Wernisaż wystawy Pracowni Litografii ASP w Katowicach – Aleksandra Stronkowska

Dla nas, studentów edytorstwa, teoria techniki litografii powinna być znana. Jednak zajęcia z historii książki i drukarstwa często nie omawiają dokładnie tej sztuki, a technologia nie jest obecnie spopularyzowana tak, aby przeciętny edytor mógł wiedzieć, na czym dokładnie polega. Dzięki takim wydarzeniom jak wystawa litografii z Akademii Sztuk Pięknych możemy sobie przypomnieć tę technikę i obejrzeć prace stworzone w chyba obecnie najlepszej polskiej pracowni litograficznej.

Początki kamieniodruku sięgają osiemnastego wieku, kiedy to Alojzy Senefelder – całkiem przez przypadek – chcąc zmyć listę prania z kamienia (zanotował ją na nim z braku czegokolwiek praktycznego pod ręką), odkrył, że miejsca zapisane farbą drukarską nie wchłaniają wody. Senefelder miał szczęście – kamień, na którym pisał, okazał się łupkiem wapiennym. Z tego rodzaju skały do dziś korzystają pracownie litograficzne na całym świecie. Na czym polega ta technika druku płaskiego? Na matrycy wykonuje się rysunek, a później poddaje się go procesom chemicznym z użyciem gumy arabskiej wymieszanej z kwasem azotowym. Praca jest długa i czasochłonna, a podczas jej wykonywania realizuje się szereg procesów, które utrwalają malowidło i pozwalają na usunięcie obrazka oraz stworzenie nowego1. Profesor Józef Budka, pracownik katowickiej ASP, tworzył swoje dzieło dwa miesiące. Przede wszystkim dlatego, że jest ono różnobarwne, a każdą warstwę koloru trzeba nakładać oddzielnie. Sztuka kamieniodruku nie należy też do tanich – ceny kamieni wynoszą nawet kilkaset euro.

img_9086

img_9096

Pracownia Litografii w katowickiej Akademii Sztuk Pięknych powstała już na początku lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Proces gromadzenia matryc litograficznych postępował powoli, lecz systematycznie. Teraz na wyposażeniu warsztatu znajduje się ponad sto kamieni litograficznych, sześć ręcznych pras oraz jedna wielkoformatowa prasa offsetowa. W Domu Słów mogliśmy podziwiać dzieła wykonywane na kamieniu, ale znalazły się także dwie prace litograficzne zrealizowane na drewnie – jest to o wiele łatwiejsza technika stworzona przez Japończyków. Co ciekawe Akademia Sztuk Pięknych w Katowicach za sprawą profesora Józefa Budki jako pierwsza w Polsce wprowadziła tę technikę do programu pracowni. Nie było to łatwe, Japończycy nie chcieli wyjawić sekretu litografii na drewnie. Dopiero w 2012 roku profesorowi udało się wzbogacić warsztat druku płaskiego na ASP o tę technikę.

Na wystawie w Domu Słów możemy podziwiać prace studentów oraz asystentów ASP w Katowicach powstałe na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat, m.in. Adama Romaniuka, Waldemara Węgrzyna, Marcina Hajewskiego i Artura Olesia. Wystawa została zorganizowana przy współpracy z Polską Republiką Litografii. Ta lubelska fundacja ma na celu promocję zapomnianej już techniki przede wszystkim wśród osób niezwiązanych ze środowiskiem artystycznym.

Szkoda, że sztuka litograficzna zanika. Zainteresowanie nią słabnie, tym bardziej warto zachęcić znajomych i wybrać się w pewnego rodzaju podróż do przeszłości. Ekspozycję możemy podziwiać do 4 listopada – jest więc jeszcze dużo czasu, aby dowiedzieć się, czym jest litografia oraz zobaczyć wspaniałe prace, które pozwolą zachwycić się i wrócić do czasów starego drukarstwa.

img_9103

img_9109

1 Szczegółowo o procesie tworzenia można przeczytać na stronie http://grafmag.pl/artykuly/techniki-druku-czesc-ii-litografia-czyli-zanim-pojawil-sie-offset/.

Fotografie: Agnieszka Zarek

Reklamy

Malowany człowiek – recenzja – Krzysztof Abramowski

Tłumaczenie: Marcin Mortka
tytuł oryginału: The Painted Man
data wydania: grudzień 2008 (data przybliżona)
liczba stron: 504

„Malowany człowiek” to debiut powieściowy amerykańskiego pisarza z Brooklynu. Chociaż polska książka została wydana w 2008 roku przez Wydawnictwo Fabryka Słów, dopiero teraz udało mi się po nią sięgnąć. Zwykle mam ambiwalentny stosunek do tłumaczeń przez te wszystkie niedociągnięcia językowe, nietrafione słownictwo i sztywne dialogi. Tym razem jednak tłumaczenie – dzieło Bretta – pozytywnie mnie zaskoczyło.

Czytelnikowi należy się kilka słów wyjaśnienia odnośnie do całej serii. „Cykl Demoniczny” otwiera „Malowany człowiek” złożony z dwóch tomów. Fabryka Słów regularnie drukuje kolejne książki z serii, począwszy od „Pustynnej włóczni” aż na „Tronie z czaszek” skończywszy. Brzmi trochę przerażająco, przyznaję. Ale też świat jest okrutny i straszny.

Pisarz obraca się w klimacie połączenia klasycznego fantasy – miecze, włócznie, rycerze, królowie – oraz… post-apo. Tak! Ludzkość w książce Bretta normalnie funkcjonuje jedynie w dzień, ponieważ noc spowija mrok. Władzę nad światem na te kilka mrocznych godzin przejmują demony. Przeciętny czytelnik, który „wyrósł” z fantastyki mógłby stwierdzić, że motyw jest oklepany, przemielony na wszelkie możliwe sposoby i praktycznie „aczytalny”. Ale Brett tworzy tekst naprawdę przyjemny. Nie ze względu na pomysł, lecz głównie ze względu na rozbudowaną i dobrze opisaną psychologię postaci, gdzie czytelnik może wprost zanurkować w myślach bohatera i wczuć się w jego (przyznajmy, fatalną) sytuację.

Książka poprowadzona jest trzema drogami narracyjnymi – poznajemy chłopca pragnącego zostać Posłańcem (Arlen), początkującą Zielarkę (Leesha) oraz młodego skrzypka (Rojera). Nie zdradzając bardzo fabuły wystarczy napomknąć, że każdy z dzieciaków napotyka na swojej drodze do wymarzonej kariery problemy różnej natury. Z początku mierziło mnie, że bohaterowie są w podobnym wieku – ale to zabieg świadomy. Po przeczytaniu książki dostrzegam, jaki był zamysł autora: przedstawienie rozwoju postaci od czasów dziecięcych po dorosłe. Pokazanie emocji im towarzyszącym. To, jak wcześniejsze problemy urastające do roli gór nie do przebycia, teraz są zaledwie małym pagórkiem w dolince wobec PRAWDZIWYCH dylematów.

W świecie stawiania magicznych run w obronie przed nocnymi demonami, Arlen, Leesha i Rojer wydają się bohaterami bardzo silnymi. Często wykazują więcej odwagi niż dorośli. Ba! Mają nawet więcej oleju w głowie, gdyż seks, pieniądze czy władza nie są ich priorytetami. To w tej książce jest pociągające. Na stronach można zauważyć kolejną kwestię: czy geny determinują Twoje postępowanie? Czy jesteś „uwięziony” w ciele córki lub syna? Czy będziesz dokładnie taki jak Twoi rodzice? Cóż. Różni bohaterowie, różne odpowiedzi.

Co do języka w tłumaczeniu, nie przeszkadza tak bardzo. Prawda, dialogi bywają czasem kulawe (szczególnie w trakcie wartkiej „akcji” i niebezpieczeństwa bliskiego spotkania z demonem), ale Marcin Mortka i tak zrobił dobrą robotę. Widziałem dużo gorsze tłumaczenia, o których z grzeczności nie wspomnę. Natomiast dobrze oddane przez język emocje są jak najbardziej na plus. Słowa aż kipią od strachu bohaterów, od ich gniewu i radości. Czytelnik może łatwo się wczuć.

Patrząc typograficznym okiem, w książce w ramach przerywników między partiami tekstu używa się drobnego rysunku runów podobnych jak na okładce (wyróżnione są lakierem). Ponadto od czasu do czasu widzimy ilustracje niezawodnego Dominika Bronka. Co ciekawe, akurat w tej konkretnej książce grafiki nierzadko oblewają tekst wzdłuż krawędzi rysunku, co jest zdecydowaną rzadkością w czytanej przeze mnie prozie.

A sama książka? Szczerze mówiąc, jestem ciekawy losów Arlena, Leeshy i Rojera. Na końcu możemy spodziewać się dramatycznego „cliffhangera”, który wyrywa czytelnika z butów i zmusza go do wygooglowania, gdzie można kupić tom drugi. Na pewno już wiem, po co sięgnę jeszcze przed wydaniem piątego „Lapsusa” :).

ocena: 4/5

„Żadnych Grabców nie znam, a ich rozkazy mam w dupie”, czyli niezwykła historia Hubala ‒ Aleksandra Stronkowska

Major Henryk Dobrzański Hubal ‒ ostatni żołnierz września, Kmicic na miarę XX wieku, waleczny, nieugięty i nieprzewidywalny. Jego życie (a przede wszystkim okres heroicznej walki o wolną Polskę na przełomie 1939 i 1940 roku) to idealny materiał na książkę, której napisania podjął się nie kto inny, tylko znany ze swojej miłości do koni i szabli ‒ Jacek Komuda.

Akcja powieści zaczyna się we wrześniu 1939 roku, kiedy to na Kresach major Henryk Dobrzański dołącza do 110. Pułku Ułanów i zostaje zastępcą dowódcy ‒ podpułkownika Jerzego Dąmbrowskiego. Razem ruszają w kierunku Wilna, aby oswobodzić ojczyznę z niemieckiej okupacji, jednak wydarzenia 17 września i potyczka z sowietami zmuszają Dąmbrowskiego do złożenia broni. Dobrzański nie zamierza się jednak na to zgodzić i chce kontynuować walkę. Można powiedzieć, że reszta jest historią… I to bardzo dobrze odwzorowaną.

W książce spotykamy się z dokładną relacją wydarzeń z życia Hubala. Tekst podzielony jest, można powiedzieć, jak w dzienniku ‒ najpierw pojawia się dokładna data, a później opis zdarzeń. Dzięki temu śledzimy życie majora praktycznie dzień po dniu. Później pojawia się druga narracja ‒ pamiętnik funkcjonariusza SS Ericha Gresslera. Przez to poznajemy wydarzenia także z innego punktu widzenia. Jest to zabieg, dzięki któremu dowiadujemy się jak bardzo Hubal dawał się we znaki Niemcom. Akcja opisana jest wartko, chociaż podczas czytania miałam wrażenie, że niektóre zdania są zbyt długie, a brak spójników sprawia, że stają się one niejasne.

Chociaż wydarzenia w książce opierają się głównie na znakomitym researchu (Jacek Komuda przebył niemal całą drogę, którą maszerowali żołnierze Hubala i spędził dużo czasu, wodząc palcem po mapie), to pojawia się wiele fikcyjnych wątków dodatkowych. Dzięki temu możemy mówić o książce beletrystycznej, a nie na przykład biograficznej. Poznajemy więc dokładnie charakter Dobrzańskiego ‒ bohater jest butny, czasami okrutny, ale przede wszystkim całym sercem oddany Polsce i Polakom, odzyskanie wolności jest dla niego najważniejsze. Ułani są mu bezgranicznie poddani i posłuszni, jest dla nich wzorem, gotowi są za niego zginąć. Często pojawiają się także miłosne zawirowania majora, które, trzeba przyznać, są równie ciekawe jak wydarzenia historyczne.

Jednym z głównych tematów poruszanych w Hubalu są konie. Jacek Komuda jest znany ze swojej miłości do tych zwierząt, nic więc dziwnego, że postać Henryka Dobrzańskiego jest mu bliska. Major w latach dwudziestych XX wieku wygrał wiele zawodów hippicznych, w tym, wchodząc w skład reprezentacji Polski, zdobył Puchar Narodów. W nagrodę za sukcesy otrzymał także złotą papierośnicę od księcia Walii z wygrawerowanym napisem Dla najlepszego jeźdźca spośród oficerów wszystkich narodów. W książce można się przekonać, że jest ona bardzo ważna dla Dobrzańskiego. Konie w powieści pełnią istotną rolę. Są głównym środkiem transportu, w oddziale dba się o nie niemal tak samo, jak o ludzi, są ciągle poddawane czyszczeniu. Najważniejszym z nich jest Bohatyr ‒ koń, na którym na początku jeździł Hubal. Ułani uważają, że jest on wyznacznikiem zwycięstwa, a także symbolem niepodległej Polski. Jak się później okazuje ‒ przypuszczenia te są słuszne. Dla mnie ten symbol jest jednak zbyt patetyczny i wprowadzony jakby na siłę. Od razu nasuwają się skojarzenia z Sarmatami oraz szlacheckim przekonaniem o wyjątkowości narodu polskiego.

Muszę także pochwalić zabieg typograficzny pojawiający się w publikacji ‒ nagłówki wprowadzające narrację z punktu widzenia Gresslera złożone są szwabachą, co idealnie oddziela od przewodniej narracji oraz wprowadza odpowiedni klimat.

Prawdę mówiąc, Hubal to pierwsza książka Jacka Komudy jaką przeczytałam. Przejrzałam szereg recenzji przedstawiających ją jako najlepszą powieść w jego dorobku. Sam autor określił ją mianem najdłuższej i najtrudniejszej. Nie mogę potwierdzić, czy to prawda, jednak książka zrobiła na mnie wrażenie. Szczerze polecam tę pozycję fanom historii, a przede wszystkim tym, którzy uwielbiają czytać o drugiej wojnie światowej ‒ tak jak wspominałam, realia są odwzorowane wyśmienicie. Sama po przeczytaniu powieści mogę powiedzieć tylko jedno: na pewno sięgnę po więcej książek Komudy!

ocena: 3,5/5

liczba stron: 754

wydawnictwo: Fabryka Słów

data wydania: kwiecień 2016

Krytyka literacka – Alicja Janusz

Pewnie znacie już tę historię. Nixa ułożyła nawet balladę, którą wykonywała przy każdej możliwej okazji, żeby przypomnieć ludziom, kim jesteśmy. Wedle jej słów odważny bard miał przeciwstawić się rycerzowi, usiłującemu zmusić go do służby zakłamanej władzy. Po grzecznej odmowie wojak wyciągał broń i groził muzykowi, który przez mądre słowa przemawiał mu do rozumu i zmuszał do rzucenia miecza. Tak zapamiętano ten wieczór, bo tak chcieli mistrzowie. Ale ani mojego Mistrza, ani Nixy nie było przy tym słownym pojedynku. Nie im przyłożono klingę do szyi, nie oni patrzyli w oczy człowieka, w którym umarła dusza. W karczmie nie siedział wówczas żaden poważany bard, tylko ja, uczniak z miedzianym triskelionem1 ciążącym na szyi.

Skrobałam piórem po pergaminie. Nauczono mnie czytać i pisać, głównie po to, żebym mogła przekazywać dalej informacje. Nie byłam szpiegiem. Nie dla władzy w każdym razie. Obserwowałam to, co się działo, wysyłałam Mistrzowi raporty, czasem sama pisałam jakieś ballady. Nic specjalnego. Byłam pionkiem w grze losu, ale nie narzekałam. Lepiej być bardem niż ulicznikiem, których pełno było tego wieczoru w karczmie. Niespecjalnie zdziwiło mnie, gdy zgrzytnęły drzwi i do środka wszedł człowiek w obszarpanym płaszczu. Filcowy kapelusz zsuwał mu się na oczy, twarz przysłaniała wysoka stójka. Ot, jakiś wojak na przepustce albo zubożały najemnik. Nie poświęciłam mu więcej niż jedno spojrzenie i wróciłam do pisania. Mistrza ciekawiło, na ile uspokoiła się sytuacja w kraju. No nie uspokoiła się, wręcz przeciwnie. Wrzało. Władca umierał bezdzietnie, czekała nas elekcja. I już bałam się myśleć, kogo tam panowie szlachta wybiorą. Zapewne tego, kto zapłaci im najwięcej. W bajki o trosce o państwo dawno przestałam wierzyć. Bardowie interesowali się sprawą. Nie na rękę nam były wojny czy rozruchy, a kiepski wybór mógł temu sprzyjać. Nie żeby ostatnie lata były świetlane. Ale zawsze mogło być gorzej.

Nagle ktoś bezczelnie przysiadł się do mojego stołu. Z jednej strony w karczmie był tłok i gość szukał wolnego miejsca, a z drugiej zawsze otaczano nas elementarnym szacunkiem i wypadałoby chociaż zapytać, czy nie mam nic przeciwko. Podniosłam wzrok znad kartki papieru. Triskelion zaczął nagrzewać się nieznośnie. Napotkałam oczy szaleńca. Zapadnięte, przymglone oczy, z których wyzierała pustka. Wychudzona twarz zastygła w lodowatym grymasie. Mimo skrywającego ją brudu i kilkudniowego zarostu poznałam go. To był Rove. Z Rovem zjeździłam pół świata, kiedyś powierzyłabym mu nie tylko własną duszę, ale nawet lutnię. Dziś nie dałabym mu nawet kubła ze śmieciami ze strachu, komu wsadzi go na głowę. Dawny przyjaciel przystał do bandy Persivala. Teoretycznie rycerzy. W praktyce zwykłych bandytów posługujących się władzą i dręczących kogo tylko się dało. Ze mną próbowali. Ale nie bez powodu zwą mnie Audrey2. I nie bez powodu noszę na szyi triskelion.

– Czego chcesz? – zapytałam, siląc się na obojętność. W rzeczywistości czułam, jak narasta we mnie panika. Rove był wśród bardów wywołańcem. A o ile nie dostał w łeb raz za dużo, domyślał się pewnie, kto go wywołał i jak się na tej osobie odegrać. Mógł zrobić wszystko. Nie oszukujmy się, wciśnięta w róg karczmy, z lutnią na kolanach, nie miałam szans.

– Ktoś tu śpiewał nieprzyzwoite pieśni – warknął. Nawet jego głos się zmienił. Brzmiał jak instrument, któremu ktoś wybił dziurę w pudle rezonansowym.

– Od kiedy jesteś taki pruderyjny? – prychnęłam.

Reakcja była natychmiastowa. Rove jednym szybkim ruchem wyciągnął sztylet i zanim cokolwiek zdążyłam zrobić, miałam jego czubek przy szyi.

– Mówię o pieśni o smoku – powiedział.

O smoku. No tak. O cóż by innego mogło oburzać się szanowne rycerstwo? Sprawa była stara jak świat, ale ballady wolno ów świat obiegają. A ta jedna akurat mi się udała i od kilku tygodni nucili ją wszyscy. Tematem utrafiłam w dziesiątkę.

sztylet-01Parę lat temu szanowny nasz władca sprosił do siebie cesarza i króla od sąsiadów. Było to zimą, więc zjechało towarzystwo do jego pałacyku w górach. O polityce mówiono pewnie niewiele, za to hulano i swawolono ile wlezie, wszystko to na koszt państwa. A koszty były niemałe, bo każdy z możnowładców ściągnął ze sobą pół dworu, tłumy sługusów, wazeliniarzy i przydupasów. Zaproszono nawet kilku bardów. Ci, którym nie wypadało odmówić, zjechali i odjechali najszybciej, jak się dało. Nie mieszamy się w politykę, o ile polityka nie zaczyna zagrażać ludziom. Na szczęście a może i nieszczęście, muzyka i tańce niespecjalnie szanownych rządzących interesowały. Szybko zaczęły się popisy szermiercze, wywlekanie ze zbrojowni machin wszelakich i przechwałki, czyja armia jest lepiej wyposażona. Mało co nie skończyło się to wojną. W każdym razie nasz wielce szanowny panujący kazał przytaszczyć największe armaty i wypalić z nich przed zamkiem o świcie. Tak też zrobiono. Działa ryknęły jednym głosem, potem gruchnęło tak, że słychać je było setki mil wokół. Na efekt długo nie trzeba było czekać. Na okoliczne wioski błyskawicznie zeszły lawiny, pochłaniając wszystko na swojej drodze. Ci, którzy przeżyli, jęli dopominać się o odszkodowania. Władca kazał im się pocałować w swój spasiony, królewski zadek. Jego imię, już wcześniej niezbyt lubiane, zaczęto przeklinać. Wszystko co złe jednak wraca.

Lawina nie spodobała się nie tylko ludziom. Hałas i masy przesuwającego się śniegu obudziły rodowitego mieszkańca gór. Smoka. Smok, istota mądra, szybko zrozumiał, że jego sen przerwali nie lamentujący chłopi, tylko rozwrzeszczana gromada w zamku wypalająca wiwaty z czego się dało. Jak łatwo się domyślić, bestia odpowiedziała ogniem. Dosłownie. Z zamku niewiele zostało. Z jaśniepaństwa też.

smok-02Na ludzi najpierw padł blady strach, ale smok, dokonawszy zemsty, znowu zaszył się gdzieś w górskich jaskiniach. Jak już pierwszy szok minął, ludzie zaczęli rozpaczać, bo mieliśmy bezkrólewie. Sąsiedzi też. Po rozpaczy nadszedł czas na kłótnie, kto hałasował bardziej i obudził smoka. Trudno było powiedzieć, ale w końcu armata wypaliła na naszych ziemiach, więc to na nas zwalano winę. A my postanowiliśmy zwalić winę na kogoś innego. I zaczęły się teorie spiskowe, kto smoka nasłał. Czego tam nie słyszałam! Wymieniano czarnoksiężników, których nigdy nie było. Wiem, bo poszłam po rozum do głowy i zapytałam Czarnego, znajomego maga. Ów wyśmiał te opowieści, tłumacząc mi, że o takich nazwiskach nigdy nie słyszał, a już z całą pewnością nie słyszał o kimś, kto zapanowałby nad smokiem. Potem wymyślano nieistniejące stronnictwa, bo łatwiej obarczyć winą wyimaginowanego wroga. Wreszcie, jak okazało się, że nie ma komu wypowiedzieć wojny, zaczęto obarczać sąsiadów. Że zapewne oni smoka obudzili. To, że sami potracili władców, jakoś poszło w zapomnienie. I wtedy łeb podniósł Kanclerz.

Najgorszy psychopata, jakiego ten świat widział. Był jakimś tam dalekim królewskim kuzynem, na dobrą sprawę bardziej krewnym królika. Kanclerz oskarżał wszystkich, wywoływał krwawe lincze na każdym, na kim tylko się dało. A naród pragnął krwi. Każdej. Bo taka już nasza parszywa ludzka natura. Przerażoną tłuszczą łatwo było kierować. I Kanclerz kierował. Powoli acz nieubłaganie zbliżał się tym samym do władzy. I niejeden chciałby go na władcę.

– Spytajcie waszego króla, kto odpowiada za zniszczenie kraju! Kto odpowiada za lawiny! – wołał.

Króla nie można było spytać, bo go zeskrobywali z posadzki.

– Wrogowie! – wrzeszczał Kanclerz. Obiecywał, że nas przed nimi obroni. Głupi szli za nim bez chwili pomyślunku. Mądrzy wreszcie otrzeźwieli i zaczęli pytać, co to za wrogowie. I tutaj pojawił się problem, bo Kanclerz nie bardzo potrafił ich wskazać. A raczej wskazywał na chybił trafił każdego. Drażniąc sąsiadów. Wojna wisiała na włosku. Bardowie robili, co mogli. Uspokajali, pokazywali, że to wszystko tylko polityczne intrygi. Powoli skutkowało. Do ludzi w końcu zaczęło docierać jego szaleństwo. Ktoś przypomniał sobie, że władca miał kuzyna bliższego sukcesji tronu od tymczasowego rządzącego. Biedaka szybko osadzono na tronie, Kanclerza uciszono i mieliśmy parę lat względnego spokoju. Nie ukrywam, w upadku szaleńca mieliśmy swój udział. Budziliśmy w ludziach rozum, śpiewaliśmy i graliśmy o prawdziwym dziedzicu tronu. A ja napisałam balladę o smoku, w której jasno pokazywałam prawdziwego winowajcę. W moim utworze smoka obudził jaśniepan, zbyt głośno pierdząc na górskiej hali. Ludziska to bawiło, czy chłop, czy rycerz, nucili moją melodię. Potem im się znudziła. A teraz, kiedy jaśniepan umarł, znowu odgrzebałam balladę, co by ludziom przypomnieć, gdzie w rzeczywistości mają nas tacy czy inni rządzący. Żeby nie dali się zmylić nowym nazwiskiem
i obietnicami. To ciągle będzie to samo. Kolejny władca też wyda pieniądze państwa na prywatną zabawę, znowu wywoła nieszczęście, umyje ręce, zwali winę na kogo się da i każe się ludziom pocałować w siedzenie.

Rovemu najwyraźniej się to nie podobało. Albo przynajmniej był to pretekst, żeby mi dokopać.

– Schowaj to – powiedziałam. – Nie starcza ci, że już cię wywołują? Tknij mnie, a Mistrz wyśle tu skrytobójców, przed którymi miecz cię nie ochroni.

– W dupie mam ciebie i twojego Mistrza – odparł. – Takich jak wy trzeba zgładzić! Jesteście solą w oku uczciwych ludzi i prawowitych władców! Wspieracie zdrajców i sami cuchniecie zdradą!

– Im dłużej cię słucham, tym bardziej zgadzam się z Badylarą, że ktoś ci chyba raz za dużo w ten pusty łeb przyładował i mózg przez ucho wyleciał – prychnęłam. – Bardowie nie służą nikomu i za żadne pieniądze. Nie mamy kogo zdradzić, bo nie należymy do żadnego władcy i żadnego kraju!

Nagle sztylet cofnął się od mojej szyi. Rove poszybował do tyłu i gruchnął o podłogę.

– Wynoś się, dziadu, nie będziesz tu porządnych ludzi zaczepiał! – przy moim stole stał zwalisty karczmarz, a obok niego najęty do ochrony knajpy Leathan, dwa razy wyższy i potężniejszy od Rovego.

Rycerz podniósł się, klnąc szpetnie. Potem splunął na podłogę, zwyzywał nas wszystkich do siódmego pokolenia i wyszedł. Wyszedł nie dlatego, że mądry bard przemówił mu do rozumu. Wyszedł wykopany przez najemnika, tak samo głupi jak przyszedł. I obawiam się, że raczej nie zmądrzeje.

1 Dawniej symbol muzyków, materiał z którego był wykonany symbolizował pozycję w hierarchii.

2 Audrey – ze staroniemieckiego „niezniszczalna”

Współpraca z Tosterem Pandory

W ostatnim czasie Lapsus Calami nawiązało współpracę z serwisem Toster Pandory. Pod tym linkiem znajdziecie jeden z naszych lapsusowych artykułów, który Redakcja Tostera zechciała opublikować na swojej witrynie.

Czym jest Toster Pandory? Oto, co o sobie mówią założyciele:

To serwis dedykowany społeczeństwu, kulturze, sztuce oraz nauce; niekomercyjna inicjatywa publicystyczna i literacka powstała w roku 2014. Tematyka dotyka zagadnień z obszaru sztuki wysokiej, jak i masowej kultury – naszej redakcji stale towarzyszy trudny do zaspokojenia głód świata.

Polecamy również fanpage serwisu.

Już teraz możemy ogłosić, że jeden z tekstów Tostera opublikujemy w najnowszym numerze „Lapsusa”!

Nowe wieści z Falkonu! – Karolina Wnuk

Jako że objęliśmy patronat nad Festiwalem Fantastyki Falkon 2016, który odbędzie się w Lublinie w dniach 4-6 listopada, przedstawiamy Wam garść świeżych informacji od organizatorów!


LOGO FALKON_z-napisami-01-01.jpgRuszyła już odnowiona i przygotowana na komiksowo strona internetowa http://www.falkon.co. Jest to główne źródło (tuż obok fanpage’a) informacji o festiwalu. Na stronie w zakładce „program” widnieje formularz, dzięki któremu można zgłaszać swoją atrakcję – prelekcję, konkurs, pokaz i wiele innych. Liczymy na pomysłowość i wyobraźnię naszych uczestników! Pamiętajcie, że za każdy prowadzony punkt programu przysługują zniżki.

Chcemy, żeby tegoroczną edycję w dużym stopniu tworzyli uczestnicy, a więc otwieramy dla nich kolejną możliwość wpływu na kształt programu.

Na Facebooku została utworzona grupa Herosi Falkonu, do której każdy może dołączyć. Jest to forum wymiany wspólnych poglądów, idei i uwag odnośnie festiwalu oraz miejsce, gdzie organizatorzy poddają pod dyskusję niektóre pomysły. Zapraszamy na: https://www.facebook.com/groups/130224180723960/.

Program Falkonu to nie tylko prelekcje. Podczas festiwalu zostanie zaprezentowany łazik marsjański Orion II, który został zbudowany na Politechnice Lubelskiej. Kto wie, może za kilka lat będziemy pokazywać pojazdy międzygalaktyczne? 🙂

Zupełnie nowym i ciekawym punktem programu będą wyścigi dronów, które swoją popularnością podbijają cały świat. Dzięki Parrot Polska będziemy świadkami zmagań dronów lądowych Jumper i powietrznych minidronów. Firma zaprezentuje też swój najnowszy model – Parrot Disco. Kto jest za tym, aby wyścigi dronów stały się falkonową dyscypliną sportową?

Na Falkon z pewnością przychodzi wiele osób prężnie działających w dziedzinie IT. Specjalnie dla nich razem z Gamespol przygotowujemy prelekcję o tworzeniu gier mobilnych, nie tylko o tematyce fantastycznej.

Co ze sobą zrobić, kiedy już skończyły się wszystkie ciekawe prelekcje, a halę wystawców znacie już na pamięć? Pora na dobrą planszówkę w jednym z największych GamesRoomów w Polsce, czynnym 24 godziny na dobę. Ponad 300 tytułów będzie czekać na wypożyczenie, a wolontariusze chętnie wytłumaczą zasady każdej gry. W GamesRoomie swoje tytuły zaprezentują takie wydawnictwa jak Rebel.pl, Fabryka Gier Historycznych, Galakta, Black Monk, Portal, Fox Games i Hobbity.eu. Niektóre z nich zorganizują turnieje.

Są też pierwsze wieści na temat gości! Odwiedzą nas dwie utalentowane artystki, które dodadzą festiwalowi komiksowego uroku – Katarzyna Babis oraz Beata Ari Smugaj, profesjonalnie zajmujące się grafiką. Ponadto poszerzamy horyzonty i otwieramy się na youtuberów. Pierwszą osobą z tego środowiska, która pojawi się na Falkonie jest Piotr Kosek, znany z kanału Astrofaza. Przygotujcie się więc na połączenie fantastyki i nauki, bo Piotrek z pewnością udowodni Wam, że kosmos wcale nie jest taki nudny!

Nie sposób zapomnieć o stałych gościach Falkonu, przedstawicieli 501st Legionu i Rebel Legion Eagle Base. Miłośnicy Gwiezdnych Wojen urozmaicą swoim stoiskiem oraz wspaniałymi strojami naszą imprezę. Obie grupy pojawiają się na Falkonie od wielu lat.

Z dumą przedstawiam sponsorów strategicznych Falkonu 2016, czyli tych, bez których nasz program i atrakcje nie byłyby takie barwne. Naszymi sponsorskimi Herosami są: Rebel.pl serwujący najlepsze gry, Fabryka Słów oferująca setki fantastycznych książek oraz Kakuzu – sklep pełny mangowych cudów.

A teraz krótko o jednym z pięciu działów. Falkon tworzą bloki przeznaczone dla uczestników o różnorodnych zainteresowaniach.

postac-finalTeraz mam przyjemność napisać słówko o bloku Manga&Anime reprezentowanym przez pierwszego z naszych Superherosów: Nekohamę. Ten pochodzący z północnych wysp Japonii lisek jest reinkarnacją jednego z legendarnych stworzeń, odpowiedzialnych za pogodę ducha i życiową pomyślność.

Oczy Nekohamy mówią bezgłośne „Hug me!”. Któż nie polubiłby takiego cudownego pluszaka? Tylko uważajcie! Nasz Superheros ma specjalną umiejętność: potrafi czytać w myślach! Na szczęście dotyczy to tylko osoby, która go dotknie. Chętni?

Dział Manga&Anime jest przygotowywany dla każdego uczestnika Falkonu, który interesuje się wytworami cechującymi się japońskim stylem. Wśród atrakcji znajdą się prelekcje o tematyce japońskich kreskówek oraz komiksów. Po wielu głosach uczestników przemawiających za udoskonaleniem strefy Manga&Anime, zdecydowaliśmy, że oprócz pojawiającej się co roku gry Dance Dance Revolution zorganizujemy także UltraStar, czyli karaoke. Komiksowość tej edycji z pewnością znajdzie swój wyraz w tym dziale – na Falkonie będzie można podszlifować swoje umiejętności rysunku na warsztatach prowadzonych przez profesjonalistów.

Karolina Wnuk

Koordynator ds. Promocji Festiwalu Fantastyki Falkon 2016

Czar międzywojnia – Joanna Mirek

gramofon.jpg


Dlaczego coraz chętniej wracamy do czasów naszych pradziadków?

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że niemal każde starsze pokolenie narzeka na obecną młodzież, wychwalając pod niebiosa stare, dobre czasy. Tak było zawsze. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że to właśnie młodzi ludzie coraz chętniej interesują się… dwudziestoleciem międzywojennym.

Od dłuższego czasu jesteśmy bowiem świadkami istnej fascynacji tym okresem polskiej historii. Wielu Polaków upatruje w nim wzór, do którego powinniśmy dążyć. Do łask wróciło zainteresowanie przedwojenną kulturą – zachwycamy się zapomnianymi już niemal perełkami filmowymi, pożółkłymi fotografiami przedwojennych aktorek, czy nieco enigmatycznymi obrazami Tamary Łempickiej. Coraz bardziej doceniamy urok ówczesnych zdobyczy techniki, jak chociażby gramofonu czy staromodnych aut. Nie brakuje i takich, którzy decydują się na organizację ślubu w stylu retro. Międzywojnie jawi się nam niemal jako świat wyjęty żywcem z idyllicznych powieści dla młodzieży autorstwa Kornela Makuszyńskiego. Nie dziwi zatem fakt, że wśród nas jest coraz więcej retro sentymentalistów.

Niewątpliwie przyczyniły się do tego liczne artykuły prasowe, publikacje książkowe i produkcje filmowe, jak chociażby Miasto 44, Czas Honoru, czy kręcony właśnie serial telewizyjny, opowiadający o tragicznych losach bodaj najbardziej znanego polskiego amanta filmowego tamtej epoki, Eugeniusza Bodo. Z pewnością stanowią też one przyczynek do odradzającego się w Polsce patriotyzmu i zainteresowania bohaterami wojennymi, których czołowym przedstawicielem jest Witold Pilecki. Odzież patriotyczna i jawne identyfikowanie się z wartościami ówczesnych patriotów nie należy już dziś do rzadkości. Tryumfy święcą też filmiki na platformie YouTube poświęcone temu okresowi w dziejach, jak również archiwalne kroniki filmowe, przedstawiające przedwojenną Warszawę. Coraz częściej w Internecie zamieszczane są też fragmenty oryginalnej prasy z tamtego okresu, nierzadko okraszone sporą dawką humoru, słusznie dowodzące, że pewne rzeczy pozostają niezmienne pomimo upływu lat.

Ponadto jesteśmy coraz częściej konfrontowani zarówno z bolesnym piętnem, jakie odcisnęła na naszym kraju druga wojna światowa, jak i niemal apokaliptyczną wizją nadciągającej zawieruchy wojennej. Nic dziwnego zatem, że wracamy myślami do czasów w jakiś sposób paralelnych do tych nam współczesnych…

Często jednak patrzymy na epokę międzywojnia przez różowe okulary, idealizując ją do granic możliwości. U źródeł tej sentymentalnej nostalgii znajduje się też z pewnością przekonanie, że była to epoka rozkwitu nowo odrodzonej Polski. Czasy gdy istnieli jeszcze prawdziwi patrioci, doskonale wychowani, eleganccy dżentelmeni i wytworne damy o nienagannych manierach. Jak zawsze w takich przypadkach okazuje się jednak, że wcale nie było tak idealnie, jakbyśmy tego może chcieli. I tak na przykład moralność mieszkańców przedwojennej Warszawy pozostawiała wiele do życzenia. A już z pewnością nie była tak nieskazitelna, jakby mogło się nam wydawać… Autor bestsellerowych publikacji o rzeczywistości II Rzeczpospolitej, Kamil Janicki, określił ten okres dziejów jako „epokę hipokryzji”. Z jednej strony dbano o zachowanie pozorów i życie zgodne z tradycją, z drugiej zaś – skandale obyczajowe były na porządku dziennym. Ówczesne brukowce nie szczędziły czytelnikom szczegółów brutalnych zbrodni, na niemal co drugiej warszawskiej ulicy znajdował się dom publiczny, zaś liczba aborcji wykonywanych w samej tylko stolicy była bodaj najwyższa w Europie. Nie wszyscy byli więc tacy święci. Nie należy też zapominać o niezliczonych aferach i korupcji wśród urzędników państwowych i ciągłych roszadach w parlamencie. Warto wspomnieć, że w tym okresie fotel premiera był zmieniany aż… 19 razy! Dzisiejsze spory polityczne to przy tym pestka.

Takie przykłady można oczywiście mnożyć. Pewne jest jedno – nie było sielankowo. A jednak… być może właśnie te niedoskonałości czynią epokę dwudziestolecia międzywojennego bliższą naszym czasom. A jednocześnie wręcz emanują wytworną elegancją i czarem, jakiego nam chyba brak w dzisiejszym świecie.

Chociaż temat międzywojnia jest coraz chętniej podejmowany przez wydawnictwa i media, to i tak bardzo daleko mu jeszcze do przynależności do tzw. głównego nurtu. I całe szczęście. Wszak cały urok tej epoki jest zaprzeczeniem tego, co serwuje nam codziennie Internet, telewizja i radio. Może właśnie za tym tak tęsknimy…?

Pewnie niejeden z nas skrycie marzy o wehikule czasu, który umożliwiłby przeniesienie się w inną epokę. Ale czy to dobry pomysł? W jednym ze swoich nowszych filmów, O północy w Paryżu, Woody Allen skutecznie rozprawił się z mitem, że lepiej żyłoby się w dawnych czasach. Postawił bowiem bardzo trafną diagnozę – każdy ma swoją wymarzoną belle époque, w której jednak nie mógłby się odnaleźć, gdyby przyszło mu w niej żyć. Taka sentymentalna ucieczka w przeszłość ma być według Allena spowodowana lękiem przed stawieniem czoła rzeczywistości. Może więc rzeczywiście próbujemy wyprzeć otaczający nas współczesny świat. Czego nam zatem brakuje? Może mamy już dość nachalnej, często pozbawionej głębszego sensu popkultury? A może jesteśmy już znudzeni szybkim tempem życia w tym skomercjalizowanym do szpiku kości świecie?

Dwudziestolecie międzywojenne to świat znany nam jedynie z kart książek do historii, kadrów filmów i opowieści naszych pradziadków. A mimo to z rozrzewnieniem oglądamy filmy, na których możemy podziwiać przedwojenną Warszawę – dumę II Rzeczpospolitej, nazywaną Paryżem Północy. Dokładnie to samo miasto zostało zrównane z ziemią w 1944 roku, a współcześnie zyskało niechlubne miano najbrzydszej stolicy Europy. Tęsknimy za czasami, gdy można było być naprawdę dumnym z naszego kraju. W tej epoce zawiera się tak uwielbiany przez nas, Polaków, romantyzm i zarazem przeraźliwy wręcz tragizm. To ostatnie lata względnej idylli, brutalnie przerwanej przez wojnę. Przedwojenna Polska jawi się tu niczym antyczne Pompeje. Kraj nad przepaścią, tuż przed nadciągającą katastrofą, mającą zebrać krwawe żniwo. Utracone miliony ludzkich żyć, pogrzebane marzenia, stracona młodość i szczęście.

Co by się stało, gdyby druga wojna nigdy nie wybuchła? Już samo to pytanie wywołuje ból i nostalgię. A co my byśmy zrobili, gdyby wybuchła teraz…? To chyba wiele trudniejsze. Z pewnością powinien cieszyć fakt, że Polacy coraz chętniej interesują się historią swego narodu. Jednak trzeba pamiętać, że historia lubi zataczać koło. Być może właśnie dotarliśmy do miejsca historycznej sinusoidy, która przybliża nas właśnie do czasów międzywojnia. Chociaż gdybanie może wydawać się czczą rozrywką, to z pewnością warto zatrzymać się w naszym nieuporządkowanym świecie i zastanowić, co rok 1939 mógł zmienić nie tylko w życiu znanych osobistości, ale i naszych rodzin. Czasu nie da się cofnąć, ale można spróbować przewartościować swoje życie tak, aby uniknąć błędów tamtego pokolenia. A już na pewno powinniśmy zadbać, by pamięć o przeszłości była wciąż obecna. Aby ocalić od zapomnienia tamten magiczny, emanujący subtelnym urokiem świat, który bezpowrotnie przeminął.