Po trzydziestce Rysy się nie zmniejszają – Aleksandra Żak

Jak to przed walentynkami, miłość wisi w powietrzu. Centrum Duszpasterstwa Młodzieży wraz z Katolickim Stowarzyszeniem Młodzieży Archidiecezji Lubelskiej nie płyną jednak z prądem taniej, komercyjnej tandety w serduszka. Z okazji dnia zakochanych proponują dyskusję o konkretnych sprawach. Z ich inicjatywy 12 lutego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim odbyła się debata walentynkowa na temat: „Czy warto hajtać się przed trzydziestką?”.

Właśnie, warto? Na odpowiedź oczekuje wypełniająca aulę Centrum Transferu Wiedzy młodzież, która pragnie usłyszeć opinię gości debaty. Wśród nich jest Marcin Gomułka, który wraz z żoną Moniką prowadzi popularnego bloga o nazwie „Początek Wieczności”. Obok zasiada brat Tomasz Mantyk, kapucyn i duszpasterz młodzieży na lubelskiej Poczekajce. Obecna jest również Agnieszka Pietrzak, ewangelizatorka Przystanka Jezus, wywodząca się z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży – dziś świeżo upieczona narzeczona, związana ze środowiskiem nowej ewangelizacji.

Próbę odpowiedzi na pytanie debaty jako pierwszy podejmuje Marcin, który na co dzień, wraz z żoną, dzieli się z odwiedzającymi bloga doświadczeniem szczęścia małżeńskiego. Pytającym o jego sekret odpowiada wprost: „Nie mielibyśmy tego wszystkiego, gdyby nie praca. Nic nie przychodzi samo”. Kiedy porusza temat wolności i obaw przed jej poświęceniem przed trzydziestką, opowiada o zmianie, jaka zaszła w jego własnej perspektywie: „Kiedyś uważałem, że wolność to robienie tego, co mi się podoba, a tymczasem wolność to to, że mogę wrócić do mojej żony i dzieci i być z nimi”. Młodym przekazuje realistyczne spojrzenie na powołanie, które wybrał: „W małżeństwie nie będzie samych przyjemności. Chodzi o umieranie dla drugiej osoby”. Wspominając o źródle swojej siły, przyznaje: „Bez Pana Boga nie jestem w stanie być małżonkiem”.

Brat Tomasz z humorem rozważa kwestię gotowości do małżeństwa. Na początku mierzy się z mitem, że to prosta, wolna od ryzyka droga: „Małżeństwo to rosyjska ruletka. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi”. Mówi o kryzysie dojrzałości wśród młodych i niechęci do dorastania, a dla odwlekania decyzji o małżeństwie znajduje obrazowe porównanie: „To jak dwóch turystów w Tatrach, którzy wpatrują się w Rysy i czekają, aż te się zmniejszą”. Wyjaśnia, że gotowość do założenia rodziny mierzy się poziomem zaufania Bogu, a nie kryteriami ekonomicznymi. „Będziesz miał może osiemdziesiąt lat, jak spełnisz te wszystkie kryteria” – mówi, a po jego słowach następują salwy śmiechu wśród publiczności. Przeżywającym trudności z podjęciem decyzji o wiązaniu się na całe życie oznajmia, że „brak decyzji powodowany lękiem przed decyzją jest najgorszą decyzją”.

Agnieszka opowiada swoją historię dorastania do pragnienia założenia rodziny. Zdradza, że nie doświadczała go wcale, kiedy koleżanki się zaręczały, a jej własna rodzina zaczynała pytać o „kawalera”. Dzieli się świadectwem wysłuchanej modlitwy o znalezienie drugiej połówki i  historią poznania swojego przyszłego męża. Opowiada o sensie zmagania o czystość w związku, a jako receptę na nieporozumienia i sprzeczki w narzeczeństwie podaje biblijną zasadę: „Bardzo ważne jest to, by przed nadejściem nocy zawsze się pogodzić”.

W ostatniej części spotkania goście wspólnie odpowiadają na pytania publiczności. Pochylają się nad zagadnieniem powołania do samotności. „Każdy jest powołany do małżeństwa, ale nie każdy je stworzy. Niektórzy z was nie znajdą faceta lub kobiety, dla których warto się poświęcać i umierać. Każdy ma jednak powołanie do miłości” –  wyjaśnia brat Tomasz. „Żadna relacja nie da ci jednak takiej pełni miłości, żebyś nie potrzebował Chrystusa”. Marcin dodaje: „Często mylimy środek z celem. Małżeństwo jest drogą do Boga, a powołaniem każdego jest życie wieczne. Kiedy kochasz, już jesteś jedną nogą w wieczności”. Odpowiedź na pytanie, czy ostatecznie lepiej jest „hajtać się przed trzydziestką”, pada na koniec z ust Agnieszki, która sądzi, że „hajtać się warto, kiedy jest na ciebie czas”.

Reklamy

O wartości studiów humanistycznych i ich obecnej popularności – Michał Nowakowski

Jeśliby zapytać kogokolwiek z nas o największy upadek kultury w dziejach Europy, to z dużym prawdopodobieństwem – niezależnie od stopnia naszej wiedzy historycznej – wskazalibyśmy drugą połowę V wieku. Upadek Cesarstwa Rzymskiego (a konkretniej jego zachodniej części) przyczynił się do ogromnych zmian w dalszym rozwoju i kształcie społeczno-polityczno-gospodarczym Europy oraz jej kultury. Błędem byłoby jednak upraszczanie tego kompleksowego zagadnienia przez zwykłe wyliczenie przyczyn i skutków. Temat ten wymaga ostrożnego i dokładnego zbadania przez specjalistów epoki – a takich prób było już wiele. Zmierzam jednak do tego, by zaznaczyć, że Rzym nie upadł nagle: umiejscowienie tego wydarzenia w roku 476 jest umowne i ma rację bytu jedynie w myśleniu nienaukowym.

Profesor Paul Freedman, wykładowca historii średniowiecznej Uniwersytetu Yale, w swoich wykładach podkreśla, że ludzie żyjący w IV i V wieku nie mieli pojęcia, że rozpoczynają epokę, która doczeka się miana „wieków ciemnych”. Dopiero my, z perspektywy czasu, jesteśmy w stanie wskazać znaczną różnicę między wykształceniem, które odbierali oni, a tym, które charakteryzowało ludzi kultury jeszcze 200 lat wcześniej. Oczywiście taka generalizacja jest często niesprawiedliwa, bo trudno nie nazwać postaci takich jak św. Augustyn erudytami. Jednak w przekrojowym ujęciu elity umysłowe wieku V mogły pochwalić się znacznie mniejszą znajomością Cycerona, Wergilego czy Horacego. Często obce były im też zasady klasycznej retoryki, a ich pojęcie cnoty było inne niż typowo rzymskie virtus lub (jeszcze bardziej odległe) greckie arete.

Śledząc te przemiany kulturowe sprzed ponad półtora tysiąca lat, można zauważyć choć cień podobieństwa do sytuacji nam aktualnej. W wieku XIX czy na początku XX nie znaleźlibyśmy się na żadnym szanującym się uniwersytecie bez znajomości łaciny, greki czy podstaw filozofii – dla kontrastu dzisiaj trudno spotkać studenta, który włada językami antycznymi, o ile nie są one przedmiotem jego studiów. Oczywiście niekoniecznie musi to od razu wskazywać na kryzys wykształcenia: zupełnie rozsądny wydaje się argument, że dzisiejszy uniwersytet (albo raczej szkoła wyższa) skupia się na przekazaniu studentom wiedzy bardziej praktycznej, która będzie użyteczna w ich codziennym życiu oraz karierze – natomiast książki sprzed dwu tysięcy lat należy zostawić dla pasjonatów.

Zastanówmy się jednak, dlaczego wiek XIX – który przecież od starożytności też dzieliło sporo czasu – kultywował tradycje antyczne. Otóż wynikało to z przekonania, że studia humanistyczne, jak żadne inne, pozwalają w pełni rozwinąć się człowiekowi, kształtując jego charakter oraz moralność. Głównym celem czytania starożytnych było wydobycie z ich tekstów tych wartości, które posłużą naszej autokreacji. A po co? Po to by służyć społeczeństwu! By je naprawiać, inspirować i kierować nim na drodze do rozwoju.

Potrzebę samodoskonalenia i trudu z tym związanego podkreślał już Marek Tulliusz Cycero, który sformułował ideę otium cum dignitate – zaszczytnego wypoczynku. Miał on polegać na wykorzystywaniu swojego czasu wolnego na służbę społeczeństwu (m.in. przez własny rozwój). W tym samym duchu pisali humaniści renesansowi, jak np. Giovanni Pico della Mirandola, autor De hominis dignitate (O godności człowieka), który podkreślał, że być człowiekiem znaczy nieustannie kształtować własną osobę, a ci, którzy tego nie robią, nie różnią się w zasadzie od zwierząt: „Jeśli zobaczyłbyś jakiegoś człowieka, który dba tylko o żołądek i pełza po ziemi, ten korzeniem jest raczej przytwierdzonym do ziemi niż człowiekiem. A jeśli zobaczyłbyś, że ktoś, jakby przez Kalipso czarodziejskimi sztuczkami oślepiony i fałszywą ułudą omamiony, jest niewolnikiem zmysłów — zwierzę widzisz, a nie człowieka”. Wśród Polaków także nie brakowało głosów nawołujących do poprawy czy to samych siebie, czy całego narodu, a za przykład niech posłużą Andrzej Frycz Modrzewski ze swym dziełem De Republica emendanda (O naprawie Rzeczpospolitej) czy Kazania sejmowe Piotra Skargi. Są one namacalnym dowodem na to, jak wiedza humanistyczna jest w stanie przerodzić się w narzędzie służące państwu. Tak więc studia humanistyczne (których nazwa wywodzi się notabene od zapoczątkowanego w odrodzeniu programu kształcenia, studia humanitatis, obejmującego retorykę, poetykę, gramatykę, historię i filozofię moralną) mają na celu nie tylko przekazywać informacje, ale przede wszystkim kształtować charakter, a co za tym idzie – etos obywatela. Nie bez powodu przecież Homera nazywano wychowawcą społeczeństwa, a za główne zadanie sztuki uważano paideię, czyli szeroko pojęte wychowanie.

Można spodziewać się, że takie ukazanie walorów studiów humanistycznych sprowokuje zarzuty o propagowanie przeze mnie elitaryzmu. No bo w końcu tylko mała część społeczeństwa jest aktywnie zaangażowana w politykę. Otóż, po pierwsze, zdolności oratorskie, erudycja i poprawnie ukształtowany kręgosłup moralny są (a przynajmniej powinniśmy dążyć do tego, by były) cenione wszędzie, nie tylko w polityce. Nie możemy zapominać, że oprócz wykonywanych przez nas zawodów jesteśmy także (a może przede wszystkim) obywatelami Rzeczpospolitej Polskiej, a chociażby zalążek wartości wyniesiony ze studiów humanistycznych pozwoli nam lepiej tę rolę pełnić. Po drugie, nie uważam, by plan szkolny czy akademicki był na tyle przeładowany przedmiotami, które muszą tam być koniecznie, by nie można było sobie pozwolić na chociażby jedną czy dwie lekcje łaciny tygodniowo.

Pogląd ten jest niestety coraz mniej popularny, gdyż we wszystkim, co nie daje „praktycznej” umiejętności, widzi się stratę czasu. Jeśli ta tendencja się utrzyma, możemy doczekać czasów, kiedy jedyną różnicą między ludźmi pierwotnymi a nami będzie technologia, a jej rozwój będzie utożsamiany z rozwojem człowieka. Może należałoby się zastanowić, dlaczego nasi współcześni politycy nie nawołują do „naprawy Rzeczpospolitej” (a przynajmniej dlaczego nie nawołują bezinteresownie) i dlaczego większość z nich ma problem przy próbie wypowiedzenia się kilkoma pełnymi zdaniami, bo odpowiedź może leżeć w stanie obecnej popularności nauk humanistycznych.

 

korekta – Monika Błaszczak

Polska sposobem na życie – Aleksandra Stronkowska

„Polska stała się dla mnie sposobem na życie” – te słowa podczas spotkania na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II powiedział profesor Cheong Byung-Kwon, twórca pierwszego polskiego ośrodka w Korei Południowej, założyciel polonistyki na Hankuk University of Foreign Studies w Seulu, tłumacz Pana Tadeusza i Lalki na język koreański. Człowiek, który upodobał sobie i pokochał kraj odległy od swojej ojczyzny o ponad siedem tysięcy kilometrów. Poszłam na to spotkanie ze świadomością, że posłucham kogoś pracowitego i uzdolnionego. Okazało się, że dodatkowo miałam okazję przekonać się, że profesora można określić mianem polskiego patrioty.

Processed with VSCO

Spotkanie z Cheongiem Byung-Kwonem było niezwykłe pod wieloma względami. Po pierwsze – było to jedyne takie wydarzenie w Polsce, po drugie – sama historia profesora jest niezmiernie ciekawa.

Można powiedzieć, że Cheong Byung-Kwon już jako mały chłopiec marzył o poznaniu odległej kultury – niekoniecznie polskiej – jednak nieznanej i tajemniczej. Jak sam powiedział, będąc w szkole, tęsknił do jakiegoś dalekiego kraju, chciał zgłębić obcą tradycję i historię. Żyjąc ciągle tym pragnieniem, już jako student stwierdził, że chce nauczyć się polskiego – języka, którego nikt w Korei nie zna na tyle dobrze, aby propagować polską kulturę. W jego ojczyźnie nie było nikogo, kto mógłby przekazać ambitnemu człowiekowi taką wiedzę, ba, okazało się, że nawet możliwość dostania się do odległego europejskiego państwa była trudna do zrealizowania. Jednak, żeby poznać ten niedostępny w ojczyźnie dla Koreańczyka język, Byung-Kwon musiał wyjechać do Polski – jeżeli by tego nie zrobił, spełnienie swojego największego marzenia stałoby się nierealne. Myślę, że sytuacja dla wielu z nas wydałaby się nie do rozwiązania i zrezygnowalibyśmy z jej realizacji. Usłyszałam na tym spotkaniu banalną odpowiedź profesora na pytanie, jak zaczął uczyć się naszego języka: „Jeżeli nie mogłem dostać się do Polski, to dotarłem jak najbliżej jej”. I tak w 1978 roku znalazł się w Berlinie Zachodnim.

Dalej historia nauki profesora Cheonga Byung-Kwona także jest niezwykła. Będąc w RFN i chcąc uczyć się języka polskiego, najpierw musiał poznać niemiecki, i to na tyle dobrze, aby z tamtejszych podręczników zacząć uczyć się polskiego. Tu znowu sytuacja bardzo się komplikuje, kolejna przeszkoda na drodze do realizacji marzenia – jak nauczyć się dodatkowego języka, którego nie miało się nawet w planach? Profesor jednak podczas spotkania powiedział, że nie miał wyboru. Zdawał sobie sprawę, że nie będzie łatwo i jeżeli on nie nauczy się języka polskiego, to nikt w Korei nie będzie go umiał. Poznał więc język Goethego, co w końcu zaowocowało rozpoczęciem przyswajania mowy polskiej. Zaskoczyło mnie z jaką oczywistością to mówił – tak jakby nauczenie się obcego języka było najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Ponownie się udało. Mały chłopiec odnalazł swój odległy kraj, o którym tak długo marzył.

Kolejne etapy to już tylko pasmo translatorskich sukcesów, wynikających przede wszystkim z dalszej ciężkiej pracy. Zaczęło się od przetłumaczenia na koreański artykułu o Korei Południowej, który opublikowano w „Polityce”. Profesor powiedział na spotkaniu, że chciał go przełożyć, ponieważ nikt inny by tego nie zrobił. Cheong Byung-Kwon ma na swoim koncie także wydanie słownika polsko-koreańskiego.

Na spotkaniu padło również stwierdzenie, że polonistyka na Hankuk University of Foreign Studies w Seulu to najlepsza i notabene jedyna prawdziwa filologia polska poza granicami naszego kraju. I tu znowu zdziwienie – jak to, na koreańskim uniwersytecie, kto z Korei chce się uczyć naszego języka, jaki widzi w tym sens? Myliłam się, zakładając, iż polonistyka w Seulu jest kierunkiem niszowym. W tej chwili filologię polską studiuje 113 koreańskich studentów, a w ośrodku pracuje 12 wykładowców. Dlaczego zainteresowanie naszym krajem w tak odległym azjatyckim państwie jest tak duże? Przede wszystkim dlatego, że studenci po ukończeniu studiów praktycznie od razu mają pracę – czy to w ambasadach, czy firmach koreańskich wchodzących na polski rynek. Pracodawcy potrzebują osób znających język i kulturę Polski. Drugim powodem dużej liczby studentów na tym kierunku jest popularność Chopina. Muzyka tego twórcy jest bardzo lubiana w Azji, przypomnijmy sobie ostatni Konkurs Chopinowski i jego zwycięzcę – został nim Cho Seong-Jin z Korei Południowej.

Studia te jednak nie są proste. Przez pierwsze dwa lata studenci intensywnie uczą się posługiwania językiem polskim; ćwiczą konwersacje, jest to fundamentalny krok, który pozwoli przejść dalej – do poznawania literatury, historii, ekonomii i polityki.

Processed with VSCO with hb1 preset

Spotkanie jednak miało głównie na celu zapoznać polskich uczniów, studentów i uczonych z translatorskim dorobkiem profesora z Korei. Jak wspominałam, zaczął od tłumaczenia artykułu z „Polityki” – można powiedzieć, że był to pierwszy krok w podjęciu bardziej wymagającej pracy, czyli przetłumaczenia jednych z największych polskich dzieł literackich – Pana Tadeusza w 2005 roku i wydanej całkiem niedawno, bo w październiku tego roku, Lalki.

Prace nad przełożeniem epopei Adama Mickiewicza trwały trzy lata. Profesor pracował nad utworem razem z trzema asystentami. Tłumaczenie było skrupulatne i czasochłonne – przełożenie jednej strony trwało miesiąc! Ale udało się. Dodatkowo koreański Pan Tadeusz zachowuje rytmikę oraz złożony podział dzieła. Wydanie naszej narodowej epopei odbiło się głośnym echem w Korei Południowej, tamtejsze władze ogłosiły przekład Cheonga Byung-Kwona książką roku 2006 i rozprowadziły ją do bibliotek oraz uniwersytetów w całym kraju.

Jednak na spotkaniu najwięcej było mowy o Lalce Bolesława Prusa (dodatkowo, podczas wydarzenia, można było podziwiać wystawę polskich wydań tejże powieści z przeróżnych okresów). Cheong Byung-Kwon już w czasach studiów w RFN zainteresował się dziełem wielkiego twórcy – uważał (i nadal uważa), że jest to najwybitniejszy utwór polskiego pozytywizmu. W Lalce najbardziej spodobała mu się postać Stanisława Wokulskiego, a przede wszystkim jego, jak to ujął, „medytacje”. Zapytany o najważniejszy według niego przekaz dzieła, odpowiedział, że Prus chciał poprzez swoją książkę uświadomić Polakom, że najważniejsza jest praca. Co ciekawe profesor wysnuł także interesujące porównanie. Według niego ksiądz Robak z Pana Tadeusza i Wokulski z Lalki są do siebie bardzo podobni. Dlaczego? Ponieważ są prawdziwymi patriotami.

Spotkanie z Cheongiem Byung-Kwonem było niezwykłe. Wiele się mówi o inteligencji i pracowitości Azjatów. Profesor potwierdził te zdania nie tylko całym swoim naukowym dorobkiem, ale przede wszystkim uporem w dążeniu do spełnienia wydawałoby się nierealnego marzenia o wyjechaniu do dalekiego europejskiego kraju. Może to nas tylko inspirować i dodawać siły w realizowaniu swoich planów i celów. Cheong Byung-Kwon utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że nie ma rzeczy niemożliwych. Trzeba tylko się poświęcić i ciężko pracować. A co ma w translatorskich planach profesor z Seulu? Wesele Wyspiańskiego, jednak to jeszcze nie teraz, jak powiedział, jest zmęczony Lalką, bo czasami ten Prus tak nudno pisał

Processed with VSCO with hb1 preset

Łódzkie murale, woonerfy, meble miejskie i nie tylko… czyli o kulturze zawartej w infrastrukturze – Krystian Słomiński

Przestrzeń Łodzi – do niedawna szara i nieprzyjazna – od kilku lat zmienia się nie do poznania. Wiele obdrapanych ścian budynków odzyskało blask, niektóre z nich stały się też nośnikami wielkoformatowych malowideł – zwanych muralami. Kilka bocznych uliczek, niegdyś zaniedbanych i podziurawionych, służy obecnie jako strefa wypoczynku, zwana podwórcem albo woonerfem. Znajduje się tam mnóstwo zieleni i miejsc do odpoczynku, a ruch samochodów ograniczony jest do minimum. Spacerując po Łodzi, można natrafić na ławeczkę, na której siedzi Julian Tuwim albo inni wielcy łodzianie, a nawet natknąć się na kolorową skrzynkę elektryczną.

Na początek mural

Murale znane już były w okresie PRL-u. Pełniły wtedy rolę marketingową – reklamowały państwowe przedsiębiorstwa. Dzisiaj funkcjonują w przestrzeni miejskiej jako dekoracje. Wspaniale komponują się z popękanymi i lekko podniszczonymi elewacjami kamienic, co dodaje im swoistego uroku. Łódź to jedno z miejsc w Polsce, gdzie tego typu malowideł jest najwięcej. Pod koniec lat 90. XX wieku zaczęto tworzyć murale artystyczne nawiązujące stylem do graffiti. W 2001 roku przy ulicy Piotrkowskiej powstał rysunek przedstawiający plac Wolności, na środku którego stoi wielka łódka. Jest to tzw. mural-alegoria ukazujący abstrakcyjny obraz. Istnieją także murale iluzyjne przedstawiające okna i postaci w nich stojące. Tego typu malunek idealnie wypełnia i zarazem maskuje zbyt rzucające się w oczy puste szczyty budynków. W 1999 roku powstał w Łodzi mural podobnego gatunku z wizerunkami znanych osób związanych z tym miastem. Rysunki świetnie wypełniają przestrzenie na elewacjach kamienic i nadają miejscu niesamowity klimat1.

Tajemniczo brzmiący woonerf

Ta enigmatyczna nazwa to inne określenie dla miejskiego podwórca. Jest to rodzaj ulicy będącej strefą wypoczynkową, z uspokojonym ruchem, miejscami do siedzenia oraz licznymi nasadzeniami. Całość prezentuje dość wysoki poziom pod względem estetycznym. Nawierzchnia zbudowana jest zwykle z ozdobnej kostki. Pierwsze woonerfy pojawiły się w latach 70. XX wieku w Holandii, stamtąd pochodzi też nazwa zjawiska.

W Polsce podwórzec pojawił się stosunkowo niedawno. Jednym z pierwszych miejsc tego typu jest woonerf przy ulicy 6 Sierpnia w Łodzi – stworzony w 2014 roku. Inwestycja na tyle przypadła do gustu mieszkańcom, że już rok później wybudowano następny miejski podwórzec – mieszczący się przy ulicy Traugutta. Kolejny stworzono przy ulicy Piramowicza. Dzięki takim inicjatywom przestrzeń miejska jest bezpieczniejsza i bardziej przyjazna użytkownikom. Ruch w okolicy znacznie się uspokoił, dzięki czemu jest to idealne miejsce do rekreacji oraz odpoczynku2.

Ławeczka i kuferek, czyli o meblach miejskich

Łódź to jedyne miasto w Polsce, gdzie spacerując ulicą, można spotkać wypoczywającego na ławce Juliana Tuwima albo siedzącego na kuferku i piszącego „Ziemię obiecaną” Władysława Reymonta. By nie zapomnieć o wielkich mieszkańcach miasta, stworzono tzw. Galerię Wielkich Łodzian. Dlatego oprócz wyżej wspomnianych swe pomniki mają także inne osobistości jak np. siedzący w swym fotelu Stefan Jaracz, grający na fortepianie Artur Rubinstein, ponadto jest też pomnik lampiarza wspinającego się po drabinie na słup, żeby zapalić uliczną latarnię, a także stół, przy którym znajdują się trzej twórcy Łodzi przemysłowej – Izrael Poznański, Karol Scheibler i Henryk Grohman. Jest jeszcze ławeczka Jana Karskiego mieszcząca się w Parku Ocalałych3.

Co łączy Misia Uszatka z Plastusiem?

Od pierwszych lat powojennych aż do końca lat 90. XX wieku istniało w Łodzi studio Filmowe Se-ma-for. Przedsiębiorstwo zajmowało się tworzeniem filmów animowanych. W studiu powstały takie dzieła jak np. Miś Uszatek czy Pingwin Pik-Pok. Miasto nie zapomniało o legendarnych postaciach z bajek i stworzyło projekt o nazwie „Łódź bajkowa”. Przedsięwzięcie obejmuje dziewięć rzeźb ukazujących sylwetki animowanych postaci, które są rozsiane po całym mieście. Pierwsza powstała w 2009 roku, oczywiście przy ulicy Piotrkowskiej, i przedstawia Misia Uszatka. Wśród najciekawszych wyróżnić można takie rzeźby jak Filemona i Bonifacego – znajdujące się na terenie Muzeum Kinematografii, Wróbla Ćwirka stojącego w Parku Źródliska, Ferdynanda Wspaniałego witającego klientów wchodzących do Galerii Łódzkiej, czy Plastusia z Parku Sienkiewicza4.

Nawierzchnia także może być pomnikiem

Spacerując po trotuarze albo asfalcie, najczęściej nie zastanawiamy się, po czym tak naprawdę stąpamy. Czasem jednak warto się na chwilę zatrzymać i spojrzeć w dół, z pozoru bowiem zwyczajny chodnik może pełnić także funkcję monumentu. W 1999 roku władze miasta wpadły na pomysł, żeby niewielka część nawierzchni ulicy Piotrkowskiej była pomnikiem łodzian. Od tej pory na najsłynniejszym deptaku w Polsce można obserwować kilkanaście tysięcy betonowych kostek z nazwiskami mieszkańców. Cały projekt nosi nazwę Pomnika Łodzian Nowego Millenium. To nie jedyny przykład wykorzystania nawierzchni do celów kulturowych, gdyż nieopodal, na wysokości Pasażu Rubinsteina, stworzono Aleję Gwiazd – wzorowaną na tej z Hollywood. Widnieją tam nazwiska najsłynniejszych polskich aktorów, reżyserów i innych osób związanych z kinematografią. Znajdują się tam między innymi nazwiska Gustawa Holoubka, Janusza Gajosa, Krystyny Jandy, Agnieszki Holland czy Jerzego Kawalerowicza. Innym miejscem godnym uwagi jest fragment ulicy Tuwima, w którą wkomponowano torowisko tramwajowe. Pojazdy szynowe nie jeżdżą tam co prawda od lat 80. XX wieku, ale szyny pozostały – mało tego, świetnie współgrają za świeżo wybrukowaną nawierzchnią5.

Skrzynki elektryczne dziełem sztuki

Jest ich w mieście bardzo dużo. Są małe, kanciaste, często szpecą krajobraz swoim wyglądem. Ostatnio zaczęły przechodzić wizualną metamorfozę, a to za sprawą umieszczania na nich różnego rodzaju malowanych rysunków przede wszystkim przedstawiających zabytki oraz sławnych ludzi związanych z Łodzią6. Tak wiec odnaleźć można skrzynki z podobizną Tuwima, szkicami kamienic, symbolami związanymi z filmem, a także graffiti. Istnieje duża dowolność w sposobie zdobienia tych małych elementów infrastruktury, wszystko zależy od wyobraźni.

Przestrzeń miejska nie musi być wcale szara i betonowa. Nawet popękane mury kamienic, odpowiednio przyozdobione, mogą stać się obiektem zwracającym uwagę przechodniów. Każdy element miejskiej zabudowy ma szansę przyciągnąć wzrok poprzez swój oryginalny wygląd, wystarczy dobry pomysł oraz jego skrupulatna realizacja, a nawet najbardziej zwyczajne miejsce stanie się niezwykłe i klimatyczne.

1 Bartosz Stępień, Łódzkie murale. Niedoceniona grafika użytkowa PRL-u, Łódź 2010.

2 Bartosz Zimny, Hubert Barański, Woonerf podwórzec miejski, http://woonerf.dlalodzi.info/czym_jest_woonerf.html [dostęp online: 13.05.2016].

3 Krzysztof Kowalewicz, Pomniki z Galerii Wielkich Łodzian, http://lodz.wyborcza.pl/lodz/1,35153,3404671.html [dostęp online: 13.05.2016].

4 Łódź Bajkowa, https://pl.wikipedia.org/wiki/Łódź_Bajkowa [dostęp online: 13.05.2016].

5 Aleja Gwiazd w Łodzi, https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleja_Gwiazd_w_Łodzi [dostęp online: 13.05.2016].

6 Matylda Witkowska, Będą zwiedzać Łódź szlakiem skrzynek elektrycznych, http://www.dzienniklodzki.pl/wiadomosci/lodz/a/beda-zwiedzac-lodz-szlakiem-skrzynek-elektrycznych,9743973/ [dostęp online: 22.11.2016].

Czar międzywojnia – Joanna Mirek

gramofon.jpg


Dlaczego coraz chętniej wracamy do czasów naszych pradziadków?

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że niemal każde starsze pokolenie narzeka na obecną młodzież, wychwalając pod niebiosa stare, dobre czasy. Tak było zawsze. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że to właśnie młodzi ludzie coraz chętniej interesują się… dwudziestoleciem międzywojennym.

Od dłuższego czasu jesteśmy bowiem świadkami istnej fascynacji tym okresem polskiej historii. Wielu Polaków upatruje w nim wzór, do którego powinniśmy dążyć. Do łask wróciło zainteresowanie przedwojenną kulturą – zachwycamy się zapomnianymi już niemal perełkami filmowymi, pożółkłymi fotografiami przedwojennych aktorek, czy nieco enigmatycznymi obrazami Tamary Łempickiej. Coraz bardziej doceniamy urok ówczesnych zdobyczy techniki, jak chociażby gramofonu czy staromodnych aut. Nie brakuje i takich, którzy decydują się na organizację ślubu w stylu retro. Międzywojnie jawi się nam niemal jako świat wyjęty żywcem z idyllicznych powieści dla młodzieży autorstwa Kornela Makuszyńskiego. Nie dziwi zatem fakt, że wśród nas jest coraz więcej retro sentymentalistów.

Niewątpliwie przyczyniły się do tego liczne artykuły prasowe, publikacje książkowe i produkcje filmowe, jak chociażby Miasto 44, Czas Honoru, czy kręcony właśnie serial telewizyjny, opowiadający o tragicznych losach bodaj najbardziej znanego polskiego amanta filmowego tamtej epoki, Eugeniusza Bodo. Z pewnością stanowią też one przyczynek do odradzającego się w Polsce patriotyzmu i zainteresowania bohaterami wojennymi, których czołowym przedstawicielem jest Witold Pilecki. Odzież patriotyczna i jawne identyfikowanie się z wartościami ówczesnych patriotów nie należy już dziś do rzadkości. Tryumfy święcą też filmiki na platformie YouTube poświęcone temu okresowi w dziejach, jak również archiwalne kroniki filmowe, przedstawiające przedwojenną Warszawę. Coraz częściej w Internecie zamieszczane są też fragmenty oryginalnej prasy z tamtego okresu, nierzadko okraszone sporą dawką humoru, słusznie dowodzące, że pewne rzeczy pozostają niezmienne pomimo upływu lat.

Ponadto jesteśmy coraz częściej konfrontowani zarówno z bolesnym piętnem, jakie odcisnęła na naszym kraju druga wojna światowa, jak i niemal apokaliptyczną wizją nadciągającej zawieruchy wojennej. Nic dziwnego zatem, że wracamy myślami do czasów w jakiś sposób paralelnych do tych nam współczesnych…

Często jednak patrzymy na epokę międzywojnia przez różowe okulary, idealizując ją do granic możliwości. U źródeł tej sentymentalnej nostalgii znajduje się też z pewnością przekonanie, że była to epoka rozkwitu nowo odrodzonej Polski. Czasy gdy istnieli jeszcze prawdziwi patrioci, doskonale wychowani, eleganccy dżentelmeni i wytworne damy o nienagannych manierach. Jak zawsze w takich przypadkach okazuje się jednak, że wcale nie było tak idealnie, jakbyśmy tego może chcieli. I tak na przykład moralność mieszkańców przedwojennej Warszawy pozostawiała wiele do życzenia. A już z pewnością nie była tak nieskazitelna, jakby mogło się nam wydawać… Autor bestsellerowych publikacji o rzeczywistości II Rzeczpospolitej, Kamil Janicki, określił ten okres dziejów jako „epokę hipokryzji”. Z jednej strony dbano o zachowanie pozorów i życie zgodne z tradycją, z drugiej zaś – skandale obyczajowe były na porządku dziennym. Ówczesne brukowce nie szczędziły czytelnikom szczegółów brutalnych zbrodni, na niemal co drugiej warszawskiej ulicy znajdował się dom publiczny, zaś liczba aborcji wykonywanych w samej tylko stolicy była bodaj najwyższa w Europie. Nie wszyscy byli więc tacy święci. Nie należy też zapominać o niezliczonych aferach i korupcji wśród urzędników państwowych i ciągłych roszadach w parlamencie. Warto wspomnieć, że w tym okresie fotel premiera był zmieniany aż… 19 razy! Dzisiejsze spory polityczne to przy tym pestka.

Takie przykłady można oczywiście mnożyć. Pewne jest jedno – nie było sielankowo. A jednak… być może właśnie te niedoskonałości czynią epokę dwudziestolecia międzywojennego bliższą naszym czasom. A jednocześnie wręcz emanują wytworną elegancją i czarem, jakiego nam chyba brak w dzisiejszym świecie.

Chociaż temat międzywojnia jest coraz chętniej podejmowany przez wydawnictwa i media, to i tak bardzo daleko mu jeszcze do przynależności do tzw. głównego nurtu. I całe szczęście. Wszak cały urok tej epoki jest zaprzeczeniem tego, co serwuje nam codziennie Internet, telewizja i radio. Może właśnie za tym tak tęsknimy…?

Pewnie niejeden z nas skrycie marzy o wehikule czasu, który umożliwiłby przeniesienie się w inną epokę. Ale czy to dobry pomysł? W jednym ze swoich nowszych filmów, O północy w Paryżu, Woody Allen skutecznie rozprawił się z mitem, że lepiej żyłoby się w dawnych czasach. Postawił bowiem bardzo trafną diagnozę – każdy ma swoją wymarzoną belle époque, w której jednak nie mógłby się odnaleźć, gdyby przyszło mu w niej żyć. Taka sentymentalna ucieczka w przeszłość ma być według Allena spowodowana lękiem przed stawieniem czoła rzeczywistości. Może więc rzeczywiście próbujemy wyprzeć otaczający nas współczesny świat. Czego nam zatem brakuje? Może mamy już dość nachalnej, często pozbawionej głębszego sensu popkultury? A może jesteśmy już znudzeni szybkim tempem życia w tym skomercjalizowanym do szpiku kości świecie?

Dwudziestolecie międzywojenne to świat znany nam jedynie z kart książek do historii, kadrów filmów i opowieści naszych pradziadków. A mimo to z rozrzewnieniem oglądamy filmy, na których możemy podziwiać przedwojenną Warszawę – dumę II Rzeczpospolitej, nazywaną Paryżem Północy. Dokładnie to samo miasto zostało zrównane z ziemią w 1944 roku, a współcześnie zyskało niechlubne miano najbrzydszej stolicy Europy. Tęsknimy za czasami, gdy można było być naprawdę dumnym z naszego kraju. W tej epoce zawiera się tak uwielbiany przez nas, Polaków, romantyzm i zarazem przeraźliwy wręcz tragizm. To ostatnie lata względnej idylli, brutalnie przerwanej przez wojnę. Przedwojenna Polska jawi się tu niczym antyczne Pompeje. Kraj nad przepaścią, tuż przed nadciągającą katastrofą, mającą zebrać krwawe żniwo. Utracone miliony ludzkich żyć, pogrzebane marzenia, stracona młodość i szczęście.

Co by się stało, gdyby druga wojna nigdy nie wybuchła? Już samo to pytanie wywołuje ból i nostalgię. A co my byśmy zrobili, gdyby wybuchła teraz…? To chyba wiele trudniejsze. Z pewnością powinien cieszyć fakt, że Polacy coraz chętniej interesują się historią swego narodu. Jednak trzeba pamiętać, że historia lubi zataczać koło. Być może właśnie dotarliśmy do miejsca historycznej sinusoidy, która przybliża nas właśnie do czasów międzywojnia. Chociaż gdybanie może wydawać się czczą rozrywką, to z pewnością warto zatrzymać się w naszym nieuporządkowanym świecie i zastanowić, co rok 1939 mógł zmienić nie tylko w życiu znanych osobistości, ale i naszych rodzin. Czasu nie da się cofnąć, ale można spróbować przewartościować swoje życie tak, aby uniknąć błędów tamtego pokolenia. A już na pewno powinniśmy zadbać, by pamięć o przeszłości była wciąż obecna. Aby ocalić od zapomnienia tamten magiczny, emanujący subtelnym urokiem świat, który bezpowrotnie przeminął.

Pół wieku „Star Treka” – Bożydar Cudo

Obecnie świat przygotowuje się na premierę najnowszej – siódmej – odsłony Gwiezdnych Wojen. Disney już zaciera ręce na myśl o zarobionych milionach dolarów, analitycy prześcigają się w przewidywaniu ilości rekordów, które zostaną pobite przez ten film, a fani – licząc wyżej podpisanego – nerwowo obgryzają paznokcie i modlą się, by tym razem za sukcesem komercyjnym poszedł w parze również sukces artystyczny, i Przebudzenie Mocy okazało się godnym następcą niezapomnianej Oryginalnej Trylogii. W tym całym zamieszaniu zapomina się o innej zasłużonej gwiezdnej serii, która w 2016 roku będzie świętować swoje pięćdziesiąte urodziny – Star Treku.

Wszystko zaczęło się 8 września 1966 roku, amerykańska stacja NBC wyemitowała pierwszy odcinek serialu science-fiction pt. Star Trek (dzisiaj dla rozróżnienia nazywanego Star Trek: The Original Series). Ukazywał on przygody członków załogi statku kosmicznego USS Enterprise. A na nudę narzekać owa załoga nie mogła, gdyż celem ich misji było „śmiałe dążenie tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek” (ang. to boldly go where no man has gone before – motto całej serii).

Serial, choć nie osiągał wysokich wyników oglądalności (został przez to zdjęty z anteny po trzech sezonach, na które składa się 79 odcinków) cieszył się dużym zainteresowaniem wśród fanów science-fiction i studentów kierunków inżynieryjnych. Dlaczego akurat inżynieryjnych? Znakiem rozpoznawczym Star Treka są dwie rzeczy: pierwsza to podejmowanie trudnych tematów. Pod przykrywką obcych, zmyślonych cywilizacji twórcy mogli pozwolić sobie na ukazywanie spraw, które w momencie produkcji, były uznawane za tabu dla telewizji (np. rasizm, dyskryminacja). Drugim znakiem rozpoznawczym jest trzymanie się realizmu technologicznego, co było przyczyną popularności wśród wyżej wymienionych studentów. Każdy wynalazek znajdujący się w serialu miał mieć swoje podstawy w nauce (dlatego też na miecze świetlne musieliśmy czekać aż do premiery Gwiezdnych Wojen). Star Trek przewidział takie cuda techniki jak: telefony komórkowe, bluetooth, płaskie telewizory, konferencje video czy tablety! Znakomitym przykładem wkładu przygód załogi USS Enterprise w naukę niech będzie znaleziony przeze mnie dawno temu mem, w którym przedstawiane są wynalazki ze Star Treka z podpisem: „Star Trek – przewiduje przyszłość od 1966 roku”.

Cały gwiezdny cykl liczy dziś 12 filmów (13. w drodze), pięć seriali i niezliczoną ilość książek, komiksów i gier (zarówno komputerowych, jak i planszowych). Jednak znamienny jest fakt, że – nawet dziś – najbardziej znanymi i ikonicznymi postaciami serii są postacie z pierwszej serialowej inkarnacji marki, grani odpowiednio przez Williama Shatnera i Leonarda Nimoya – kapitan James T. Kirk i półwolkanin, półczłowiek Spock. Tutaj chciałbym skupić się – i oddać należną cześć – zmarłemu na początku tego roku Nimoyowi. Pamiętam, że gdy rozmawiałem z moimi znajomymi, mówiąc im o śmierci tego wybitnego, w mojej ocenie, aktora, oni jedynie potrafili go skojarzyć jako „tego gościa ze Star Treka, niektórzy dodawali charakterystyczny gest ręki wykonywany przez Spocka. Nikt nawet nie kojarzył słynnych słów wolkańskiego pozdrowienia (którego geneza sięga żydowskich korzeni Nimoya, ale to już inna historia): „żyj długo i pomyślnie” (ang. live long and prosper).

Ja, muszę się przyznać, jeszcze pięć lat temu prawdopodobnie reagowałbym tak samo, ale – na szczęście – udało mi się dostrzec kunszt aktorski „pana Spocka” w innej produkcji, którą i wam polecam, żebyście sami się przekonali, iż Nimoy to nie tylko Spock. Mówię tu o serialu Fringe: na granicy światów. Aktor przez cztery serie wcielał się w tej produkcji w Williama Bella. Nie był on jednak w stałej obsadzie serialu, pojawił się tylko w paru odcinkach na przestrzeni czterech lat, ale są to najlepsze odcinki w historii serii, pokazujące całą magię, którą posiadał w sobie Nimoy. Trzeba w tym miejscu również pochwalić scenarzystów. Umiejętnie budowali oni napięcie przed każdym pojawieniem się Bella na ekranie i tworzyli wokół tej postaci niezwykłą aurę tajemnicy. Ciążyła na niej wielka odpowiedzialność, bo źle dobrany aktor zburzyłby złudzenie niezwykłości, jaką wytworzyli twórcy scenariusza. Nimoy udźwignął na sobie ten ciężar oczekiwań i według mnie potwierdził, że nie jest aktorem jednej roli, i że nie powinno się go jako takiego szufladkować.

Tym bardziej, iż w swoim dorobku ma także wiele świetnych ról dubbingowych. Jego charakterystyczny, chrypliwy głos świetnie pasował do postaci Sentinela Prime’a z filmu Transformers 3. Czytałem również opinie osób, które twierdzą, że dostają gęsiej skórki za każdym razem, gdy słyszą głos narratora w Cywilizacji IV! A takie pochwały zbierają tylko najlepsi.

Leonard Nimoy przyznawał, że lubi grać Spocka, co udowadniał na ekranie. Udało się go namówić na dwa krótkie występy w filmach Star Trek (2009) i W ciemności. Star Trek (2013) w reżyserii J.J. Abramsa, w tym drugim wystąpił już po ogłoszeniu zakończenia aktorskiej kariery. Sam na początku zarzekał się, że już nie zagra tej postaci, gdyż chce by Zachary Quinto (aktor, który wcielał się w Spocka w obydwu przytoczonych wyżej filmach) nacieszył się pełną uwagą mediów. Sentyment jednak wygrał. Jak bardzo Nimoy zżyty był ze Spockiem niech świadczy fakt, że obydwie swoje autobiografie (Nie Jestem Spock i Jestem Spock) pisał z perspektywy osoby, która koegzystuje w świecie z ikonicznym bohaterem.

Star Trek nazywany jest najbardziej wpływową serią w historii telewizji nie bez powodu. Ogromny wpływ jaki serial miał na naukę i gatunek (fani Gwiezdnych Wojen mogą wyliczać wyższość rycerzy Jedi nad załogą USS Enterprise, ale nie ma się co oszukiwać, gdyby nie serial z 1966 roku możliwe, że nie byłoby się o co wykłócać), ale również na kulturę (wielbiciele Star Treka mają swoją oddzielną nazwę – trekkies i chyba jako pierwsi mieli swoje fanowskie konwenty), wystarczy tylko przypomnieć sobie ostatnią edycję Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie i radość na trybunach, gdy kompozytor założył ikoniczną bluzę ze Star Treka, podczas grania muzyki właśnie z tego filmu.

Star Treka mimo prawie pięćdziesięciu lat na karku i wielkiego wpływu na kulturę, nie darzy się należytym szacunkiem. Za rok okrągła rocznica, nowy film w przygotowaniu, ale wydaje mi się, że więcej uwagi poświęca się – może nie do końca bezpodstawnie – nowym Gwiezdnym Wojnom czy komiksowym filmom Marvela albo DC Comics.

Nie musimy być fanami, ale oddajmy hołd bohaterom Star Treka, bez których dzisiejszy świat popkultury, a może i nauki, byłby zupełnie inny. Czy gorszy? Wydaje mi się, że tak i właśnie dlatego pamiętajmy o nich.