Po trzydziestce Rysy się nie zmniejszają – Aleksandra Żak

Jak to przed walentynkami, miłość wisi w powietrzu. Centrum Duszpasterstwa Młodzieży wraz z Katolickim Stowarzyszeniem Młodzieży Archidiecezji Lubelskiej nie płyną jednak z prądem taniej, komercyjnej tandety w serduszka. Z okazji dnia zakochanych proponują dyskusję o konkretnych sprawach. Z ich inicjatywy 12 lutego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim odbyła się debata walentynkowa na temat: „Czy warto hajtać się przed trzydziestką?”.

Właśnie, warto? Na odpowiedź oczekuje wypełniająca aulę Centrum Transferu Wiedzy młodzież, która pragnie usłyszeć opinię gości debaty. Wśród nich jest Marcin Gomułka, który wraz z żoną Moniką prowadzi popularnego bloga o nazwie „Początek Wieczności”. Obok zasiada brat Tomasz Mantyk, kapucyn i duszpasterz młodzieży na lubelskiej Poczekajce. Obecna jest również Agnieszka Pietrzak, ewangelizatorka Przystanka Jezus, wywodząca się z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży – dziś świeżo upieczona narzeczona, związana ze środowiskiem nowej ewangelizacji.

Próbę odpowiedzi na pytanie debaty jako pierwszy podejmuje Marcin, który na co dzień, wraz z żoną, dzieli się z odwiedzającymi bloga doświadczeniem szczęścia małżeńskiego. Pytającym o jego sekret odpowiada wprost: „Nie mielibyśmy tego wszystkiego, gdyby nie praca. Nic nie przychodzi samo”. Kiedy porusza temat wolności i obaw przed jej poświęceniem przed trzydziestką, opowiada o zmianie, jaka zaszła w jego własnej perspektywie: „Kiedyś uważałem, że wolność to robienie tego, co mi się podoba, a tymczasem wolność to to, że mogę wrócić do mojej żony i dzieci i być z nimi”. Młodym przekazuje realistyczne spojrzenie na powołanie, które wybrał: „W małżeństwie nie będzie samych przyjemności. Chodzi o umieranie dla drugiej osoby”. Wspominając o źródle swojej siły, przyznaje: „Bez Pana Boga nie jestem w stanie być małżonkiem”.

Brat Tomasz z humorem rozważa kwestię gotowości do małżeństwa. Na początku mierzy się z mitem, że to prosta, wolna od ryzyka droga: „Małżeństwo to rosyjska ruletka. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi”. Mówi o kryzysie dojrzałości wśród młodych i niechęci do dorastania, a dla odwlekania decyzji o małżeństwie znajduje obrazowe porównanie: „To jak dwóch turystów w Tatrach, którzy wpatrują się w Rysy i czekają, aż te się zmniejszą”. Wyjaśnia, że gotowość do założenia rodziny mierzy się poziomem zaufania Bogu, a nie kryteriami ekonomicznymi. „Będziesz miał może osiemdziesiąt lat, jak spełnisz te wszystkie kryteria” – mówi, a po jego słowach następują salwy śmiechu wśród publiczności. Przeżywającym trudności z podjęciem decyzji o wiązaniu się na całe życie oznajmia, że „brak decyzji powodowany lękiem przed decyzją jest najgorszą decyzją”.

Agnieszka opowiada swoją historię dorastania do pragnienia założenia rodziny. Zdradza, że nie doświadczała go wcale, kiedy koleżanki się zaręczały, a jej własna rodzina zaczynała pytać o „kawalera”. Dzieli się świadectwem wysłuchanej modlitwy o znalezienie drugiej połówki i  historią poznania swojego przyszłego męża. Opowiada o sensie zmagania o czystość w związku, a jako receptę na nieporozumienia i sprzeczki w narzeczeństwie podaje biblijną zasadę: „Bardzo ważne jest to, by przed nadejściem nocy zawsze się pogodzić”.

W ostatniej części spotkania goście wspólnie odpowiadają na pytania publiczności. Pochylają się nad zagadnieniem powołania do samotności. „Każdy jest powołany do małżeństwa, ale nie każdy je stworzy. Niektórzy z was nie znajdą faceta lub kobiety, dla których warto się poświęcać i umierać. Każdy ma jednak powołanie do miłości” –  wyjaśnia brat Tomasz. „Żadna relacja nie da ci jednak takiej pełni miłości, żebyś nie potrzebował Chrystusa”. Marcin dodaje: „Często mylimy środek z celem. Małżeństwo jest drogą do Boga, a powołaniem każdego jest życie wieczne. Kiedy kochasz, już jesteś jedną nogą w wieczności”. Odpowiedź na pytanie, czy ostatecznie lepiej jest „hajtać się przed trzydziestką”, pada na koniec z ust Agnieszki, która sądzi, że „hajtać się warto, kiedy jest na ciebie czas”.

Reklamy

„Słup ognia”, czyli próba uczenia zabawą – Michał Nowakowski

Ken Follett, brytyjski powieściopisarz, ma w swoim dorobku co najmniej kilkanaście thrillerów szpiegowskich, a jednak najbardziej znany jest z Filarów Ziemi – powieści historycznej, której akcja rozgrywa się w XII-wiecznej Anglii, a fabuła koncentruje się wokół budowy katedry w Kingsbridge. Książka od swojego debiutu w 1989 roku cieszy się nieprzerwanym zainteresowaniem fanów z całego świata, a w 2010 roku doczekała się ekranizacji w formie mini serialu produkcji BBC. Filary Ziemi stały się początkiem trylogii, której druga część – Świat bez końca (2007) – również przenosi nas do Kingsbridge, ale dwa wieki później, a tłem dla wydarzeń jest początek wojny stuletniej oraz epidemia czarnej śmierci. Natomiast przedmiotem niniejszej recenzji będzie, rozgrywająca się w XVI-wiecznej Europie, ostatnia część cyklu – Słup ognia(2017).

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że z twórczości autora poznałem dotychczas jedynie, opowiadającą historię XX wieku, trylogię Stulecie (Upadek gigantów, Zima świata, Krawędź wieczności) i przystępując do lektury Słupu ognia, nie znałem poprzednich części cyklu. Miałem w tej kwestii duże obawy, które zostały jednak rozwiane przez znajomych mi fanów serii, zapewniających, że wydarzenia mają, co prawda, wspólny motyw (Kingsbridge), jednak opowiadają zupełnie inną, niepowiązaną ściśle historię.

Słup ognia, jak już wspomniałem, przenosi nas w realia XVI wieku, a konkretniej do jego drugiej połowy. Były to wyjątkowo burzliwe czasy: zapoczątkowany przez Marcina Lutra w 1517 roku ruch reformacyjny odbił się szerokim echem w całej ówczesnej Europie i stał się powodem brutalnych wojen religijnych. To właśnie umiejscowienie akcji w tak interesującym okresie wraz z bardzo dobrym wspomnieniem innych książek autora sprawiło, że zdecydowałem się sięgnąć po tę konkretną powieść.

Follett rozpoczyna swoją opowieść w Kingsbridge, jednak szybko miejscem dla rozgrywanych wydarzeń staje się wiele z największych miast ówczesnej Europy: Paryż, Sewilla, Antwerpia czy Genewa. Mógł sobie na to pozwolić, dzięki charakterystycznej dla siebie liczbie „głównych” bohaterów, których jest co najmniej kilkunastu. Ta mnogość postaci, z których każda ma własną historię do opowiedzenia (mimo że ich losy często się wzajemnie przeplatają), jest także powodem typowej dla autora objętości książki, która w tym przypadku liczy 842 strony.

Już po przeczytaniu kilkudziesięciu z nich zdajemy sobie sprawę, że powieść ma sporo wad. Jednak zanim o nich, chciałbym docenić kilka mocnych aspektów, których także nie brak w Słupie ognia:

  1. Obiektywność – celem Folletta wydaje się być podkreślenie, że nietolerancja jest zawsze postawą naganną. Ukazuje okrucieństwo i niesprawiedliwość zarówno katolików, jak i protestantów, których pobudki często wynikają nie z przekonań religijnych, ale raczej z rządzy władzy czy bogactwa. Udało mu się stworzyć dosyć wiarygodny obraz niepewności i strachu, jaki towarzyszył ówczesnemu społeczeństwu.
  2. Bezpośredniość – autor zna realia epoki i nie boi się ich dobitnie ukazać. W Słupie ognia znajdziemy opisy tortur (np. łamanie kołem czy duszenie wodą), egzekucji (np. palenie na stosie) czy sposobów prowadzenia polityki (np. poprzez zlecenie morderstwa). Taka dosadność pozwala nam o wiele łatwiej wczuć się w klimat książki.
  3. Dynamika – właściwie od samego początku zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń politycznych. Nasi bohaterowie są często pomocnikami postaci historycznych, które rzeczywiście odegrały istotną rolę w rozwoju wypadków na arenie międzynarodowej. Oczywiście należy pamiętać, że są to w dużej mierze domysły bądź czysta fikcja literacka. Niemniej zdecydowanie pozwala to zaciekawić czytelnika, który z przyjemnością może obserwować przełomowe wydarzenia z perspektywy osób żyjących w tamtej epoce. Jest to, moim zdaniem, najmocniejsza strona powieści.

Jednak, jak już zaznaczyłem, Słup ognia ma też spore wady, a oto one:

  1. Sztuczność – podstawowym czynnikiem, który sprawia, że jesteśmy w stanie zagłębić się lekturze i wręcz „wejść w świat” jakiejkolwiek książki jest prawdopodobieństwo. Postacie, ich rozmowy i zachowania muszą nam, przynajmniej po części, przypominać rzeczywistość. Tu w większości wypadków tego nie ma. Bohaterowie podejrzanie reagują na zdrady swoich przyjaciół, morderstwa członków rodziny czy utraty całych majątków. Dialogi są bardzo sztywne – raczej nie znajdziemy tam tematów, które nie są ściśle związane z aktualnym rozwojem fabuły, są poza tym bardzo lakoniczne, a sposób wypowiedzi przypomina najwyżej współczesnego gimnazjalistę (nawet u dużo starszych osób wywodzących się z arystokracji, którzy musieli przecież odebrać staranne wykształcenie). Wydarzenia cechuje też duże nieprawdopodobieństwo: chociażby, kiedy jedna z najważniejszych osób w państwie daje się pouczać w kwestiach polityki przez młodziutkiego mieszczanina, którego właśnie poznała albo gdy średniozamożny angielski kupiec udaje się w podróż do monarchy obcego imperium, by przekonać go do poparcia konkretnego kandydata do tronu – władca nie tylko go wysłuchuje, ale i w zupełności się z nim zgadza. Follett zawodzi także w intrygach dworskich, które przypominają raczej plany Dundersztyca z Fineasza i Ferba niż grę na śmierć i życie, prowadzoną przez najpotężniejszych ludzi ówczesnej Europy.
  2. Toporność – podkreślałem już, że autor wykazuje się rozległą wiedzą dotyczącą realiów XVI wieku. Niestety przelewając ją na karty powieści, zdecydował się traktować czytelnika jak dziecko, któremu wszystko trzeba podać na tacy. W ten sposób dostajemy nastoletnią córkę burmistrza na przyjęciu u pewnego hrabiego, która głośno dziwi się, że role kobiece w teatrze grane są przez młodych mężczyzn. Oczywiście w ten sposób autor może skierować się do jak najszerszego grona odbiorców, z których nie każdy musi posiadać jakąkolwiek wiedzę historyczną. Jestem jednak przekonany, że można było zrobić to w zgrabniejszy sposób.
  3. Płytkość – czytelnicy szukający w lekturze wiarygodnych, złożonych postaci o skomplikowanej osobowości gorzko się zawiodą. Bohaterowie Słupu ognia są biało-czarni: albo wyidealizowani i szlachetni, albo okrutni. Ponadto wszyscy zdają się być niesamowicie naiwni – i to nieważne czy chodzi o nastoletnią dziewczynę, 50-letnią handlarkę, najpotężniejszych francuskich arystokratów, czy starego biskupa. Większość kreacji przywodzi na myśl raczej kreskówkę niż powieść doświadczonego i cenionego pisarza.

Jak widać Słup ognia jest daleki od doskonałości. Muszę przyznać, że w porównaniu z dotychczas znanymi mi dziełami autora jestem rozczarowany. Nie oznacza to jednak, że powieści nie da się czytać. Wspomniana już dynamika akcji, interesujące wydarzenia i bezrefleksyjne dialogi sprawiają, że możemy przez ponad 800 stron przejść zdumiewająco lekko. Jednak, czy będzie to lektura satysfakcjonująca? Moim zdaniem nie i nie mogę polecić tej książki żadnemu wymagającemu czytelnikowi.

Ocena 5,5/10

korekta – Viktoria Kopaczewska

O wartości studiów humanistycznych i ich obecnej popularności – Michał Nowakowski

Jeśliby zapytać kogokolwiek z nas o największy upadek kultury w dziejach Europy, to z dużym prawdopodobieństwem – niezależnie od stopnia naszej wiedzy historycznej – wskazalibyśmy drugą połowę V wieku. Upadek Cesarstwa Rzymskiego (a konkretniej jego zachodniej części) przyczynił się do ogromnych zmian w dalszym rozwoju i kształcie społeczno-polityczno-gospodarczym Europy oraz jej kultury. Błędem byłoby jednak upraszczanie tego kompleksowego zagadnienia przez zwykłe wyliczenie przyczyn i skutków. Temat ten wymaga ostrożnego i dokładnego zbadania przez specjalistów epoki – a takich prób było już wiele. Zmierzam jednak do tego, by zaznaczyć, że Rzym nie upadł nagle: umiejscowienie tego wydarzenia w roku 476 jest umowne i ma rację bytu jedynie w myśleniu nienaukowym.

Profesor Paul Freedman, wykładowca historii średniowiecznej Uniwersytetu Yale, w swoich wykładach podkreśla, że ludzie żyjący w IV i V wieku nie mieli pojęcia, że rozpoczynają epokę, która doczeka się miana „wieków ciemnych”. Dopiero my, z perspektywy czasu, jesteśmy w stanie wskazać znaczną różnicę między wykształceniem, które odbierali oni, a tym, które charakteryzowało ludzi kultury jeszcze 200 lat wcześniej. Oczywiście taka generalizacja jest często niesprawiedliwa, bo trudno nie nazwać postaci takich jak św. Augustyn erudytami. Jednak w przekrojowym ujęciu elity umysłowe wieku V mogły pochwalić się znacznie mniejszą znajomością Cycerona, Wergilego czy Horacego. Często obce były im też zasady klasycznej retoryki, a ich pojęcie cnoty było inne niż typowo rzymskie virtus lub (jeszcze bardziej odległe) greckie arete.

Śledząc te przemiany kulturowe sprzed ponad półtora tysiąca lat, można zauważyć choć cień podobieństwa do sytuacji nam aktualnej. W wieku XIX czy na początku XX nie znaleźlibyśmy się na żadnym szanującym się uniwersytecie bez znajomości łaciny, greki czy podstaw filozofii – dla kontrastu dzisiaj trudno spotkać studenta, który włada językami antycznymi, o ile nie są one przedmiotem jego studiów. Oczywiście niekoniecznie musi to od razu wskazywać na kryzys wykształcenia: zupełnie rozsądny wydaje się argument, że dzisiejszy uniwersytet (albo raczej szkoła wyższa) skupia się na przekazaniu studentom wiedzy bardziej praktycznej, która będzie użyteczna w ich codziennym życiu oraz karierze – natomiast książki sprzed dwu tysięcy lat należy zostawić dla pasjonatów.

Zastanówmy się jednak, dlaczego wiek XIX – który przecież od starożytności też dzieliło sporo czasu – kultywował tradycje antyczne. Otóż wynikało to z przekonania, że studia humanistyczne, jak żadne inne, pozwalają w pełni rozwinąć się człowiekowi, kształtując jego charakter oraz moralność. Głównym celem czytania starożytnych było wydobycie z ich tekstów tych wartości, które posłużą naszej autokreacji. A po co? Po to by służyć społeczeństwu! By je naprawiać, inspirować i kierować nim na drodze do rozwoju.

Potrzebę samodoskonalenia i trudu z tym związanego podkreślał już Marek Tulliusz Cycero, który sformułował ideę otium cum dignitate – zaszczytnego wypoczynku. Miał on polegać na wykorzystywaniu swojego czasu wolnego na służbę społeczeństwu (m.in. przez własny rozwój). W tym samym duchu pisali humaniści renesansowi, jak np. Giovanni Pico della Mirandola, autor De hominis dignitate (O godności człowieka), który podkreślał, że być człowiekiem znaczy nieustannie kształtować własną osobę, a ci, którzy tego nie robią, nie różnią się w zasadzie od zwierząt: „Jeśli zobaczyłbyś jakiegoś człowieka, który dba tylko o żołądek i pełza po ziemi, ten korzeniem jest raczej przytwierdzonym do ziemi niż człowiekiem. A jeśli zobaczyłbyś, że ktoś, jakby przez Kalipso czarodziejskimi sztuczkami oślepiony i fałszywą ułudą omamiony, jest niewolnikiem zmysłów — zwierzę widzisz, a nie człowieka”. Wśród Polaków także nie brakowało głosów nawołujących do poprawy czy to samych siebie, czy całego narodu, a za przykład niech posłużą Andrzej Frycz Modrzewski ze swym dziełem De Republica emendanda (O naprawie Rzeczpospolitej) czy Kazania sejmowe Piotra Skargi. Są one namacalnym dowodem na to, jak wiedza humanistyczna jest w stanie przerodzić się w narzędzie służące państwu. Tak więc studia humanistyczne (których nazwa wywodzi się notabene od zapoczątkowanego w odrodzeniu programu kształcenia, studia humanitatis, obejmującego retorykę, poetykę, gramatykę, historię i filozofię moralną) mają na celu nie tylko przekazywać informacje, ale przede wszystkim kształtować charakter, a co za tym idzie – etos obywatela. Nie bez powodu przecież Homera nazywano wychowawcą społeczeństwa, a za główne zadanie sztuki uważano paideię, czyli szeroko pojęte wychowanie.

Można spodziewać się, że takie ukazanie walorów studiów humanistycznych sprowokuje zarzuty o propagowanie przeze mnie elitaryzmu. No bo w końcu tylko mała część społeczeństwa jest aktywnie zaangażowana w politykę. Otóż, po pierwsze, zdolności oratorskie, erudycja i poprawnie ukształtowany kręgosłup moralny są (a przynajmniej powinniśmy dążyć do tego, by były) cenione wszędzie, nie tylko w polityce. Nie możemy zapominać, że oprócz wykonywanych przez nas zawodów jesteśmy także (a może przede wszystkim) obywatelami Rzeczpospolitej Polskiej, a chociażby zalążek wartości wyniesiony ze studiów humanistycznych pozwoli nam lepiej tę rolę pełnić. Po drugie, nie uważam, by plan szkolny czy akademicki był na tyle przeładowany przedmiotami, które muszą tam być koniecznie, by nie można było sobie pozwolić na chociażby jedną czy dwie lekcje łaciny tygodniowo.

Pogląd ten jest niestety coraz mniej popularny, gdyż we wszystkim, co nie daje „praktycznej” umiejętności, widzi się stratę czasu. Jeśli ta tendencja się utrzyma, możemy doczekać czasów, kiedy jedyną różnicą między ludźmi pierwotnymi a nami będzie technologia, a jej rozwój będzie utożsamiany z rozwojem człowieka. Może należałoby się zastanowić, dlaczego nasi współcześni politycy nie nawołują do „naprawy Rzeczpospolitej” (a przynajmniej dlaczego nie nawołują bezinteresownie) i dlaczego większość z nich ma problem przy próbie wypowiedzenia się kilkoma pełnymi zdaniami, bo odpowiedź może leżeć w stanie obecnej popularności nauk humanistycznych.

 

korekta – Monika Błaszczak

Dwa oblicza Harry’ego Pottera, czyli jak książka dla dzieci przerodziła się w dojrzałą powieść – Michał Nowakowski

Gdy na początku lat 90. J.K. Rowling zaczynała kreślić zarysy fabuły Harry’ego Pottera, nie miała pojęcia jak wielki wpływ wywrze on na milionach osób (w tym na mnie), dla których jej dzieło będzie czymś o wiele większym niż jedynie kolejnym przeczytanym tytułem. W tamtym czasie jedynym marzeniem Brytyjki było wydanie swojej książki i już samo to było dla niej olbrzymim sukcesem. A żeby powieść przerodziła się ostatecznie w całą serię, wykraczało poza jej najśmielsze oczekiwania. Dlatego też nieuniknionym było, że na przestrzeni siedmiu części jakie liczy saga, pojawią się pewne różnice. Kamień Filozoficzny jest historią skierowaną typowo do dzieci. Magiczny i cudowny świat, do którego każde dziecko chciałoby trafić, dał podstawę do rozwoju dużo bardziej dojrzalszej fabuły ukazanej w następnych tomach. Rowling bowiem, tak jak jej fani, dojrzewa na przestrzeni kolejnych publikacji – dojrzewa jako pisarka. Ale jak to się stało, że Insygnia Śmierci tak odbiegają od Kamienia Filozoficznego?

Kluczowym, według mnie, punktem zmian w sadze jest część czwarta. To tutaj początkowo bajkowo-sielankowy charakter przeradza się w dojrzałą historię, która m.in. porusza ważne problemy społeczne. Dlaczego tak sądzę? Otóż w Czarze Ognia po raz pierwszy śmierć zostaje ukazana tak dobitnie. Nie jest to już tylko ogólnikowa wzmianka, jak to miało miejsce w przypadku Quirella. Tu ginie nie tylko ważna fabularnie, ale także niewinna postać, jaką niewątpliwie był Cedric. Tym samym Rowling wychodzi ze świata bajek i pokazuje, że życie nie zawsze jest tak sprawiedliwe i kolorowe, jakim chcielibyśmy je widzieć. Jest to punkt widzenia diametralnie różny od wcześniejszych tomów kończących się happy endem.

Kolejnym punktem zwrotnym dla fabuły zawartej w Czarze Ognia jest odrodzenie się Voldemorta. W poprzednich częściach był on ukazany po prostu jako „główny zły”, postać skonstruowana według znanych nam z innych dzieł kultury schematów. Jego pełny powrót daje natomiast początek nowej formie. Odtąd mamy do czynienia ze złem wyrafinowanym, subtelnym, a przez to jeszcze straszniejszym. Dzięki późniejszym podróżom w głąb myślodsiewni jesteśmy w stanie poznać genezę Toma Riddle’a. Odkrywamy jak z błyskotliwego i ujmującego sieroty stał się okrutnym mordercą, terroryzującym całe społeczeństwo. Ponadto poznajemy różne aspekty jego psychiki, takie jak jego skłonność do gromadzenia trofeów, zdolność do manipulacji czy potrzeba wyróżnienia się. W ten sposób Rowling wykreowała postać złożoną i wielowymiarową, a przez to bardziej interesującą dla dojrzalszego czytelnika.

Nie jest to koniec zmian jakie wprowadza część czwarta. Pojawienie się zaklęć niewybaczalnych i śmierciożerców miało znaczący wpływ na dalsze kształtowanie się fabuły. Dodały jej nie tylko mroczniejszego charakteru, ale także uczyniły bardziej realistyczną (o ile można mówić o realizmie w świecie czarodziejów). Jest to także tom, w którym autorka poruszyła inny ważny problem. Skrzaty domowe, które w Komnacie Tajemnic poprzez postać Zgredka były jedynie uzupełnieniem fabularnym, stają się w Czarze Ognia metaforą nierówności społecznej. Temat ten został podkreślony dzięki działaniom Hermiony Granger, z którą, jak wiemy, autorka poniekąd się utożsamia.

Widzimy zatem, że Harry Potter i Czara Ognia jest częścią spajającą dwa różne oblicza opowieści. Są jednak takie zmiany, które pojawiają się nieco później. Jedną z nich jest przemiana osoby dyrektora Hogwartu. Właściwie przez niemal całe pierwsze pięć lat nauki Harry’ego w Szkole Magii i Czarodziejstwa Dumbledore jawi się nam jako potężny czarodziej, stojący z boku wydarzeń i czuwający nad Harrym. Natomiast od Księcia Półkrwi zaczyna on brać aktywny udział w kierowaniu losami chłopca, z którym spędza wiele godzin w strzeżonym przez gargulca gabinecie. Zaczynamy tu poznawać dyrektora od nieco innej strony, jednak dopiero część ostatnia odpowiada na nasze pytania o jego przeszłość i prawdziwą naturę. Albus zostaje tu ukazany bardziej ludzko. Dowiadujemy się o błędach jakie kiedyś popełnił, które skutkowały tragiczną śmiercią jego siostry, co miało znaczący wpływ na ukształtowanie się jego osobowości. Jest to zupełnie inne przedstawienie Dumbledore’a niż to znane z poprzednich książek. Zamiast nieomylności i idealizacji mamy mądrość okupioną wielkim cierpieniem. Tak oto Rowling, podobnie jak w wypadku Voldemorta, przerodziła bohatera schematycznego w wielowymiarowego i unikalnego.

Widzimy zatem, że autorka potrafiła bardzo zręcznie dostosować historię dla dzieci na potrzeby dojrzalszego odbiorcy. Jednak takie manipulowanie na bieżąco powieścią niesie ze sobą pewnie ograniczenia. Weźmy chociażby pojawianie się w późniejszych częściach elementów, o których powinniśmy wiedzieć wcześniej, a jednak nie było o nich żadnej wzmianki. W taki sposób dowiadujemy się nagle, że różdżka przechodzi w panowanie tego kto pokonał jej poprzedniego pana; że istnieje legilimencja i oklumencja, a zaklęcia niewerbalne nagle stają się bardzo powszechne, mimo że wcześniej prawie nikt (nawet spośród dorosłych czarodziejów) ich nie używał.

Kolejnym przykładem elementu nie do końca przemyślanego jest quidditch. Jeśli przyjrzymy się bliżej, to gra, którą żyje cały czarodziejski świat, jest po prostu bezsensowna. Sytuacja rywalizujących obrońców, pałkarzy i ścigających nie ma właściwie żadnego znaczenia, skoro szukający, łapiąc znicza, zyskuje ot tak 150 punktów, jest więc to dosyć absurdalne. Wyobraźmy sobie mecz piłki ręcznej, w którym jedna drużyna znacząco przegrywa, powiedzmy wynikiem 16:30, a tu nagle pojawia się złota piłeczka, której złapanie odwraca wynik meczu na 31:30. Sprowadza się to do tego, że w 90% przypadków zdobycie znicza wygrywa grę, czyniąc całą resztę niepotrzebnym.

Oprócz tego na przestrzeni kolejnych części pojawiają się zwykłe błędy logiczne. Co jeśli James i Lily Potterowie tak naprawdę nie musieli zginąć? Przypomnijmy sobie, że stało się to na skutek powierzenia roli strażnika tajemnicy Glizdogonowi, który zdradził ich Voldemortowi. Nic jednak nie tłumaczy dlaczego James sam nie został strażnikiem. Mógłby wtedy po prostu pozostać w bezpiecznym schronieniu wraz z żoną i synem, a Czarny Pan prawdopodobnie nigdy by ich nie odnalazł. Dla tych, którzy myślą, że to niemożliwe, przypominam, że dokładnie tak samo uczynili w ostatnim tomie zarówno Bill jak i Artur Weasley.

Widzimy zatem, że różnice pomiędzy początkiem a końcem serii podyktowane są zmianą jej charakteru. Z oryginalnej bajki dla dzieci stała się skomplikowaną i wzruszającą powieścią, czytaną przez ludzi we właściwie każdym wieku. Taka różnorodność świadczy o kunszcie pisarskim Rowling oraz jej szerokiej wyobraźni, jednocześnie niosąc ze sobą ograniczenia, których nawet ona nie zdołała uniknąć. Są to jednak drobne niedoskonałości, które, moim zdaniem, wcale nie odbierają Harry’emu Potterowi wartości, ale czynią go historią jeszcze bardziej unikatową.

Typoduchy, czyli jak zamiłowanie do słowa połączyło się z designem – Viktoria Kopaczewska

Zdarzyło się Wam przeczytać jakieś słowa, które tak mocno Was poruszyły, że najchętniej nie rozstawalibyście się z nimi ani na chwilę? A gdyby istniał sposób na ich uwiecznienie, tak aby nawet w trakcie snu mieć je przy sobie…?

Pomysł na typoduchy, czyli poduszki z napisami, powstał kilka lat temu podczas niesamowitego wydarzenia jakim jest Festiwal „Miasto Poezji”. Początkowo były one ogromnych rozmiarów i widniały na nich nazwiska festiwalowych gości. Kiedy jednak zauważono, jak ogromnym zainteresowaniem się cieszą (w niewyjaśnionych okolicznościach ginęły z punktów, w których były rozłożone), powstał pomysł na prowadzenie warsztatów, gdzie każdy uczestnik będzie miał szansę wykonać takie cudo samodzielnie. Pierwsze tego typu warsztaty miały miejsce dwa lata temu z okazji kolejnej edycji wyżej wspomnianego festiwalu, obecnie odbywają się częściej.

Processed with VSCO with hb1 presetProcessed with VSCO with hb1 preset

Ósmego października miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w tym niezwykłym procesie tworzenia małych dzieł sztuki. Dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że poszewki każdy musi uszyć samodzielnie. W jednej chwili ogarnęło mnie przerażenie, bo – chociaż wstyd się przyznać – nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z maszyną do szycia. Na szczęście warsztaty prowadziły dwie niesamowite kobiety – Magdalena Krasuska i Monika Czapka, które krok po kroku tłumaczyły, jak należy przygotować materiał, jak odpowiednio go wymierzyć oraz ułatwić sobie pracę, żeby efekt końcowy był zachwycający. I choć samo szycie poduszki wymagało pewnej dozy skupienia i zdolności manualnych, to prawdziwa zabawa zaczęła się w momencie przygotowywania napisów na poszewki. Podczas zgłoszeń każdy uczestnik miał szansę wybrać słowa, które chciałby umieścić na swojej poduszce. Istnieją jedynie dwa ograniczenia – długość cytatu oraz jego treść, która rzecz jasna musi być na pewnym poziomie. Cytat nie może być zbyt długi ze względów czysto praktycznych – małe znaki trudniej się odbija. Aby przygotować szablon należało odpowiednio odkleić litery ze specjalnie spreparowanej taśmy; było to mozolne zadanie, a najlepsze miało dopiero nadejść! Najlepsza zabawa zaczęła się w momencie, kiedy na stole pojawiły się różnokolorowe farby – każdy z nas mógł dowolnie wybrać barwy. Niektórzy stawiali na prostotę i wybierali klasyczną czarną farbę, inni odnajdowali w sobie duszę artysty i tworzyli nietuzinkowe wzory, używając przenikających się nawzajem odcieni. Każdy z nas ostrożnie nakładał farbę, sama myślami byłam już w domu, zastanawiając się, jakie miejsce zajmie gotowa poduszka. Efekt był zdumiewający. Ten etap pracy podobał mi się najbardziej. Po minach uczestników widać było, że im także – stresujący moment kontaktu z maszyną do szycia już minął, można więc puścić wodze fantazji i stworzyć coś niezwykłego. Większość cytatów miała związek ze snem lub trudnościami, jakich przysparza nam poranne wstawanie, oczywiście w żadnym stopniu nie był to przypadek.

Processed with VSCO with hb1 preset

Kiedy poszewki były już gotowe i farba schła, miałam okazję porozmawiać z pozostałymi uczestnikami. Każdy cieszył się z wykonanej poduszki i był zachwycony warsztatami. Jest tylko jeden minus – liczba zgłoszeń przewyższa możliwości Domu Słów, siłą rzeczy wszyscy chętni się nie zmieszczą. Tym z Was, którym nie udało się tym razem, mogę zdradzić, że w listopadzie będzie kolejna szansa. Bądźcie czujni 😉

„Lapsus” rusza ze stroną internetową!

Bardzo nam miło powitać wszystkich czytelników na naszej stronie internetowej – na razie jest uboga w treści, ale stopniowo będziemy ją uzupełniać 🙂 Mamy nadzieję, że ukazujące się na witrynie artykuły przypadną Wam do gustu  (i że powstanie strony to kolejny krok do uczynienia członków zespołu obrzydliwie bogatymi i sławnymi).

Redakcja