„Słup ognia”, czyli próba uczenia zabawą – Michał Nowakowski

Ken Follett, brytyjski powieściopisarz, ma w swoim dorobku co najmniej kilkanaście thrillerów szpiegowskich, a jednak najbardziej znany jest z Filarów Ziemi – powieści historycznej, której akcja rozgrywa się w XII-wiecznej Anglii, a fabuła koncentruje się wokół budowy katedry w Kingsbridge. Książka od swojego debiutu w 1989 roku cieszy się nieprzerwanym zainteresowaniem fanów z całego świata, a w 2010 roku doczekała się ekranizacji w formie mini serialu produkcji BBC. Filary Ziemi stały się początkiem trylogii, której druga część – Świat bez końca (2007) – również przenosi nas do Kingsbridge, ale dwa wieki później, a tłem dla wydarzeń jest początek wojny stuletniej oraz epidemia czarnej śmierci. Natomiast przedmiotem niniejszej recenzji będzie, rozgrywająca się w XVI-wiecznej Europie, ostatnia część cyklu – Słup ognia(2017).

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że z twórczości autora poznałem dotychczas jedynie, opowiadającą historię XX wieku, trylogię Stulecie (Upadek gigantów, Zima świata, Krawędź wieczności) i przystępując do lektury Słupu ognia, nie znałem poprzednich części cyklu. Miałem w tej kwestii duże obawy, które zostały jednak rozwiane przez znajomych mi fanów serii, zapewniających, że wydarzenia mają, co prawda, wspólny motyw (Kingsbridge), jednak opowiadają zupełnie inną, niepowiązaną ściśle historię.

Słup ognia, jak już wspomniałem, przenosi nas w realia XVI wieku, a konkretniej do jego drugiej połowy. Były to wyjątkowo burzliwe czasy: zapoczątkowany przez Marcina Lutra w 1517 roku ruch reformacyjny odbił się szerokim echem w całej ówczesnej Europie i stał się powodem brutalnych wojen religijnych. To właśnie umiejscowienie akcji w tak interesującym okresie wraz z bardzo dobrym wspomnieniem innych książek autora sprawiło, że zdecydowałem się sięgnąć po tę konkretną powieść.

Follett rozpoczyna swoją opowieść w Kingsbridge, jednak szybko miejscem dla rozgrywanych wydarzeń staje się wiele z największych miast ówczesnej Europy: Paryż, Sewilla, Antwerpia czy Genewa. Mógł sobie na to pozwolić, dzięki charakterystycznej dla siebie liczbie „głównych” bohaterów, których jest co najmniej kilkunastu. Ta mnogość postaci, z których każda ma własną historię do opowiedzenia (mimo że ich losy często się wzajemnie przeplatają), jest także powodem typowej dla autora objętości książki, która w tym przypadku liczy 842 strony.

Już po przeczytaniu kilkudziesięciu z nich zdajemy sobie sprawę, że powieść ma sporo wad. Jednak zanim o nich, chciałbym docenić kilka mocnych aspektów, których także nie brak w Słupie ognia:

  1. Obiektywność – celem Folletta wydaje się być podkreślenie, że nietolerancja jest zawsze postawą naganną. Ukazuje okrucieństwo i niesprawiedliwość zarówno katolików, jak i protestantów, których pobudki często wynikają nie z przekonań religijnych, ale raczej z rządzy władzy czy bogactwa. Udało mu się stworzyć dosyć wiarygodny obraz niepewności i strachu, jaki towarzyszył ówczesnemu społeczeństwu.
  2. Bezpośredniość – autor zna realia epoki i nie boi się ich dobitnie ukazać. W Słupie ognia znajdziemy opisy tortur (np. łamanie kołem czy duszenie wodą), egzekucji (np. palenie na stosie) czy sposobów prowadzenia polityki (np. poprzez zlecenie morderstwa). Taka dosadność pozwala nam o wiele łatwiej wczuć się w klimat książki.
  3. Dynamika – właściwie od samego początku zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń politycznych. Nasi bohaterowie są często pomocnikami postaci historycznych, które rzeczywiście odegrały istotną rolę w rozwoju wypadków na arenie międzynarodowej. Oczywiście należy pamiętać, że są to w dużej mierze domysły bądź czysta fikcja literacka. Niemniej zdecydowanie pozwala to zaciekawić czytelnika, który z przyjemnością może obserwować przełomowe wydarzenia z perspektywy osób żyjących w tamtej epoce. Jest to, moim zdaniem, najmocniejsza strona powieści.

Jednak, jak już zaznaczyłem, Słup ognia ma też spore wady, a oto one:

  1. Sztuczność – podstawowym czynnikiem, który sprawia, że jesteśmy w stanie zagłębić się lekturze i wręcz „wejść w świat” jakiejkolwiek książki jest prawdopodobieństwo. Postacie, ich rozmowy i zachowania muszą nam, przynajmniej po części, przypominać rzeczywistość. Tu w większości wypadków tego nie ma. Bohaterowie podejrzanie reagują na zdrady swoich przyjaciół, morderstwa członków rodziny czy utraty całych majątków. Dialogi są bardzo sztywne – raczej nie znajdziemy tam tematów, które nie są ściśle związane z aktualnym rozwojem fabuły, są poza tym bardzo lakoniczne, a sposób wypowiedzi przypomina najwyżej współczesnego gimnazjalistę (nawet u dużo starszych osób wywodzących się z arystokracji, którzy musieli przecież odebrać staranne wykształcenie). Wydarzenia cechuje też duże nieprawdopodobieństwo: chociażby, kiedy jedna z najważniejszych osób w państwie daje się pouczać w kwestiach polityki przez młodziutkiego mieszczanina, którego właśnie poznała albo gdy średniozamożny angielski kupiec udaje się w podróż do monarchy obcego imperium, by przekonać go do poparcia konkretnego kandydata do tronu – władca nie tylko go wysłuchuje, ale i w zupełności się z nim zgadza. Follett zawodzi także w intrygach dworskich, które przypominają raczej plany Dundersztyca z Fineasza i Ferba niż grę na śmierć i życie, prowadzoną przez najpotężniejszych ludzi ówczesnej Europy.
  2. Toporność – podkreślałem już, że autor wykazuje się rozległą wiedzą dotyczącą realiów XVI wieku. Niestety przelewając ją na karty powieści, zdecydował się traktować czytelnika jak dziecko, któremu wszystko trzeba podać na tacy. W ten sposób dostajemy nastoletnią córkę burmistrza na przyjęciu u pewnego hrabiego, która głośno dziwi się, że role kobiece w teatrze grane są przez młodych mężczyzn. Oczywiście w ten sposób autor może skierować się do jak najszerszego grona odbiorców, z których nie każdy musi posiadać jakąkolwiek wiedzę historyczną. Jestem jednak przekonany, że można było zrobić to w zgrabniejszy sposób.
  3. Płytkość – czytelnicy szukający w lekturze wiarygodnych, złożonych postaci o skomplikowanej osobowości gorzko się zawiodą. Bohaterowie Słupu ognia są biało-czarni: albo wyidealizowani i szlachetni, albo okrutni. Ponadto wszyscy zdają się być niesamowicie naiwni – i to nieważne czy chodzi o nastoletnią dziewczynę, 50-letnią handlarkę, najpotężniejszych francuskich arystokratów, czy starego biskupa. Większość kreacji przywodzi na myśl raczej kreskówkę niż powieść doświadczonego i cenionego pisarza.

Jak widać Słup ognia jest daleki od doskonałości. Muszę przyznać, że w porównaniu z dotychczas znanymi mi dziełami autora jestem rozczarowany. Nie oznacza to jednak, że powieści nie da się czytać. Wspomniana już dynamika akcji, interesujące wydarzenia i bezrefleksyjne dialogi sprawiają, że możemy przez ponad 800 stron przejść zdumiewająco lekko. Jednak, czy będzie to lektura satysfakcjonująca? Moim zdaniem nie i nie mogę polecić tej książki żadnemu wymagającemu czytelnikowi.

Ocena 5,5/10

korekta – Viktoria Kopaczewska

Reklamy

Recenzja „Azylu” Jarosława Grzędowicza – Karolina Wnuk

Każdy z nas ma takie sprawy z przeszłości, do których wolałby już nie wracać. Lepiej o nich zapomnieć, zostawić gdzieś, zagubić. Jarosław Grzędowicz może nie wstydzi się swoich młodzieńczych tekstów, ale na pewno jeszcze do niedawna myślał, że nigdy ich nie odnajdzie. Aż do czasu, gdy Fabryka Słów uparła się, że opowiadania znajdzie, zbierze w antologię i wyda. Więc znalazła, wydała i tak powstał Azyl.

Autorowi Pana Lodowego Ogrodu w tym roku wybiło 35 lat pracy twórczej. Z tej okazji wydawca podjął się niełatwej pracy odnalezienia nawet tych najstarszych tekstów Grzędowicza. Sam wątpił w powodzenie misji i już na początku przyznał, że jego debiut z 1982 roku, Azyl dla starych pilotów, przepadł bezpowrotnie. Jednak Fabryce udało się dotrzeć do dziewięciu opowiadań, które możemy przeczytać w zbiorze w możliwie pierwotnej postaci – jeszcze przed opowiadaniami, we wstępie do Azylu, Grzędowicz zapewnia, że w tekstach poprawił tylko drobne błędy. Czytelnik trzyma więc w ręku książkę z jednej strony pachnącą świeżym papierem, oprawioną w błyszczącą, piękną okładkę (lub e-booka zajmującego cudownie mało miejsca w torebce), ale z drugiej strony te słowa zostały napisane kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat temu. Otwieramy więc razem z autorem tę unikalną kapsułę czasu i jesteśmy jakby świadkami jego rozwoju pisarskiego.

Na książkę składają się opowiadania tak różne, że nie sposób ocenić jej jako całości. Grzechem byłoby jednak, gdybym nie wspomniała, jak starannie została wydana. Oprócz słowa wstępu i obfitego posłowia możemy też przeczytać komentarze autora umieszczone przy każdym opowiadaniu, co pozwala nam zrozumieć okoliczności ich powstania i stosunek samego Grzędowicza do każdego tekstu. Przez to sami stajemy się, tak jak on, obserwatorami odkurzonych z przeszłości perełek. To dobrze, że możemy poznać coś więcej niż same dzieła, ale czy nie dużo lepiej czytałoby się opowiadanie, wiedząc o jego genezie jeszcze przed początkiem lektury? Daty powstania niektórych z nich trzeba szukać w posłowiu albo w internecie. Możliwość zliczenia czasu między napisaniem czy publikacją kolejnych dzieł jeszcze bardziej podsyciłaby naszą ciekawość. Moglibyśmy łatwo oszacować, w jakim tempie Grzędowicz rozwijał się pisarsko. Obecna forma to trochę jak prolog na końcu książki – teoretycznie da się czytać, ale w praktyce czegoś na początku brakuje. Tym bardziej, że czytając kolejne teksty i zapominając na chwilę o specyfice zbioru, można odnieść wrażenie, że zostały napisane w krótkim odstępie czasowym i specjalnie do tej antologii.

Przyjrzyjmy się każdemu tekstowi z osobna – przecież każdy z nich to zupełnie inny Grzędowicz. Na sam początek jesteśmy uraczeni debiutem opublikowanym na łamach czasopisma „Odgłosy”. Azyl dla starych pilotów odkrywa przed nami oblicze świata, w którym codzienne zmagania życiowe bohatera z krwiożerczymi monstrami zostają sprowadzone do rozrywki dla gawiedzi. Niech nie zwiedzie was, drodzy przyszli czytelnicy, niewielka objętość i krótka fabuła! Opowiadanie naszpikowane jest mnóstwem emocji i barwnych opisów. A z komentarza autora dowiecie się, jak na ten debiut zareagowała nauczycielka języka polskiego 🙂

Ruleta to z kolei historia człowieka stającego się ofiarą systemu. Ale chwila, czy nie ma nic prostszego niż reguła, że o wszystkim w życiu decyduje prawdopodobieństwo i szczęście? Przecież to niemożliwe, że absolutnie zawsze będziemy mieć pecha. Garth przegrał już studia i dobrą pracę, więc może teraz los będzie dla niego łaskawszy? Czytelnik, wciągnięty błyskawicznie w wir wydarzeń spotykających bohatera, poznaje granice paradoksu sprawiedliwego systemu. Grzędowicz bezbłędnie wykorzystuje obfitość dialogów i nie przebiera w środkach, aby pokazać czytelnikowi, do czego prowadzi dążenie do utopii.

Przyznam, że na początku Twierdzy Trzech Studni trochę się pogubiłam. Lądujemy w samym środku międzyrasowego konfliktu, w którym nie do końca wiadomo, o co chodzi. Typowy dla opowiadań brak miejsca na dłuższe wyjaśnienia zmusza autora do pędzenia z fabułą. Z niezrozumieniem mają też do czynienia bohaterowie. Zarówno zacofani technologicznie, ale uduchowieni tubylcy (bo czy można pojąć, dlaczego mają tak po prostu poddać się narzucanym rozkazom najeźdźcy i uwierzyć, że nie ma dla nich ratunku?), jak i będący ich zupełnym przeciwieństwem najeźdźcy (bo przecież idea podboju zakłada bezwzględną zagładę ludzi i podporządkowanie sobie zdobywanych terenów). Mimo moich trudności z nadążeniem za warstwą fabularną, czułam, że przez opowiadanie przebija smutna, ponadczasowa wizja stłamszonego, pokonanego świata pozbawionego kultury i moralności. Uśmiech na mojej twarzy wywoływały za to fragmenty, które stają się niejako zapowiedzią Pana Lodowego Ogrodu, w którym podobna (choć raczej ideologiczna) walka trwa przez cztery tomy.

Śmierć szczurołapa to opowiadanie chyba najbardziej ze wszystkich zaskakujące. A szokują tutaj co najmniej dwie rzeczy. Po pierwsze, niesamowicie ludzki i tożsamy z bohaterem narrator. Trzecioosobowa perspektywa to tak naprawdę niezła zmyłka, bo podczas czytania odniosłam wrażenie, że sam Kirosjan jest autorem swoich zagranicznych przygód. Druga sprawa, która zaskakuje, to fakt, że kilkunastoletni tekst może tak dobrze wpisywać się w dzisiejsze realia. Uchodźstwo w Śmierci… niewiele różni się od rzeczywistości – w obu przypadkach uciekający przed wojną spotykają się z niezrozumieniem i spychaniem na margines społeczny. Miejmy nadzieję, że przynajmniej ogromne szczury pozostaną tylko na kartach opowiadania. Świat nie potrzebuje kolejnej dżumopodobnej plagi.

Zbliżając się do środka antologii, zostajemy uraczeni minipowieścią Przespać piekło. Tu nie mam uwag. Tekst spośród wszystkich najdłuższy, ale nie trzeba się nad nim specjalnie długo rozwodzić. Już w połowie miałam wrażenie, że przecież wątek się rozwiązał, koniec! Jakaż była radość, kiedy z błędu wyprowadziła mnie druga część fabuły, wywracająca myślenie o tekście do góry nogami. Bardzo dobrze się stało! Mimo na stałe chyba goszczącego w opowiadaniach Grzędowicza przewlekłego smutku, autor nie pozbawia nas na szczęście iskierki nadziei na lepszą przyszłość, która z czasem naprawdę nadchodzi.

W Domu na Krawędzi Światła doświadczamy miękkiej, subtelnej polemiki z wiarą i życiem po śmierci. Co, jeśli Boga już nie ma, ale może kiedyś wróci? Ile mamy na niego czekać? Grzędowicz pokazuje, jak wielkie rzeczy może zdziałać wiara i w jakim stopniu może ona wpływać na człowieka. I znów sam tekst jest równie świetny, jak świetnie wyjaśnione są w komentarzu okoliczności jego powstania!

Niezwykła forma Enter i jesteś martwy zaciekawia już od pierwszych słów. Opowiadanie okazuje się być równie mocno ponadczasowe jak Śmierć szczurołapa. Brutalna wizja śmierci nie cielesnej, a społecznej daje do zrozumienia, że przecież dzisiejszy świat zmierza do podobnej postaci. Okazuje się, że zablokowanie kogoś w sieci jest skuteczniejszą formą morderstwa niż wpakowanie mu kulki w głowę. Dobrze przemyślana krytyka konsumpcjonizmu, cybernetyki i coraz częstszego myślenia o człowieku jako o ciągu cyfr i danych logowania do stron internetowych.

Do czego mogą doprowadzić eksperymenty z ludzkimi uczuciami? Czy można wydać Rozkaz kochać!? Grzędowicz pokazuje, że ten kij ma dwa końce. Bo umówmy się, dla ukochanej osoby jesteśmy w stanie zrobić wszystko, nawet zabić mackowate potwory na drugim końcu wszechświata, tylko po to, żeby pozwolić wybrance serca pobrać próbki ziemi z nieznanej planety. Ale miłość w Rozkaz kochać! nie jest wieczna. A przecież stałość w uczuciach to jedna z najbardziej ludzkich rzeczy w człowieku. Po raz kolejny podczas lektury antologii zetknęłam się z cierpieniem (ale czy na pewno?) bohatera, tym razem spowodowanym przez brutalny transhumanizm.

Chwila przed deszczem zaczyna się dość niepozornie i niefantastycznie. Negocjator, próba uratowania dziewczynki przed śmiercią z ręki ojca, skoordynowana akcja służb specjalnych – szara codzienność ludzi służących krajowi w imię bezpieczeństwa obywateli. Drugie dno opowieści odkrywa z czasem najbardziej niepozorna postać, przez którą miała miejsce naprawdę niezła sieczka. Przemyślane sceny odsłaniają krok po kroku tajemnicę, paradoksalnie jeszcze mocniej wpędzając czytelników – ale też bohaterów – w osłupienie. A wszystko to w świecie, gdzie zupełnie nikt nie spodziewa się ani sekciarskich wymysłów, ani apokalipsy. Opowiadanie zostało napisane, jak mówi autor, już „w czasach nowożytnych”, ale czytając teksty jeden po drugim, można naprawdę uwierzyć, że wszystkie były tworzone w podobnym czasie. Wysoki poziom od samego początku do końca.

Najbardziej cieszy to, że Grzędowicz nie pisze opowiadań bez celu i bez przyczyny. Każdy tekst nasiąknięty jest do szpiku kości czymś, co po przeczytaniu każe nam na chwilę odłożyć książkę i pomyśleć: „Cholera, ale to prawdziwe”. I mimo że co kilkadziesiąt stron podróżujemy po zupełnie różnych zakątkach wyobraźni autora (a może lepiej powiedzieć „kilku autorów”, bo pierwszy tekst pisał osiemnastoletni debiutant, ostatni – czterdziestopięcioletni pisarz z dużym dorobkiem), to z absolutnie wszystkich opowiadań bije coś bardzo realnego. To coś wchodzi w głowę bardziej niż mocny alkohol, pozostając tam na długo i przynosząc mnóstwo pytań bez odpowiedzi. A na tym właśnie polega dobra fantastyka socjologiczna.

Recenzja „Wilczego leża” Andrzeja Pilipuka – Krzysztof Abramowski

Wielki Grafoman znów zaserwował zestaw solidnie skrojonych tekstów. Wilcze leże, najnowszy zbiór opowiadań Andrzeja Pilipiuka, miał premierę 28 czerwca 2017 roku. W środku znajdziemy dziesięć utworów. Powracają stare i lubiane klimaty PRL-u, agentów, likantropii oraz zagadek historycznych. Można się pokusić o sporo uogólnień, a zacznę sadystycznie od tych negatywnych.

Na przykład fabuła. Jeśli liczymy na wystrzałową akcję, raczej się zawiedziemy. Sporo tekstów to dociekania Roberta Storma, odbywające się „w zawieszeniu” za jego biurkiem lub w pokoju, często otrzymujemy niemal „ścianę” przemyśleń czy po prostu wynurzeń bohaterów na tematy historyczne. To może być zaleta tego zbioru, gdy oczekujemy od prozy artystycznej pewnej dawki „edukowania” czytelnika. W przeciwnym wypadku – możemy łatwo się zniechęcić wkładanym w usta bohaterów researchem. Dodajmy, gwoli ścisłości, bardzo dobrym i budzącym podziw.

Konkretnym przykładem będą Odległe krainy. Kilka pierwszych stron czytało mi się z trudnością, ale muszę przyznać, że koncepcja jest ciekawa i godna uwagi. Właściwie, główna akcja dzieje się w głowie bohatera – Roberta Storma – prowadzącego śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia dziecka na wózku inwalidzkim. Detektyw stopniowo próbuje przeanalizować i zbadać tajemnicę warstwa po warstwie, aż wpada na ślady sugerujące, że w zniknięcie chłopaka zamieszana była zapomniana, żydowska magia. Brzmi interesująco? To prawda, ale na końcu otrzymujemy puentę, która… raczej nie zadowala czytelnika. Oto przebrnęliśmy przez całą zawiłą historię, aby na końcu nie poznać rozwiązania zagadki.

Innym razem spotykamy się z Promieniami X i opowieścią doktora Pawła Skórzewskiego. Wraz z doktorem Fryczem używają rentgenów do zbadania ludzi w pewnej wiosce na Lubelszczyźnie. W trakcie badań dochodzi do ciekawego odkrycia. To krótki tekst, ale autor (znowu) solidnie się przygotował i na kilku stronach pokazał, jak medycyna wchodzi do „zaściankowego” świata i co może się z tym wiązać.

Warto wspomnieć o bardzo dużej zalecie Wilczego leża, czyli warstwie słownej. Na przestrzeni całego zbioru widzimy zamiłowanie Pilipiuka do krótkich zdań, ciekawych porównań, rozdzielenia języka narracji od języka bohaterów. W zależności od głównych postaci opowiadań odczuwamy przejścia między narracją pierwszo- i trzecioosobową. Skutkuje to szafowaniem emocjami czytelnika: z jednymi kreacjami bardziej się utożsamiamy, z innymi mniej, ale mogę stwierdzić z całą pewnością, że taki był celowy zabieg Wielkiego Grafomana, który świetnie operuje wszelkimi możliwościami, jakie daje nam język polski.

Gdybym miał wskazać najlepszy tekst, byłaby to Lalka. Historia zabiera nas do opowieści o zabawce z sex-shopu – podarunku od byłej dziewczyny Roberta Storma. Skąd się ona wzięła i czym jest, dowiadujemy się na następnych stronach. Opowiadanie jest przykładem dobrze skonstruowanej akcji z ciekawym zakończeniem, pozostawiającym u czytelnika sporo frajdy, iż razem z bohaterem rozwiązał kolejną zagadkę. A przynajmniej połowicznie…

Na koniec nie można odmówić Fabryce Słów tego, czego powinniśmy od niego oczekiwać – ciekawego opakowania tekstów. Ilustracje Pawła Zaręby są klimatyczne, utrzymujące czytelnika w zawieszeniu i oczekiwaniu na rozwiązanie następnych tajemnic. Wystarczy spojrzeć na kompozycję rysunków z Odległych krain i Lalki, gdzie wykorzystano podobny motyw. Krańce rysunków są wycieniowane jak we śnie, widzimy centrum stanowiące tylko urywek jakiejś większej scenerii, którą możemy już sobie sami wyobrazić.

Słowem podsumowania, autor Wilczego leża przykłada wielką wagę do detali. Solidnie przygotowane dialogi i historyczne wtręty mogą zachwycić, ale nie jest to również pozycja dla wszystkich. Z pewnością nie odstawimy książki z wrażeniem: „Wow! Będę pamiętał to opowiadanie za 5 lat!”. Pisarz raczej nastawił się na płynną opowieść zamiast na wiekopomne dzieło – po prostu na umilenie wieczoru czytelnikowi. Myślę, że to właśnie mu się powiodło, bo opowiadania Pilipiuka czyta się zawsze z wielką przyjemnością.

Dziękujemy Wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie książki do recenzji.

 

Ocena: 4/5

Liczba stron: 350

Format: 125×195 mm

Oprawa: miękka

Cena: 39,90 zł

„Młody”, czyli poradnik jak kierować własnym rodem – Michał Nowakowski

Kiedy swoją premierę miała poprzednia część cyklu Tajnych akt Vespera, był rok 2008, Barack Obama dopiero kandydował na urząd prezydenta, a serwisy takie jak Snapchat czy Instagram jeszcze nie istniały. Pomimo upływu niemal dekady fani serii nie zawiedli i przyjęli czwarty tom z ogromnym entuzjazmem. Postanowiliśmy zatem sprawdzić, czy Młody, najnowsza książka Magdaleny Kozak, jest w stanie sprostać ich oczekiwaniom.

Już na początku historii czytelnik zastaje główną postać, czyli Vespera, w obliczu nowego wyzwania. Bohater, który przebył długą drogę od tajnej jednostki ABW do bycia pełnoprawnym wampirem, został Lordem, co oznacza, że od jego decyzji zależą teraz losy całego Rodu Inanitów. Rzucony na głęboką wodę musi odnaleźć się w brutalnej grze intryg, zdrad i spisków, co będzie tym trudniejsze, że jego przeciwnicy są graczami wiele bardziej doświadczonymi. Powrót do świata wampirów oznacza ponowne spotkanie z uwielbianymi postaciami, znanymi z poprzednich tomów. Jednak tym razem możemy przyjrzeć się im z nieco innej perspektywy – i tak mamy okazję obserwować jak Ultor czy Viticula, którzy – jako starzy przywódcy swych Rodów – jeszcze nie tak dawno nie dostrzegliby istnienia Vespera, zmuszeni są traktować go niczym równego sobie. Nie zabraknie też, oczywiście, nowych kreacji, takich jak chociażby Ignis, które dla cyklu są powiewem świeżości.

Tym, co natychmiast zwraca naszą czytelniczą uwagę, jest dynamizm, z jakim poprowadzona została fabuła. Częste dialogi oraz brak fragmentów spowalniających akcję (na przykład licznych opisów czy rozmów i wydarzeń niewnoszących nic wartościowego do powieści) sprawiają, że książkę czyta się wyjątkowo lekko. Rozwiązanie to niesie jednak ze sobą pewne ograniczenia. Przede wszystkim przewaga rozmów oraz lakoniczność opisów zarówno miejsc akcji, jak i samych postaci, zostawiają, co prawda, pole do popisu dla naszej wyobraźni, ale jednocześnie nie pozwalają przeniknąć nam do wykreowanego świata w stopniu zadowalającym czytelnika.

Tu przechodzimy, do moim zdaniem, największego atutu książki. Uniwersum wykreowane przez Magdalenę Kozak jest niezwykłe. Krwiożerczy półświatek wampirów udekorowany brawurowymi akcjami i wojskowymi niuansami przykuwa uwagę, sprawiając, że chcemy w nim przebywać jak najdłużej. Smaczku dodają wspomniane wcześniej intrygi, a także rywalizacja między Rodami, podczas której Vesper musi pokazać swój spryt oraz rozwagę. Jednak świat nabiera pełni barw dopiero w połączeniu z zaskakującą i niebanalną fabułą jaką uraczyła nas autorka powieści. Nie ma tu schematów typowych dla gatunku, jest za to dużo nieoczywistych zwrotów akcji.

Kolejnym istotnym elementem są dialogi, które, jak wspomniałem wyżej, stanowią fundament książki. Mają one jednak swoją jasną i ciemną stronę. Częstsze, o wiele bardziej realistyczne są rozmowy nieoficjalne, jak pozwoliłem je sobie nazwać. Toczone podczas akcji czy zwykłych interakcji pomiędzy Inanitami. Nie brak w nich wulgaryzmów oraz kolokwializmów, co przekłada się na to, że dość łatwo możemy sobie wyobrazić, iż tak właśnie wyglądają wymiany zdań między wojskowymi. Przeciwwagą są konwersacje prowadzone w tonie oficjalnym, czy to podczas spotkań Lordów, czy przyjęć w siedzibie Viticuli. Są one dosyć toporne, sztampowe i raczej nie przekonują, że tak rozmawiają ludzie (a raczej wampiry) z wyższych sfer. A szkoda, bo jest to element, który mógłby zaoferować intelektualną rozrywkę dla bardziej wymagających czytelników. Inną cechą charakterystyczną dialogów jest to, że często toczone są między wieloma osobami naraz.

Postacie pojawiające się w powieści może nie są zbyt głębokie czy rozbudowane charakterologicznie, ale na pewno – ciekawe i zróżnicowane. Pociąg oraz sympatia jaką czujemy do wybranych bohaterów niewątpliwie pomaga nam zaangażować się w wydarzenia powieści, a grożące im niebezpieczeństwa przyjmować z przyspieszonym biciem serca. Docenić należy także fakt nadania wielu postaciom indywidualnych zwyczajów językowych – i tak obok często klnącego Resa mamy Ignisa, który wplata łacińskie sentencje w swoje wypowiedzi.

Pytanie, komu poleciłbym Młodego, jest dosyć skomplikowane. Na pewno fanom serii – znajdą oni w książce kolejną porcję krwawych walk i strzelanin, do których się przyzwyczaili i które tak kochają. Poleciłbym go również osobom szukającym przyjemnej, niezobowiązującej lektury osadzonej w naprawdę fascynującym świecie. Trudność pojawia się przy określeniu grupy wiekowej, w jaką celuje autorka. Z jednej strony – typ i forma książki każą wątpić, by sięgnęło po nią wielu starszych czytelników. Z drugiej – siarczyste wulgaryzmy i dość obcesowo potraktowane sceny erotyczne prowokują pytanie, czy jest to książka odpowiednia dla młodych odbiorców. Zatem uważam, że będzie to pozycja stosowna dla nieco dojrzalszej młodzieży, która znajdzie w Młodym to, co najciekawsze we współczesnej fantastyce.

Ocena: 3/5

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Premiera: 24 maja 2017

„Małe życie”, czyli lekcja jak kochać innych, a przede wszystkim samego siebie – Michał Nowakowski

Hanya Yanagihara jest amerykańską pisarką i dziennikarką. Na co dzień pełni funkcję wicenaczelnej w „The New York Times Style Magazine”. Jednak prawdopodobnie nigdy nie usłyszelibyśmy o niej (chyba że jesteśmy fanami modowych magazynów zza oceanu), gdyby nie Małe życie. Wydana dwa lata temu książka jest jedną z najgłośniejszych powieści 2015 roku, a jej sprzedaż przekroczyła najśmielsze oczekiwania autorki. Pomimo stanowczego stanowiska wobec tak kontrowersyjnych tematów jak chociażby homoseksualizm czy wiara dzieło zebrało wyjątkowo pozytywne opinie, nawet od tak szanowanych gazet jak „The Guardian”. Początkowo także zamierzałem zachwalić tą 813-stronnicową powieść. Ostatecznie jednak, po ponownej lekturze, postanowiłem podzielić się nieco bardziej krytycznym zdaniem.

Autorka przedstawia w Małym życiu historię czworga przyjaciół: J.B., Malcolma, Willema i Jude’a. Bohaterowie poznali się na studiach, które w momencie rozpoczęcia fabuły już ukończyli. Wkraczają teraz w dorosłe życie, coraz mniej przypominające to znane im do tej pory. J.B. próbuje swoich sił jako artysta, ale gdy jego kariera nabiera rozpędu, zaczyna popadać w poważne nałogi. Nie pomaga też wątpliwe towarzystwo, jakie wybiera kosztem swoich przyjaciół. Malcolm długo poszukuje życiowego celu. Zabezpieczony finansowo przez rodziców pracę architekta traktuje nie jak szansę, ale obowiązek. Już dawno zapomniał, dlaczego budowle tak go kiedyś fascynowały. Z kolei dla Willema, który pochodzi z prowincji, Nowy Jork jest miejscem, gdzie wreszcie może spełnić marzenie o karierze aktorskiej. Poza uczęszczaniem na castingi pracuje jako kelner, a mieszkanie (obskurną, ciasną klitkę) wynajmuje razem z najlepszym kumplem: Judem. Ten skromny i bystry chłopak ma za sobą wyjątkowo traumatyczną przeszłość, o której nigdy nie mówi. Z tego powodu jego najbliżsi prawie nic o nim nie wiedzą, przez co często mają do niego o to pretensje. On sam stroni od kontaktów towarzyskich, znacznie lepiej czuje się na uniwersytecie, gdzie kontynuuje naukę prawa i matematyki.

Cała sztuka z przyjaźnią polega na tym, żeby znaleźć ludzi lepszych od siebie, nie inteligentniejszych, nie bardziej cool, ale lepszych, serdeczniejszych i bardziej wybaczających, a potem szanować ich za to, czego mogą cię nauczyć i słuchać ich, gdy mówią ci coś o sobie samym, choćby najgorszego… albo i najlepszego, to się zdarza; i ufać im, co jest najtrudniejsze ze wszystkiego. Ale też i najlepsze.

Yanagihara nie spieszy się w snuciu opowieści. Na początku pozwala nam dokładnie poznać każdego z bohaterów i wyrobić sobie o nich zdanie. Może to powodować pewne znużenie, ale z drugiej strony – maluje nam możliwie najpełniejszy obraz psychologiczny postaci, który będzie istotny w dalszych etapach książki. Gdy wreszcie historia rusza na dobre, zostają nam ukazane kolejne epizody z życia czworga przyjaciół na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Mimo tak długiego okresu akcji fabuła rozwija się bardzo dynamicznie, a czytanie staje się coraz przyjemniejsze.

Ciekawym aspektem jest perspektywa, z jakiej poznajemy losy bohaterów. Początkowo w wydarzeniach bierze udział po równo cała czwórka protagonistów. Jednak stopniowo osią fabuły stają się losy Jude’a, z którymi przeplatają się wątki innych postaci. Autorka podkreśla w ten sposób najciekawszą i najbardziej złożoną kreację w powieści. Obserwujemy wysiłek, jaki wkłada ten bohater, by móc funkcjonować normalnie oraz problemy, z którymi musi się zmagać. Jednocześnie powoli poznajemy przyczyny jego lęków, kompleksów oraz słabości.

Na uwagę zasługuje zróżnicowanie bohaterów pod względem psychologicznym. Ekstrawertyzm J.B. zostaje skonfrontowany ze zdystansowaniem i zamknięciem Jude’a, a zaangażowanie i determinacja Willema rzuca się w oczy na tle obojętności Malcolma. To oczywiście tylko skrótowe opisy, ale dają obraz mozaiki osobowości zawartej w powieści. Tu jednak pojawia się jedna z jej wad. O ile Jude jest niewątpliwie bohaterem wielowymiarowym i interesującym, to reszta postaci okazuje się dość schematyczna. Szczególnie irytuje mnie w tym aspekcie Willem, który przez większość czasu jest po prostu dobry. Pomyślcie o pięciu przypadkowych, pozytywnych cechach, a istnieje duże prawdopodobieństwo, że opiszecie właśnie jego. Szlachetny, lojalny, wrażliwy, pomocny… i tak do znudzenia. Nie podoba mi się także tendencja Yanagihary do wyolbrzymiania niektórych zjawisk. Miałem momentami wrażenie, jakby autorka na siłę starała się wywołać kontrowersje, czy to bardzo mocno eksploatując wątki homoseksualne, czy też kierując losami Jude’a w sposób tak tragiczny, że aż przejaskrawiony. Nie jest to jednak coś, co bardzo przeszkadza w odbiorze książki. Ot, jedynie drobna niedoskonałość.

W ogólnym rozrachunku Małe życie jest wyróżniającą się powieścią. Poprzez dobrze opowiedzianą historię przekazuje uniwersalne prawdy o nas samych, a także opinie autorki na tematy społeczne. Nie ma też wątpliwości, że jest to książka trudna. Mocno odwołuje się do naszej wrażliwości, zostawiając w nas pewnego rodzaju pustkę po skończonej lekturze. Mimo wszystko ponad 800 stron oraz dogłębne analizy psychologiczne sprawiają, że jest to czasochłonne doświadczenie. Pomimo pokaźnej objętości jest to nadal piękna podróż przez ból, cierpienie, samotność, ale także miłość czy przyjaźń; słowem: wszystko to, co składa się na nasze życie. Dzieło Yanagihary mogę polecić każdemu, kto szuka ambitnego i nowatorskiego tytułu, który zostawi po lekturze ślad w czytelniku, a może nawet zmieni sposób, w jaki patrzy na pewne sprawy.

ocena: 4/5

„Kup pan pióro”, kup pan „Moskala” – Krzysztof Abramowski

Z Moskalem Gołkowskiego mam nie lada problem. Książka wbija w fotel, akcja obfituje w mroczne intrygi wczesnych lat 90. ubiegłego wieku, a bohaterowie składają się z krwi, kości oraz zimnej wódki i dymu papierosowego. Dlaczego więc mam z Moskalem problem? Zapraszam do recenzji najnowszej książki Michała Gołkowskiego.

Już opis na czwartej stronie okładki kreśli nam specyficzny obraz świata późnego PRL-u. Interesy załatwia się głównie pod stołem, a żeby przebić się z szarych warszawskich dzielnic do luksusowych salonów, trzeba zapomnieć o własnym jestestwie, zasadach moralnych oraz wyrzucić ze słownika słowo „sumienie”, które na stronach Moskala brzmiałoby niczym największe dziwadło niepasujące do układanki.

Główny bohater, Artur „Moskal” Wiktorowicz, jedzie autostradą prosto do piekła. I ani rodzina, ani przyjaciele, ani nawet on sam nie jest w stanie nacisnąć hamulca. W kolejnych rozdziałach możemy zaobserwować jego dynamicznie postępującą przemianę. Wszystko zaczyna się od prostego: „Kup pan pióro”, kiedy na jednej z uliczek spotyka pewnego łachmaniarza. Pal licho, przecież to tylko pióro. Co mu szkodzi? W ten sposób pozbawił nachalnego sprzedawcę ciężaru, o jakim Wiktorowiczowi nawet się nie śniło.

Dalej dzieją się rzeczy niezwykłe. Potężne kontrakty opiewające na bajońskie sumy, opancerzone SUV-y, mafia. Sex, drugs & alcohol. Głównie ten rosyjski. Brzmi to wszystko jak hollywoodzki film, ale klimat książki jest ciężki, wschodni, prawdopodobnie zupełnie niezrozumiały dla zachodniego czytelnika. Jak dla mnie to naprawdę duży plus najnowszej prozy Gołkowskiego.

No dobrze. Jeśli namówiło to czytelnika do zakupu książki, świetnie. Teraz mniej cukru, a więcej goryczy. Poniżej będzie o tym „problemie” z pierwszego akapitu recenzji. Wiążę się on ściśle z fabułą książki, której za żadne skarby nie chcę zdradzać, ale można się pokusić chociaż o kawałeczek.

No więc… ostatnie sto stron książki można by było wyrzucić. Poważnie. Może ktoś się ze mną nie zgodzi, ale mimo tego, że idea Moskala wgniata w fotel, to akcja powinna się urwać dużo wcześniej i zostawić czytelnika walniętego obuchem po głowie, leżącego rozłożonym na łopatki. Zamiast tego nie kończy się i próbuje ocucić, otrzepuje z kurzu i jeszcze pomaga wstać. Puenta zmiany tytułowego Moskala, cały ciąg wydarzeń i dramatycznego obrotu spraw zwalnia, przybiera zupełnie inny wydźwięk i wybija z rytmu. Może nie jest to wielki błąd czy rzecz, która odstręcza od przeczytania książki. Właściwie można ją ominąć, nie zwrócić nawet uwagi. Ale mnie osobiście zapadła w pamięć.

Należy wspomnieć jeszcze o języku, bo Michał Gołkowski wykonał naprawdę dobrą robotę. Jako osoba żywo zainteresowana literaturą rosyjskojęzyczną – przecież jest zawodowym tłumaczem – wplótł do tekstu wiele rusycyzmów, zwrotów, nawet nawyków językowych ludzi wschodu. Nie znam rosyjskiego i nie wiem, czy aby na pewno każdy bezpośredni zwrot do adresata Rosjanie kończą imieniem i nazwiskiem rozmówcy, ale… mnie Gołkowski przekonał, że tak właśnie jest.

Z końcową oceną Moskala też mam problem, bo to naprawdę dobra książka, tylko po drodze (mam takie wrażenie) autor niepotrzebnie zboczył z toru. Możliwe, że to kwestia tego szaleńczego tempa powstania książki – zawrotne dwa miesiące! Jeśli taki tytuł powstał tak krótko, to tylko życzyć autorowi więcej udanych projektów. Bo jedno jest pewne: Gołkowski przyciąga uwagę. Robi wokół siebie zamieszanie. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości, dlatego obawiałbym się przed daniem Moskalowi mniej niż mocnej czwórki i takiej cichej nadziei na dalsze, może nieco lepiej zakończone książki.

wydawnictwo: Fabryka Słów

liczba stron: 480

data wydania: sierpień 2016

ocena: 4/5

Malowany człowiek – recenzja – Krzysztof Abramowski

Tłumaczenie: Marcin Mortka
tytuł oryginału: The Painted Man
data wydania: grudzień 2008 (data przybliżona)
liczba stron: 504

„Malowany człowiek” to debiut powieściowy amerykańskiego pisarza z Brooklynu. Chociaż polska książka została wydana w 2008 roku przez Wydawnictwo Fabryka Słów, dopiero teraz udało mi się po nią sięgnąć. Zwykle mam ambiwalentny stosunek do tłumaczeń przez te wszystkie niedociągnięcia językowe, nietrafione słownictwo i sztywne dialogi. Tym razem jednak tłumaczenie – dzieło Bretta – pozytywnie mnie zaskoczyło.

Czytelnikowi należy się kilka słów wyjaśnienia odnośnie do całej serii. „Cykl Demoniczny” otwiera „Malowany człowiek” złożony z dwóch tomów. Fabryka Słów regularnie drukuje kolejne książki z serii, począwszy od „Pustynnej włóczni” aż na „Tronie z czaszek” skończywszy. Brzmi trochę przerażająco, przyznaję. Ale też świat jest okrutny i straszny.

Pisarz obraca się w klimacie połączenia klasycznego fantasy – miecze, włócznie, rycerze, królowie – oraz… post-apo. Tak! Ludzkość w książce Bretta normalnie funkcjonuje jedynie w dzień, ponieważ noc spowija mrok. Władzę nad światem na te kilka mrocznych godzin przejmują demony. Przeciętny czytelnik, który „wyrósł” z fantastyki mógłby stwierdzić, że motyw jest oklepany, przemielony na wszelkie możliwe sposoby i praktycznie „aczytalny”. Ale Brett tworzy tekst naprawdę przyjemny. Nie ze względu na pomysł, lecz głównie ze względu na rozbudowaną i dobrze opisaną psychologię postaci, gdzie czytelnik może wprost zanurkować w myślach bohatera i wczuć się w jego (przyznajmy, fatalną) sytuację.

Książka poprowadzona jest trzema drogami narracyjnymi – poznajemy chłopca pragnącego zostać Posłańcem (Arlen), początkującą Zielarkę (Leesha) oraz młodego skrzypka (Rojera). Nie zdradzając bardzo fabuły wystarczy napomknąć, że każdy z dzieciaków napotyka na swojej drodze do wymarzonej kariery problemy różnej natury. Z początku mierziło mnie, że bohaterowie są w podobnym wieku – ale to zabieg świadomy. Po przeczytaniu książki dostrzegam, jaki był zamysł autora: przedstawienie rozwoju postaci od czasów dziecięcych po dorosłe. Pokazanie emocji im towarzyszącym. To, jak wcześniejsze problemy urastające do roli gór nie do przebycia, teraz są zaledwie małym pagórkiem w dolince wobec PRAWDZIWYCH dylematów.

W świecie stawiania magicznych run w obronie przed nocnymi demonami, Arlen, Leesha i Rojer wydają się bohaterami bardzo silnymi. Często wykazują więcej odwagi niż dorośli. Ba! Mają nawet więcej oleju w głowie, gdyż seks, pieniądze czy władza nie są ich priorytetami. To w tej książce jest pociągające. Na stronach można zauważyć kolejną kwestię: czy geny determinują Twoje postępowanie? Czy jesteś „uwięziony” w ciele córki lub syna? Czy będziesz dokładnie taki jak Twoi rodzice? Cóż. Różni bohaterowie, różne odpowiedzi.

Co do języka w tłumaczeniu, nie przeszkadza tak bardzo. Prawda, dialogi bywają czasem kulawe (szczególnie w trakcie wartkiej „akcji” i niebezpieczeństwa bliskiego spotkania z demonem), ale Marcin Mortka i tak zrobił dobrą robotę. Widziałem dużo gorsze tłumaczenia, o których z grzeczności nie wspomnę. Natomiast dobrze oddane przez język emocje są jak najbardziej na plus. Słowa aż kipią od strachu bohaterów, od ich gniewu i radości. Czytelnik może łatwo się wczuć.

Patrząc typograficznym okiem, w książce w ramach przerywników między partiami tekstu używa się drobnego rysunku runów podobnych jak na okładce (wyróżnione są lakierem). Ponadto od czasu do czasu widzimy ilustracje niezawodnego Dominika Bronka. Co ciekawe, akurat w tej konkretnej książce grafiki nierzadko oblewają tekst wzdłuż krawędzi rysunku, co jest zdecydowaną rzadkością w czytanej przeze mnie prozie.

A sama książka? Szczerze mówiąc, jestem ciekawy losów Arlena, Leeshy i Rojera. Na końcu możemy spodziewać się dramatycznego „cliffhangera”, który wyrywa czytelnika z butów i zmusza go do wygooglowania, gdzie można kupić tom drugi. Na pewno już wiem, po co sięgnę jeszcze przed wydaniem piątego „Lapsusa” :).

ocena: 4/5