Krytyka literacka – Alicja Janusz

Pewnie znacie już tę historię. Nixa ułożyła nawet balladę, którą wykonywała przy każdej możliwej okazji, żeby przypomnieć ludziom, kim jesteśmy. Wedle jej słów odważny bard miał przeciwstawić się rycerzowi, usiłującemu zmusić go do służby zakłamanej władzy. Po grzecznej odmowie wojak wyciągał broń i groził muzykowi, który przez mądre słowa przemawiał mu do rozumu i zmuszał do rzucenia miecza. Tak zapamiętano ten wieczór, bo tak chcieli mistrzowie. Ale ani mojego Mistrza, ani Nixy nie było przy tym słownym pojedynku. Nie im przyłożono klingę do szyi, nie oni patrzyli w oczy człowieka, w którym umarła dusza. W karczmie nie siedział wówczas żaden poważany bard, tylko ja, uczniak z miedzianym triskelionem1 ciążącym na szyi.

Skrobałam piórem po pergaminie. Nauczono mnie czytać i pisać, głównie po to, żebym mogła przekazywać dalej informacje. Nie byłam szpiegiem. Nie dla władzy w każdym razie. Obserwowałam to, co się działo, wysyłałam Mistrzowi raporty, czasem sama pisałam jakieś ballady. Nic specjalnego. Byłam pionkiem w grze losu, ale nie narzekałam. Lepiej być bardem niż ulicznikiem, których pełno było tego wieczoru w karczmie. Niespecjalnie zdziwiło mnie, gdy zgrzytnęły drzwi i do środka wszedł człowiek w obszarpanym płaszczu. Filcowy kapelusz zsuwał mu się na oczy, twarz przysłaniała wysoka stójka. Ot, jakiś wojak na przepustce albo zubożały najemnik. Nie poświęciłam mu więcej niż jedno spojrzenie i wróciłam do pisania. Mistrza ciekawiło, na ile uspokoiła się sytuacja w kraju. No nie uspokoiła się, wręcz przeciwnie. Wrzało. Władca umierał bezdzietnie, czekała nas elekcja. I już bałam się myśleć, kogo tam panowie szlachta wybiorą. Zapewne tego, kto zapłaci im najwięcej. W bajki o trosce o państwo dawno przestałam wierzyć. Bardowie interesowali się sprawą. Nie na rękę nam były wojny czy rozruchy, a kiepski wybór mógł temu sprzyjać. Nie żeby ostatnie lata były świetlane. Ale zawsze mogło być gorzej.

Nagle ktoś bezczelnie przysiadł się do mojego stołu. Z jednej strony w karczmie był tłok i gość szukał wolnego miejsca, a z drugiej zawsze otaczano nas elementarnym szacunkiem i wypadałoby chociaż zapytać, czy nie mam nic przeciwko. Podniosłam wzrok znad kartki papieru. Triskelion zaczął nagrzewać się nieznośnie. Napotkałam oczy szaleńca. Zapadnięte, przymglone oczy, z których wyzierała pustka. Wychudzona twarz zastygła w lodowatym grymasie. Mimo skrywającego ją brudu i kilkudniowego zarostu poznałam go. To był Rove. Z Rovem zjeździłam pół świata, kiedyś powierzyłabym mu nie tylko własną duszę, ale nawet lutnię. Dziś nie dałabym mu nawet kubła ze śmieciami ze strachu, komu wsadzi go na głowę. Dawny przyjaciel przystał do bandy Persivala. Teoretycznie rycerzy. W praktyce zwykłych bandytów posługujących się władzą i dręczących kogo tylko się dało. Ze mną próbowali. Ale nie bez powodu zwą mnie Audrey2. I nie bez powodu noszę na szyi triskelion.

– Czego chcesz? – zapytałam, siląc się na obojętność. W rzeczywistości czułam, jak narasta we mnie panika. Rove był wśród bardów wywołańcem. A o ile nie dostał w łeb raz za dużo, domyślał się pewnie, kto go wywołał i jak się na tej osobie odegrać. Mógł zrobić wszystko. Nie oszukujmy się, wciśnięta w róg karczmy, z lutnią na kolanach, nie miałam szans.

– Ktoś tu śpiewał nieprzyzwoite pieśni – warknął. Nawet jego głos się zmienił. Brzmiał jak instrument, któremu ktoś wybił dziurę w pudle rezonansowym.

– Od kiedy jesteś taki pruderyjny? – prychnęłam.

Reakcja była natychmiastowa. Rove jednym szybkim ruchem wyciągnął sztylet i zanim cokolwiek zdążyłam zrobić, miałam jego czubek przy szyi.

– Mówię o pieśni o smoku – powiedział.

O smoku. No tak. O cóż by innego mogło oburzać się szanowne rycerstwo? Sprawa była stara jak świat, ale ballady wolno ów świat obiegają. A ta jedna akurat mi się udała i od kilku tygodni nucili ją wszyscy. Tematem utrafiłam w dziesiątkę.

sztylet-01Parę lat temu szanowny nasz władca sprosił do siebie cesarza i króla od sąsiadów. Było to zimą, więc zjechało towarzystwo do jego pałacyku w górach. O polityce mówiono pewnie niewiele, za to hulano i swawolono ile wlezie, wszystko to na koszt państwa. A koszty były niemałe, bo każdy z możnowładców ściągnął ze sobą pół dworu, tłumy sługusów, wazeliniarzy i przydupasów. Zaproszono nawet kilku bardów. Ci, którym nie wypadało odmówić, zjechali i odjechali najszybciej, jak się dało. Nie mieszamy się w politykę, o ile polityka nie zaczyna zagrażać ludziom. Na szczęście a może i nieszczęście, muzyka i tańce niespecjalnie szanownych rządzących interesowały. Szybko zaczęły się popisy szermiercze, wywlekanie ze zbrojowni machin wszelakich i przechwałki, czyja armia jest lepiej wyposażona. Mało co nie skończyło się to wojną. W każdym razie nasz wielce szanowny panujący kazał przytaszczyć największe armaty i wypalić z nich przed zamkiem o świcie. Tak też zrobiono. Działa ryknęły jednym głosem, potem gruchnęło tak, że słychać je było setki mil wokół. Na efekt długo nie trzeba było czekać. Na okoliczne wioski błyskawicznie zeszły lawiny, pochłaniając wszystko na swojej drodze. Ci, którzy przeżyli, jęli dopominać się o odszkodowania. Władca kazał im się pocałować w swój spasiony, królewski zadek. Jego imię, już wcześniej niezbyt lubiane, zaczęto przeklinać. Wszystko co złe jednak wraca.

Lawina nie spodobała się nie tylko ludziom. Hałas i masy przesuwającego się śniegu obudziły rodowitego mieszkańca gór. Smoka. Smok, istota mądra, szybko zrozumiał, że jego sen przerwali nie lamentujący chłopi, tylko rozwrzeszczana gromada w zamku wypalająca wiwaty z czego się dało. Jak łatwo się domyślić, bestia odpowiedziała ogniem. Dosłownie. Z zamku niewiele zostało. Z jaśniepaństwa też.

smok-02Na ludzi najpierw padł blady strach, ale smok, dokonawszy zemsty, znowu zaszył się gdzieś w górskich jaskiniach. Jak już pierwszy szok minął, ludzie zaczęli rozpaczać, bo mieliśmy bezkrólewie. Sąsiedzi też. Po rozpaczy nadszedł czas na kłótnie, kto hałasował bardziej i obudził smoka. Trudno było powiedzieć, ale w końcu armata wypaliła na naszych ziemiach, więc to na nas zwalano winę. A my postanowiliśmy zwalić winę na kogoś innego. I zaczęły się teorie spiskowe, kto smoka nasłał. Czego tam nie słyszałam! Wymieniano czarnoksiężników, których nigdy nie było. Wiem, bo poszłam po rozum do głowy i zapytałam Czarnego, znajomego maga. Ów wyśmiał te opowieści, tłumacząc mi, że o takich nazwiskach nigdy nie słyszał, a już z całą pewnością nie słyszał o kimś, kto zapanowałby nad smokiem. Potem wymyślano nieistniejące stronnictwa, bo łatwiej obarczyć winą wyimaginowanego wroga. Wreszcie, jak okazało się, że nie ma komu wypowiedzieć wojny, zaczęto obarczać sąsiadów. Że zapewne oni smoka obudzili. To, że sami potracili władców, jakoś poszło w zapomnienie. I wtedy łeb podniósł Kanclerz.

Najgorszy psychopata, jakiego ten świat widział. Był jakimś tam dalekim królewskim kuzynem, na dobrą sprawę bardziej krewnym królika. Kanclerz oskarżał wszystkich, wywoływał krwawe lincze na każdym, na kim tylko się dało. A naród pragnął krwi. Każdej. Bo taka już nasza parszywa ludzka natura. Przerażoną tłuszczą łatwo było kierować. I Kanclerz kierował. Powoli acz nieubłaganie zbliżał się tym samym do władzy. I niejeden chciałby go na władcę.

– Spytajcie waszego króla, kto odpowiada za zniszczenie kraju! Kto odpowiada za lawiny! – wołał.

Króla nie można było spytać, bo go zeskrobywali z posadzki.

– Wrogowie! – wrzeszczał Kanclerz. Obiecywał, że nas przed nimi obroni. Głupi szli za nim bez chwili pomyślunku. Mądrzy wreszcie otrzeźwieli i zaczęli pytać, co to za wrogowie. I tutaj pojawił się problem, bo Kanclerz nie bardzo potrafił ich wskazać. A raczej wskazywał na chybił trafił każdego. Drażniąc sąsiadów. Wojna wisiała na włosku. Bardowie robili, co mogli. Uspokajali, pokazywali, że to wszystko tylko polityczne intrygi. Powoli skutkowało. Do ludzi w końcu zaczęło docierać jego szaleństwo. Ktoś przypomniał sobie, że władca miał kuzyna bliższego sukcesji tronu od tymczasowego rządzącego. Biedaka szybko osadzono na tronie, Kanclerza uciszono i mieliśmy parę lat względnego spokoju. Nie ukrywam, w upadku szaleńca mieliśmy swój udział. Budziliśmy w ludziach rozum, śpiewaliśmy i graliśmy o prawdziwym dziedzicu tronu. A ja napisałam balladę o smoku, w której jasno pokazywałam prawdziwego winowajcę. W moim utworze smoka obudził jaśniepan, zbyt głośno pierdząc na górskiej hali. Ludziska to bawiło, czy chłop, czy rycerz, nucili moją melodię. Potem im się znudziła. A teraz, kiedy jaśniepan umarł, znowu odgrzebałam balladę, co by ludziom przypomnieć, gdzie w rzeczywistości mają nas tacy czy inni rządzący. Żeby nie dali się zmylić nowym nazwiskiem
i obietnicami. To ciągle będzie to samo. Kolejny władca też wyda pieniądze państwa na prywatną zabawę, znowu wywoła nieszczęście, umyje ręce, zwali winę na kogo się da i każe się ludziom pocałować w siedzenie.

Rovemu najwyraźniej się to nie podobało. Albo przynajmniej był to pretekst, żeby mi dokopać.

– Schowaj to – powiedziałam. – Nie starcza ci, że już cię wywołują? Tknij mnie, a Mistrz wyśle tu skrytobójców, przed którymi miecz cię nie ochroni.

– W dupie mam ciebie i twojego Mistrza – odparł. – Takich jak wy trzeba zgładzić! Jesteście solą w oku uczciwych ludzi i prawowitych władców! Wspieracie zdrajców i sami cuchniecie zdradą!

– Im dłużej cię słucham, tym bardziej zgadzam się z Badylarą, że ktoś ci chyba raz za dużo w ten pusty łeb przyładował i mózg przez ucho wyleciał – prychnęłam. – Bardowie nie służą nikomu i za żadne pieniądze. Nie mamy kogo zdradzić, bo nie należymy do żadnego władcy i żadnego kraju!

Nagle sztylet cofnął się od mojej szyi. Rove poszybował do tyłu i gruchnął o podłogę.

– Wynoś się, dziadu, nie będziesz tu porządnych ludzi zaczepiał! – przy moim stole stał zwalisty karczmarz, a obok niego najęty do ochrony knajpy Leathan, dwa razy wyższy i potężniejszy od Rovego.

Rycerz podniósł się, klnąc szpetnie. Potem splunął na podłogę, zwyzywał nas wszystkich do siódmego pokolenia i wyszedł. Wyszedł nie dlatego, że mądry bard przemówił mu do rozumu. Wyszedł wykopany przez najemnika, tak samo głupi jak przyszedł. I obawiam się, że raczej nie zmądrzeje.

1 Dawniej symbol muzyków, materiał z którego był wykonany symbolizował pozycję w hierarchii.

2 Audrey – ze staroniemieckiego „niezniszczalna”

Reklamy