublikowano w „Polityce”. Profesor powiedział na spotkaniu, że chciał go przełożyć, ponieważ nikt inny by tego nie zrobił. Cheong Byung-Kwon ma na swoim koncie także wydanie słownika polsko-koreańskiego.

Na spotkaniu padło również stwierdzenie, że polonistyka na Hankuk University of Foreign Studies w Seulu to najlepsza i notabene jedyna prawdziwa filologia polska poza granicami naszego kraju. I tu znowu zdziwienie – jak to, na koreańskim uniwersytecie, kto z Korei chce się uczyć naszego języka, jaki widzi w tym sens? Myliłam się, zakładając, iż polonistyka w Seulu jest kierunkiem niszowym. W tej chwili filologię polską studiuje 113 koreańskich studentów, a w ośrodku pracuje 12 wykładowców. Dlaczego zainteresowanie naszym krajem w tak odległym azjatyckim państwie jest tak duże? Przede wszystkim dlatego, że studenci po ukończeniu studiów praktycznie od razu mają pracę – czy to w ambasadach, czy firmach koreańskich wchodzących na polski rynek. Pracodawcy potrzebują osób znających język i kulturę Polski. Drugim powodem dużej liczby studentów na tym kierunku jest popularność Chopina. Muzyka tego twórcy jest bardzo lubiana w Azji, przypomnijmy sobie ostatni Konkurs Chopinowski i jego zwycięzcę – został nim Cho Seong-Jin z Korei Południowej.

Studia te jednak nie są proste. Przez pierwsze dwa lata studenci intensywnie uczą się posługiwania językiem polskim; ćwiczą konwersacje, jest to fundamentalny krok, który pozwoli przejść dalej – do poznawania literatury, historii, ekonomii i polityki.

Processed with VSCO with hb1 preset

Spotkanie jednak miało głównie na celu zapoznać polskich uczniów, studentów i uczonych z translatorskim dorobkiem profesora z Korei. Jak wspominałam, zaczął od tłumaczenia artykułu z „Polityki” – można powiedzieć, że był to pierwszy krok w podjęciu bardziej wymagającej pracy, czyli przetłumaczenia jednych z największych polskich dzieł literackich – Pana Tadeusza w 2005 roku i wydanej całkiem niedawno, bo w październiku tego roku, Lalki.

Prace nad przełożeniem epopei Adama Mickiewicza trwały trzy lata. Profesor pracował nad utworem razem z trzema asystentami. Tłumaczenie było skrupulatne i czasochłonne – przełożenie jednej strony trwało miesiąc! Ale udało się. Dodatkowo koreański Pan Tadeusz zachowuje rytmikę oraz złożony podział dzieła. Wydanie naszej narodowej epopei odbiło się głośnym echem w Korei Południowej, tamtejsze władze ogłosiły przekład Cheonga Byung-Kwona książką roku 2006 i rozprowadziły ją do bibliotek oraz uniwersytetów w całym kraju.

Jednak na spotkaniu najwięcej było mowy o Lalce Bolesława Prusa (dodatkowo, podczas wydarzenia, można było podziwiać wystawę polskich wydań tejże powieści z przeróżnych okresów). Cheong Byung-Kwon już w czasach studiów w RFN zainteresował się dziełem wielkiego twórcy – uważał (i nadal uważa), że jest to najwybitniejszy utwór polskiego pozytywizmu. W Lalce najbardziej spodobała mu się postać Stanisława Wokulskiego, a przede wszystkim jego, jak to ujął, „medytacje”. Zapytany o najważniejszy według niego przekaz dzieła, odpowiedział, że Prus chciał poprzez swoją książkę uświadomić Polakom, że najważniejsza jest praca. Co ciekawe profesor wysnuł także interesujące porównanie. Według niego ksiądz Robak z Pana Tadeusza i Wokulski z Lalki są do siebie bardzo podobni. Dlaczego? Ponieważ są prawdziwymi patriotami.

Spotkanie z Cheongiem Byung-Kwonem było niezwykłe. Wiele się mówi o inteligencji i pracowitości Azjatów. Profesor potwierdził te zdania nie tylko całym swoim naukowym dorobkiem, ale przede wszystkim uporem w dążeniu do spełnienia wydawałoby się nierealnego marzenia o wyjechaniu do dalekiego europejskiego kraju. Może to nas tylko inspirować i dodawać siły w realizowaniu swoich planów i celów. Cheong Byung-Kwon utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że nie ma rzeczy niemożliwych. Trzeba tylko się poświęcić i ciężko pracować. A co ma w translatorskich planach profesor z Seulu? Wesele Wyspiańskiego, jednak to jeszcze nie teraz, jak powiedział, jest zmęczony Lalką, bo czasami ten Prus tak nudno pisał

Processed with VSCO with hb1 preset

Łódzkie murale, woonerfy, meble miejskie i nie tylko… czyli o kulturze zawartej w infrastrukturze – Krystian Słomiński

Przestrzeń Łodzi – do niedawna szara i nieprzyjazna – od kilku lat zmienia się nie do poznania. Wiele obdrapanych ścian budynków odzyskało blask, niektóre z nich stały się też nośnikami wielkoformatowych malowideł – zwanych muralami. Kilka bocznych uliczek, niegdyś zaniedbanych i podziurawionych, służy obecnie jako strefa wypoczynku, zwana podwórcem albo woonerfem. Znajduje się tam mnóstwo zieleni i miejsc do odpoczynku, a ruch samochodów ograniczony jest do minimum. Spacerując po Łodzi, można natrafić na ławeczkę, na której siedzi Julian Tuwim albo inni wielcy łodzianie, a nawet natknąć się na kolorową skrzynkę elektryczną.

Na początek mural

Murale znane już były w okresie PRL-u. Pełniły wtedy rolę marketingową – reklamowały państwowe przedsiębiorstwa. Dzisiaj funkcjonują w przestrzeni miejskiej jako dekoracje. Wspaniale komponują się z popękanymi i lekko podniszczonymi elewacjami kamienic, co dodaje im swoistego uroku. Łódź to jedno z miejsc w Polsce, gdzie tego typu malowideł jest najwięcej. Pod koniec lat 90. XX wieku zaczęto tworzyć murale artystyczne nawiązujące stylem do graffiti. W 2001 roku przy ulicy Piotrkowskiej powstał rysunek przedstawiający plac Wolności, na środku którego stoi wielka łódka. Jest to tzw. mural-alegoria ukazujący abstrakcyjny obraz. Istnieją także murale iluzyjne przedstawiające okna i postaci w nich stojące. Tego typu malunek idealnie wypełnia i zarazem maskuje zbyt rzucające się w oczy puste szczyty budynków. W 1999 roku powstał w Łodzi mural podobnego gatunku z wizerunkami znanych osób związanych z tym miastem. Rysunki świetnie wypełniają przestrzenie na elewacjach kamienic i nadają miejscu niesamowity klimat1.

Tajemniczo brzmiący woonerf

Ta enigmatyczna nazwa to inne określenie dla miejskiego podwórca. Jest to rodzaj ulicy będącej strefą wypoczynkową, z uspokojonym ruchem, miejscami do siedzenia oraz licznymi nasadzeniami. Całość prezentuje dość wysoki poziom pod względem estetycznym. Nawierzchnia zbudowana jest zwykle z ozdobnej kostki. Pierwsze woonerfy pojawiły się w latach 70. XX wieku w Holandii, stamtąd pochodzi też nazwa zjawiska.

W Polsce podwórzec pojawił się stosunkowo niedawno. Jednym z pierwszych miejsc tego typu jest woonerf przy ulicy 6 Sierpnia w Łodzi – stworzony w 2014 roku. Inwestycja na tyle przypadła do gustu mieszkańcom, że już rok później wybudowano następny miejski podwórzec – mieszczący się przy ulicy Traugutta. Kolejny stworzono przy ulicy Piramowicza. Dzięki takim inicjatywom przestrzeń miejska jest bezpieczniejsza i bardziej przyjazna użytkownikom. Ruch w okolicy znacznie się uspokoił, dzięki czemu jest to idealne miejsce do rekreacji oraz odpoczynku2.

Ławeczka i kuferek, czyli o meblach miejskich

Łódź to jedyne miasto w Polsce, gdzie spacerując ulicą, można spotkać wypoczywającego na ławce Juliana Tuwima albo siedzącego na kuferku i piszącego „Ziemię obiecaną” Władysława Reymonta. By nie zapomnieć o wielkich mieszkańcach miasta, stworzono tzw. Galerię Wielkich Łodzian. Dlatego oprócz wyżej wspomnianych swe pomniki mają także inne osobistości jak np. siedzący w swym fotelu Stefan Jaracz, grający na fortepianie Artur Rubinstein, ponadto jest też pomnik lampiarza wspinającego się po drabinie na słup, żeby zapalić uliczną latarnię, a także stół, przy którym znajdują się trzej twórcy Łodzi przemysłowej – Izrael Poznański, Karol Scheibler i Henryk Grohman. Jest jeszcze ławeczka Jana Karskiego mieszcząca się w Parku Ocalałych3.

Co łączy Misia Uszatka z Plastusiem?

Od pierwszych lat powojennych aż do końca lat 90. XX wieku istniało w Łodzi studio Filmowe Se-ma-for. Przedsiębiorstwo zajmowało się tworzeniem filmów animowanych. W studiu powstały takie dzieła jak np. Miś Uszatek czy Pingwin Pik-Pok. Miasto nie zapomniało o legendarnych postaciach z bajek i stworzyło projekt o nazwie „Łódź bajkowa”. Przedsięwzięcie obejmuje dziewięć rzeźb ukazujących sylwetki animowanych postaci, które są rozsiane po całym mieście. Pierwsza powstała w 2009 roku, oczywiście przy ulicy Piotrkowskiej, i przedstawia Misia Uszatka. Wśród najciekawszych wyróżnić można takie rzeźby jak Filemona i Bonifacego – znajdujące się na terenie Muzeum Kinematografii, Wróbla Ćwirka stojącego w Parku Źródliska, Ferdynanda Wspaniałego witającego klientów wchodzących do Galerii Łódzkiej, czy Plastusia z Parku Sienkiewicza4.

Nawierzchnia także może być pomnikiem

Spacerując po trotuarze albo asfalcie, najczęściej nie zastanawiamy się, po czym tak naprawdę stąpamy. Czasem jednak warto się na chwilę zatrzymać i spojrzeć w dół, z pozoru bowiem zwyczajny chodnik może pełnić także funkcję monumentu. W 1999 roku władze miasta wpadły na pomysł, żeby niewielka część nawierzchni ulicy Piotrkowskiej była pomnikiem łodzian. Od tej pory na najsłynniejszym deptaku w Polsce można obserwować kilkanaście tysięcy betonowych kostek z nazwiskami mieszkańców. Cały projekt nosi nazwę Pomnika Łodzian Nowego Millenium. To nie jedyny przykład wykorzystania nawierzchni do celów kulturowych, gdyż nieopodal, na wysokości Pasażu Rubinsteina, stworzono Aleję Gwiazd – wzorowaną na tej z Hollywood. Widnieją tam nazwiska najsłynniejszych polskich aktorów, reżyserów i innych osób związanych z kinematografią. Znajdują się tam między innymi nazwiska Gustawa Holoubka, Janusza Gajosa, Krystyny Jandy, Agnieszki Holland czy Jerzego Kawalerowicza. Innym miejscem godnym uwagi jest fragment ulicy Tuwima, w którą wkomponowano torowisko tramwajowe. Pojazdy szynowe nie jeżdżą tam co prawda od lat 80. XX wieku, ale szyny pozostały – mało tego, świetnie współgrają za świeżo wybrukowaną nawierzchnią5.

Skrzynki elektryczne dziełem sztuki

Jest ich w mieście bardzo dużo. Są małe, kanciaste, często szpecą krajobraz swoim wyglądem. Ostatnio zaczęły przechodzić wizualną metamorfozę, a to za sprawą umieszczania na nich różnego rodzaju malowanych rysunków przede wszystkim przedstawiających zabytki oraz sławnych ludzi związanych z Łodzią6. Tak wiec odnaleźć można skrzynki z podobizną Tuwima, szkicami kamienic, symbolami związanymi z filmem, a także graffiti. Istnieje duża dowolność w sposobie zdobienia tych małych elementów infrastruktury, wszystko zależy od wyobraźni.

Przestrzeń miejska nie musi być wcale szara i betonowa. Nawet popękane mury kamienic, odpowiednio przyozdobione, mogą stać się obiektem zwracającym uwagę przechodniów. Każdy element miejskiej zabudowy ma szansę przyciągnąć wzrok poprzez swój oryginalny wygląd, wystarczy dobry pomysł oraz jego skrupulatna realizacja, a nawet najbardziej zwyczajne miejsce stanie się niezwykłe i klimatyczne.

1 Bartosz Stępień, Łódzkie murale. Niedoceniona grafika użytkowa PRL-u, Łódź 2010.

2 Bartosz Zimny, Hubert Barański, Woonerf podwórzec miejski, http://woonerf.dlalodzi.info/czym_jest_woonerf.html [dostęp online: 13.05.2016].

3 Krzysztof Kowalewicz, Pomniki z Galerii Wielkich Łodzian, http://lodz.wyborcza.pl/lodz/1,35153,3404671.html [dostęp online: 13.05.2016].

4 Łódź Bajkowa, https://pl.wikipedia.org/wiki/Łódź_Bajkowa [dostęp online: 13.05.2016].

5 Aleja Gwiazd w Łodzi, https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleja_Gwiazd_w_Łodzi [dostęp online: 13.05.2016].

6 Matylda Witkowska, Będą zwiedzać Łódź szlakiem skrzynek elektrycznych, http://www.dzienniklodzki.pl/wiadomosci/lodz/a/beda-zwiedzac-lodz-szlakiem-skrzynek-elektrycznych,9743973/ [dostęp online: 22.11.2016].