Dwa oblicza Harry’ego Pottera, czyli jak książka dla dzieci przerodziła się w dojrzałą powieść – Michał Nowakowski

Gdy na początku lat 90. J.K. Rowling zaczynała kreślić zarysy fabuły Harry’ego Pottera, nie miała pojęcia jak wielki wpływ wywrze on na milionach osób (w tym na mnie), dla których jej dzieło będzie czymś o wiele większym niż jedynie kolejnym przeczytanym tytułem. W tamtym czasie jedynym marzeniem Brytyjki było wydanie swojej książki i już samo to było dla niej olbrzymim sukcesem. A żeby powieść przerodziła się ostatecznie w całą serię, wykraczało poza jej najśmielsze oczekiwania. Dlatego też nieuniknionym było, że na przestrzeni siedmiu części jakie liczy saga, pojawią się pewne różnice. Kamień Filozoficzny jest historią skierowaną typowo do dzieci. Magiczny i cudowny świat, do którego każde dziecko chciałoby trafić, dał podstawę do rozwoju dużo bardziej dojrzalszej fabuły ukazanej w następnych tomach. Rowling bowiem, tak jak jej fani, dojrzewa na przestrzeni kolejnych publikacji – dojrzewa jako pisarka. Ale jak to się stało, że Insygnia Śmierci tak odbiegają od Kamienia Filozoficznego?

Kluczowym, według mnie, punktem zmian w sadze jest część czwarta. To tutaj początkowo bajkowo-sielankowy charakter przeradza się w dojrzałą historię, która m.in. porusza ważne problemy społeczne. Dlaczego tak sądzę? Otóż w Czarze Ognia po raz pierwszy śmierć zostaje ukazana tak dobitnie. Nie jest to już tylko ogólnikowa wzmianka, jak to miało miejsce w przypadku Quirella. Tu ginie nie tylko ważna fabularnie, ale także niewinna postać, jaką niewątpliwie był Cedric. Tym samym Rowling wychodzi ze świata bajek i pokazuje, że życie nie zawsze jest tak sprawiedliwe i kolorowe, jakim chcielibyśmy je widzieć. Jest to punkt widzenia diametralnie różny od wcześniejszych tomów kończących się happy endem.

Kolejnym punktem zwrotnym dla fabuły zawartej w Czarze Ognia jest odrodzenie się Voldemorta. W poprzednich częściach był on ukazany po prostu jako „główny zły”, postać skonstruowana według znanych nam z innych dzieł kultury schematów. Jego pełny powrót daje natomiast początek nowej formie. Odtąd mamy do czynienia ze złem wyrafinowanym, subtelnym, a przez to jeszcze straszniejszym. Dzięki późniejszym podróżom w głąb myślodsiewni jesteśmy w stanie poznać genezę Toma Riddle’a. Odkrywamy jak z błyskotliwego i ujmującego sieroty stał się okrutnym mordercą, terroryzującym całe społeczeństwo. Ponadto poznajemy różne aspekty jego psychiki, takie jak jego skłonność do gromadzenia trofeów, zdolność do manipulacji czy potrzeba wyróżnienia się. W ten sposób Rowling wykreowała postać złożoną i wielowymiarową, a przez to bardziej interesującą dla dojrzalszego czytelnika.

Nie jest to koniec zmian jakie wprowadza część czwarta. Pojawienie się zaklęć niewybaczalnych i śmierciożerców miało znaczący wpływ na dalsze kształtowanie się fabuły. Dodały jej nie tylko mroczniejszego charakteru, ale także uczyniły bardziej realistyczną (o ile można mówić o realizmie w świecie czarodziejów). Jest to także tom, w którym autorka poruszyła inny ważny problem. Skrzaty domowe, które w Komnacie Tajemnic poprzez postać Zgredka były jedynie uzupełnieniem fabularnym, stają się w Czarze Ognia metaforą nierówności społecznej. Temat ten został podkreślony dzięki działaniom Hermiony Granger, z którą, jak wiemy, autorka poniekąd się utożsamia.

Widzimy zatem, że Harry Potter i Czara Ognia jest częścią spajającą dwa różne oblicza opowieści. Są jednak takie zmiany, które pojawiają się nieco później. Jedną z nich jest przemiana osoby dyrektora Hogwartu. Właściwie przez niemal całe pierwsze pięć lat nauki Harry’ego w Szkole Magii i Czarodziejstwa Dumbledore jawi się nam jako potężny czarodziej, stojący z boku wydarzeń i czuwający nad Harrym. Natomiast od Księcia Półkrwi zaczyna on brać aktywny udział w kierowaniu losami chłopca, z którym spędza wiele godzin w strzeżonym przez gargulca gabinecie. Zaczynamy tu poznawać dyrektora od nieco innej strony, jednak dopiero część ostatnia odpowiada na nasze pytania o jego przeszłość i prawdziwą naturę. Albus zostaje tu ukazany bardziej ludzko. Dowiadujemy się o błędach jakie kiedyś popełnił, które skutkowały tragiczną śmiercią jego siostry, co miało znaczący wpływ na ukształtowanie się jego osobowości. Jest to zupełnie inne przedstawienie Dumbledore’a niż to znane z poprzednich książek. Zamiast nieomylności i idealizacji mamy mądrość okupioną wielkim cierpieniem. Tak oto Rowling, podobnie jak w wypadku Voldemorta, przerodziła bohatera schematycznego w wielowymiarowego i unikalnego.

Widzimy zatem, że autorka potrafiła bardzo zręcznie dostosować historię dla dzieci na potrzeby dojrzalszego odbiorcy. Jednak takie manipulowanie na bieżąco powieścią niesie ze sobą pewnie ograniczenia. Weźmy chociażby pojawianie się w późniejszych częściach elementów, o których powinniśmy wiedzieć wcześniej, a jednak nie było o nich żadnej wzmianki. W taki sposób dowiadujemy się nagle, że różdżka przechodzi w panowanie tego kto pokonał jej poprzedniego pana; że istnieje legilimencja i oklumencja, a zaklęcia niewerbalne nagle stają się bardzo powszechne, mimo że wcześniej prawie nikt (nawet spośród dorosłych czarodziejów) ich nie używał.

Kolejnym przykładem elementu nie do końca przemyślanego jest quidditch. Jeśli przyjrzymy się bliżej, to gra, którą żyje cały czarodziejski świat, jest po prostu bezsensowna. Sytuacja rywalizujących obrońców, pałkarzy i ścigających nie ma właściwie żadnego znaczenia, skoro szukający, łapiąc znicza, zyskuje ot tak 150 punktów, jest więc to dosyć absurdalne. Wyobraźmy sobie mecz piłki ręcznej, w którym jedna drużyna znacząco przegrywa, powiedzmy wynikiem 16:30, a tu nagle pojawia się złota piłeczka, której złapanie odwraca wynik meczu na 31:30. Sprowadza się to do tego, że w 90% przypadków zdobycie znicza wygrywa grę, czyniąc całą resztę niepotrzebnym.

Oprócz tego na przestrzeni kolejnych części pojawiają się zwykłe błędy logiczne. Co jeśli James i Lily Potterowie tak naprawdę nie musieli zginąć? Przypomnijmy sobie, że stało się to na skutek powierzenia roli strażnika tajemnicy Glizdogonowi, który zdradził ich Voldemortowi. Nic jednak nie tłumaczy dlaczego James sam nie został strażnikiem. Mógłby wtedy po prostu pozostać w bezpiecznym schronieniu wraz z żoną i synem, a Czarny Pan prawdopodobnie nigdy by ich nie odnalazł. Dla tych, którzy myślą, że to niemożliwe, przypominam, że dokładnie tak samo uczynili w ostatnim tomie zarówno Bill jak i Artur Weasley.

Widzimy zatem, że różnice pomiędzy początkiem a końcem serii podyktowane są zmianą jej charakteru. Z oryginalnej bajki dla dzieci stała się skomplikowaną i wzruszającą powieścią, czytaną przez ludzi we właściwie każdym wieku. Taka różnorodność świadczy o kunszcie pisarskim Rowling oraz jej szerokiej wyobraźni, jednocześnie niosąc ze sobą ograniczenia, których nawet ona nie zdołała uniknąć. Są to jednak drobne niedoskonałości, które, moim zdaniem, wcale nie odbierają Harry’emu Potterowi wartości, ale czynią go historią jeszcze bardziej unikatową.

Reklamy

Typoduchy, czyli jak zamiłowanie do słowa połączyło się z designem – Viktoria Kopaczewska

Zdarzyło się Wam przeczytać jakieś słowa, które tak mocno Was poruszyły, że najchętniej nie rozstawalibyście się z nimi ani na chwilę? A gdyby istniał sposób na ich uwiecznienie, tak aby nawet w trakcie snu mieć je przy sobie…?

Pomysł na typoduchy, czyli poduszki z napisami, powstał kilka lat temu podczas niesamowitego wydarzenia jakim jest Festiwal „Miasto Poezji”. Początkowo były one ogromnych rozmiarów i widniały na nich nazwiska festiwalowych gości. Kiedy jednak zauważono, jak ogromnym zainteresowaniem się cieszą (w niewyjaśnionych okolicznościach ginęły z punktów, w których były rozłożone), powstał pomysł na prowadzenie warsztatów, gdzie każdy uczestnik będzie miał szansę wykonać takie cudo samodzielnie. Pierwsze tego typu warsztaty miały miejsce dwa lata temu z okazji kolejnej edycji wyżej wspomnianego festiwalu, obecnie odbywają się częściej.

Processed with VSCO with hb1 presetProcessed with VSCO with hb1 preset

Ósmego października miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w tym niezwykłym procesie tworzenia małych dzieł sztuki. Dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że poszewki każdy musi uszyć samodzielnie. W jednej chwili ogarnęło mnie przerażenie, bo – chociaż wstyd się przyznać – nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z maszyną do szycia. Na szczęście warsztaty prowadziły dwie niesamowite kobiety – Magdalena Krasuska i Monika Czapka, które krok po kroku tłumaczyły, jak należy przygotować materiał, jak odpowiednio go wymierzyć oraz ułatwić sobie pracę, żeby efekt końcowy był zachwycający. I choć samo szycie poduszki wymagało pewnej dozy skupienia i zdolności manualnych, to prawdziwa zabawa zaczęła się w momencie przygotowywania napisów na poszewki. Podczas zgłoszeń każdy uczestnik miał szansę wybrać słowa, które chciałby umieścić na swojej poduszce. Istnieją jedynie dwa ograniczenia – długość cytatu oraz jego treść, która rzecz jasna musi być na pewnym poziomie. Cytat nie może być zbyt długi ze względów czysto praktycznych – małe znaki trudniej się odbija. Aby przygotować szablon należało odpowiednio odkleić litery ze specjalnie spreparowanej taśmy; było to mozolne zadanie, a najlepsze miało dopiero nadejść! Najlepsza zabawa zaczęła się w momencie, kiedy na stole pojawiły się różnokolorowe farby – każdy z nas mógł dowolnie wybrać barwy. Niektórzy stawiali na prostotę i wybierali klasyczną czarną farbę, inni odnajdowali w sobie duszę artysty i tworzyli nietuzinkowe wzory, używając przenikających się nawzajem odcieni. Każdy z nas ostrożnie nakładał farbę, sama myślami byłam już w domu, zastanawiając się, jakie miejsce zajmie gotowa poduszka. Efekt był zdumiewający. Ten etap pracy podobał mi się najbardziej. Po minach uczestników widać było, że im także – stresujący moment kontaktu z maszyną do szycia już minął, można więc puścić wodze fantazji i stworzyć coś niezwykłego. Większość cytatów miała związek ze snem lub trudnościami, jakich przysparza nam poranne wstawanie, oczywiście w żadnym stopniu nie był to przypadek.

Processed with VSCO with hb1 preset

Kiedy poszewki były już gotowe i farba schła, miałam okazję porozmawiać z pozostałymi uczestnikami. Każdy cieszył się z wykonanej poduszki i był zachwycony warsztatami. Jest tylko jeden minus – liczba zgłoszeń przewyższa możliwości Domu Słów, siłą rzeczy wszyscy chętni się nie zmieszczą. Tym z Was, którym nie udało się tym razem, mogę zdradzić, że w listopadzie będzie kolejna szansa. Bądźcie czujni 😉

„Lapsus” rusza ze stroną internetową!

Bardzo nam miło powitać wszystkich czytelników na naszej stronie internetowej – na razie jest uboga w treści, ale stopniowo będziemy ją uzupełniać 🙂 Mamy nadzieję, że ukazujące się na witrynie artykuły przypadną Wam do gustu  (i że powstanie strony to kolejny krok do uczynienia członków zespołu obrzydliwie bogatymi i sławnymi).

Redakcja