Łódzkie murale, woonerfy, meble miejskie i nie tylko… czyli o kulturze zawartej w infrastrukturze – Krystian Słomiński

Przestrzeń Łodzi – do niedawna szara i nieprzyjazna – od kilku lat zmienia się nie do poznania. Wiele obdrapanych ścian budynków odzyskało blask, niektóre z nich stały się też nośnikami wielkoformatowych malowideł – zwanych muralami. Kilka bocznych uliczek, niegdyś zaniedbanych i podziurawionych, służy obecnie jako strefa wypoczynku, zwana podwórcem albo woonerfem. Znajduje się tam mnóstwo zieleni i miejsc do odpoczynku, a ruch samochodów ograniczony jest do minimum. Spacerując po Łodzi, można natrafić na ławeczkę, na której siedzi Julian Tuwim albo inni wielcy łodzianie, a nawet natknąć się na kolorową skrzynkę elektryczną.

Na początek mural

Murale znane już były w okresie PRL-u. Pełniły wtedy rolę marketingową – reklamowały państwowe przedsiębiorstwa. Dzisiaj funkcjonują w przestrzeni miejskiej jako dekoracje. Wspaniale komponują się z popękanymi i lekko podniszczonymi elewacjami kamienic, co dodaje im swoistego uroku. Łódź to jedno z miejsc w Polsce, gdzie tego typu malowideł jest najwięcej. Pod koniec lat 90. XX wieku zaczęto tworzyć murale artystyczne nawiązujące stylem do graffiti. W 2001 roku przy ulicy Piotrkowskiej powstał rysunek przedstawiający plac Wolności, na środku którego stoi wielka łódka. Jest to tzw. mural-alegoria ukazujący abstrakcyjny obraz. Istnieją także murale iluzyjne przedstawiające okna i postaci w nich stojące. Tego typu malunek idealnie wypełnia i zarazem maskuje zbyt rzucające się w oczy puste szczyty budynków. W 1999 roku powstał w Łodzi mural podobnego gatunku z wizerunkami znanych osób związanych z tym miastem. Rysunki świetnie wypełniają przestrzenie na elewacjach kamienic i nadają miejscu niesamowity klimat1.

Tajemniczo brzmiący woonerf

Ta enigmatyczna nazwa to inne określenie dla miejskiego podwórca. Jest to rodzaj ulicy będącej strefą wypoczynkową, z uspokojonym ruchem, miejscami do siedzenia oraz licznymi nasadzeniami. Całość prezentuje dość wysoki poziom pod względem estetycznym. Nawierzchnia zbudowana jest zwykle z ozdobnej kostki. Pierwsze woonerfy pojawiły się w latach 70. XX wieku w Holandii, stamtąd pochodzi też nazwa zjawiska.

W Polsce podwórzec pojawił się stosunkowo niedawno. Jednym z pierwszych miejsc tego typu jest woonerf przy ulicy 6 Sierpnia w Łodzi – stworzony w 2014 roku. Inwestycja na tyle przypadła do gustu mieszkańcom, że już rok później wybudowano następny miejski podwórzec – mieszczący się przy ulicy Traugutta. Kolejny stworzono przy ulicy Piramowicza. Dzięki takim inicjatywom przestrzeń miejska jest bezpieczniejsza i bardziej przyjazna użytkownikom. Ruch w okolicy znacznie się uspokoił, dzięki czemu jest to idealne miejsce do rekreacji oraz odpoczynku2.

Ławeczka i kuferek, czyli o meblach miejskich

Łódź to jedyne miasto w Polsce, gdzie spacerując ulicą, można spotkać wypoczywającego na ławce Juliana Tuwima albo siedzącego na kuferku i piszącego „Ziemię obiecaną” Władysława Reymonta. By nie zapomnieć o wielkich mieszkańcach miasta, stworzono tzw. Galerię Wielkich Łodzian. Dlatego oprócz wyżej wspomnianych swe pomniki mają także inne osobistości jak np. siedzący w swym fotelu Stefan Jaracz, grający na fortepianie Artur Rubinstein, ponadto jest też pomnik lampiarza wspinającego się po drabinie na słup, żeby zapalić uliczną latarnię, a także stół, przy którym znajdują się trzej twórcy Łodzi przemysłowej – Izrael Poznański, Karol Scheibler i Henryk Grohman. Jest jeszcze ławeczka Jana Karskiego mieszcząca się w Parku Ocalałych3.

Co łączy Misia Uszatka z Plastusiem?

Od pierwszych lat powojennych aż do końca lat 90. XX wieku istniało w Łodzi studio Filmowe Se-ma-for. Przedsiębiorstwo zajmowało się tworzeniem filmów animowanych. W studiu powstały takie dzieła jak np. Miś Uszatek czy Pingwin Pik-Pok. Miasto nie zapomniało o legendarnych postaciach z bajek i stworzyło projekt o nazwie „Łódź bajkowa”. Przedsięwzięcie obejmuje dziewięć rzeźb ukazujących sylwetki animowanych postaci, które są rozsiane po całym mieście. Pierwsza powstała w 2009 roku, oczywiście przy ulicy Piotrkowskiej, i przedstawia Misia Uszatka. Wśród najciekawszych wyróżnić można takie rzeźby jak Filemona i Bonifacego – znajdujące się na terenie Muzeum Kinematografii, Wróbla Ćwirka stojącego w Parku Źródliska, Ferdynanda Wspaniałego witającego klientów wchodzących do Galerii Łódzkiej, czy Plastusia z Parku Sienkiewicza4.

Nawierzchnia także może być pomnikiem

Spacerując po trotuarze albo asfalcie, najczęściej nie zastanawiamy się, po czym tak naprawdę stąpamy. Czasem jednak warto się na chwilę zatrzymać i spojrzeć w dół, z pozoru bowiem zwyczajny chodnik może pełnić także funkcję monumentu. W 1999 roku władze miasta wpadły na pomysł, żeby niewielka część nawierzchni ulicy Piotrkowskiej była pomnikiem łodzian. Od tej pory na najsłynniejszym deptaku w Polsce można obserwować kilkanaście tysięcy betonowych kostek z nazwiskami mieszkańców. Cały projekt nosi nazwę Pomnika Łodzian Nowego Millenium. To nie jedyny przykład wykorzystania nawierzchni do celów kulturowych, gdyż nieopodal, na wysokości Pasażu Rubinsteina, stworzono Aleję Gwiazd – wzorowaną na tej z Hollywood. Widnieją tam nazwiska najsłynniejszych polskich aktorów, reżyserów i innych osób związanych z kinematografią. Znajdują się tam między innymi nazwiska Gustawa Holoubka, Janusza Gajosa, Krystyny Jandy, Agnieszki Holland czy Jerzego Kawalerowicza. Innym miejscem godnym uwagi jest fragment ulicy Tuwima, w którą wkomponowano torowisko tramwajowe. Pojazdy szynowe nie jeżdżą tam co prawda od lat 80. XX wieku, ale szyny pozostały – mało tego, świetnie współgrają za świeżo wybrukowaną nawierzchnią5.

Skrzynki elektryczne dziełem sztuki

Jest ich w mieście bardzo dużo. Są małe, kanciaste, często szpecą krajobraz swoim wyglądem. Ostatnio zaczęły przechodzić wizualną metamorfozę, a to za sprawą umieszczania na nich różnego rodzaju malowanych rysunków przede wszystkim przedstawiających zabytki oraz sławnych ludzi związanych z Łodzią6. Tak wiec odnaleźć można skrzynki z podobizną Tuwima, szkicami kamienic, symbolami związanymi z filmem, a także graffiti. Istnieje duża dowolność w sposobie zdobienia tych małych elementów infrastruktury, wszystko zależy od wyobraźni.

Przestrzeń miejska nie musi być wcale szara i betonowa. Nawet popękane mury kamienic, odpowiednio przyozdobione, mogą stać się obiektem zwracającym uwagę przechodniów. Każdy element miejskiej zabudowy ma szansę przyciągnąć wzrok poprzez swój oryginalny wygląd, wystarczy dobry pomysł oraz jego skrupulatna realizacja, a nawet najbardziej zwyczajne miejsce stanie się niezwykłe i klimatyczne.

1 Bartosz Stępień, Łódzkie murale. Niedoceniona grafika użytkowa PRL-u, Łódź 2010.

2 Bartosz Zimny, Hubert Barański, Woonerf podwórzec miejski, http://woonerf.dlalodzi.info/czym_jest_woonerf.html [dostęp online: 13.05.2016].

3 Krzysztof Kowalewicz, Pomniki z Galerii Wielkich Łodzian, http://lodz.wyborcza.pl/lodz/1,35153,3404671.html [dostęp online: 13.05.2016].

4 Łódź Bajkowa, https://pl.wikipedia.org/wiki/Łódź_Bajkowa [dostęp online: 13.05.2016].

5 Aleja Gwiazd w Łodzi, https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleja_Gwiazd_w_Łodzi [dostęp online: 13.05.2016].

6 Matylda Witkowska, Będą zwiedzać Łódź szlakiem skrzynek elektrycznych, http://www.dzienniklodzki.pl/wiadomosci/lodz/a/beda-zwiedzac-lodz-szlakiem-skrzynek-elektrycznych,9743973/ [dostęp online: 22.11.2016].

Reklamy

„Kup pan pióro”, kup pan „Moskala” – Krzysztof Abramowski

Z Moskalem Gołkowskiego mam nie lada problem. Książka wbija w fotel, akcja obfituje w mroczne intrygi wczesnych lat 90. ubiegłego wieku, a bohaterowie składają się z krwi, kości oraz zimnej wódki i dymu papierosowego. Dlaczego więc mam z Moskalem problem? Zapraszam do recenzji najnowszej książki Michała Gołkowskiego.

Już opis na czwartej stronie okładki kreśli nam specyficzny obraz świata późnego PRL-u. Interesy załatwia się głównie pod stołem, a żeby przebić się z szarych warszawskich dzielnic do luksusowych salonów, trzeba zapomnieć o własnym jestestwie, zasadach moralnych oraz wyrzucić ze słownika słowo „sumienie”, które na stronach Moskala brzmiałoby niczym największe dziwadło niepasujące do układanki.

Główny bohater, Artur „Moskal” Wiktorowicz, jedzie autostradą prosto do piekła. I ani rodzina, ani przyjaciele, ani nawet on sam nie jest w stanie nacisnąć hamulca. W kolejnych rozdziałach możemy zaobserwować jego dynamicznie postępującą przemianę. Wszystko zaczyna się od prostego: „Kup pan pióro”, kiedy na jednej z uliczek spotyka pewnego łachmaniarza. Pal licho, przecież to tylko pióro. Co mu szkodzi? W ten sposób pozbawił nachalnego sprzedawcę ciężaru, o jakim Wiktorowiczowi nawet się nie śniło.

Dalej dzieją się rzeczy niezwykłe. Potężne kontrakty opiewające na bajońskie sumy, opancerzone SUV-y, mafia. Sex, drugs & alcohol. Głównie ten rosyjski. Brzmi to wszystko jak hollywoodzki film, ale klimat książki jest ciężki, wschodni, prawdopodobnie zupełnie niezrozumiały dla zachodniego czytelnika. Jak dla mnie to naprawdę duży plus najnowszej prozy Gołkowskiego.

No dobrze. Jeśli namówiło to czytelnika do zakupu książki, świetnie. Teraz mniej cukru, a więcej goryczy. Poniżej będzie o tym „problemie” z pierwszego akapitu recenzji. Wiążę się on ściśle z fabułą książki, której za żadne skarby nie chcę zdradzać, ale można się pokusić chociaż o kawałeczek.

No więc… ostatnie sto stron książki można by było wyrzucić. Poważnie. Może ktoś się ze mną nie zgodzi, ale mimo tego, że idea Moskala wgniata w fotel, to akcja powinna się urwać dużo wcześniej i zostawić czytelnika walniętego obuchem po głowie, leżącego rozłożonym na łopatki. Zamiast tego nie kończy się i próbuje ocucić, otrzepuje z kurzu i jeszcze pomaga wstać. Puenta zmiany tytułowego Moskala, cały ciąg wydarzeń i dramatycznego obrotu spraw zwalnia, przybiera zupełnie inny wydźwięk i wybija z rytmu. Może nie jest to wielki błąd czy rzecz, która odstręcza od przeczytania książki. Właściwie można ją ominąć, nie zwrócić nawet uwagi. Ale mnie osobiście zapadła w pamięć.

Należy wspomnieć jeszcze o języku, bo Michał Gołkowski wykonał naprawdę dobrą robotę. Jako osoba żywo zainteresowana literaturą rosyjskojęzyczną – przecież jest zawodowym tłumaczem – wplótł do tekstu wiele rusycyzmów, zwrotów, nawet nawyków językowych ludzi wschodu. Nie znam rosyjskiego i nie wiem, czy aby na pewno każdy bezpośredni zwrot do adresata Rosjanie kończą imieniem i nazwiskiem rozmówcy, ale… mnie Gołkowski przekonał, że tak właśnie jest.

Z końcową oceną Moskala też mam problem, bo to naprawdę dobra książka, tylko po drodze (mam takie wrażenie) autor niepotrzebnie zboczył z toru. Możliwe, że to kwestia tego szaleńczego tempa powstania książki – zawrotne dwa miesiące! Jeśli taki tytuł powstał tak krótko, to tylko życzyć autorowi więcej udanych projektów. Bo jedno jest pewne: Gołkowski przyciąga uwagę. Robi wokół siebie zamieszanie. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości, dlatego obawiałbym się przed daniem Moskalowi mniej niż mocnej czwórki i takiej cichej nadziei na dalsze, może nieco lepiej zakończone książki.

wydawnictwo: Fabryka Słów

liczba stron: 480

data wydania: sierpień 2016

ocena: 4/5

Typoduchy, czyli jak zamiłowanie do słowa połączyło się z designem – Viktoria Kopaczewska

Zdarzyło się Wam przeczytać jakieś słowa, które tak mocno Was poruszyły, że najchętniej nie rozstawalibyście się z nimi ani na chwilę? A gdyby istniał sposób na ich uwiecznienie, tak aby nawet w trakcie snu mieć je przy sobie…?

Pomysł na typoduchy, czyli poduszki z napisami, powstał kilka lat temu podczas niesamowitego wydarzenia jakim jest Festiwal „Miasto Poezji”. Początkowo były one ogromnych rozmiarów i widniały na nich nazwiska festiwalowych gości. Kiedy jednak zauważono, jak ogromnym zainteresowaniem się cieszą (w niewyjaśnionych okolicznościach ginęły z punktów, w których były rozłożone), powstał pomysł na prowadzenie warsztatów, gdzie każdy uczestnik będzie miał szansę wykonać takie cudo samodzielnie. Pierwsze tego typu warsztaty miały miejsce dwa lata temu z okazji kolejnej edycji wyżej wspomnianego festiwalu, obecnie odbywają się częściej.

Processed with VSCO with hb1 presetProcessed with VSCO with hb1 preset

Ósmego października miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w tym niezwykłym procesie tworzenia małych dzieł sztuki. Dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że poszewki każdy musi uszyć samodzielnie. W jednej chwili ogarnęło mnie przerażenie, bo – chociaż wstyd się przyznać – nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z maszyną do szycia. Na szczęście warsztaty prowadziły dwie niesamowite kobiety – Magdalena Krasuska i Monika Czapka, które krok po kroku tłumaczyły, jak należy przygotować materiał, jak odpowiednio go wymierzyć oraz ułatwić sobie pracę, żeby efekt końcowy był zachwycający. I choć samo szycie poduszki wymagało pewnej dozy skupienia i zdolności manualnych, to prawdziwa zabawa zaczęła się w momencie przygotowywania napisów na poszewki. Podczas zgłoszeń każdy uczestnik miał szansę wybrać słowa, które chciałby umieścić na swojej poduszce. Istnieją jedynie dwa ograniczenia – długość cytatu oraz jego treść, która rzecz jasna musi być na pewnym poziomie. Cytat nie może być zbyt długi ze względów czysto praktycznych – małe znaki trudniej się odbija. Aby przygotować szablon należało odpowiednio odkleić litery ze specjalnie spreparowanej taśmy; było to mozolne zadanie, a najlepsze miało dopiero nadejść! Najlepsza zabawa zaczęła się w momencie, kiedy na stole pojawiły się różnokolorowe farby – każdy z nas mógł dowolnie wybrać barwy. Niektórzy stawiali na prostotę i wybierali klasyczną czarną farbę, inni odnajdowali w sobie duszę artysty i tworzyli nietuzinkowe wzory, używając przenikających się nawzajem odcieni. Każdy z nas ostrożnie nakładał farbę, sama myślami byłam już w domu, zastanawiając się, jakie miejsce zajmie gotowa poduszka. Efekt był zdumiewający. Ten etap pracy podobał mi się najbardziej. Po minach uczestników widać było, że im także – stresujący moment kontaktu z maszyną do szycia już minął, można więc puścić wodze fantazji i stworzyć coś niezwykłego. Większość cytatów miała związek ze snem lub trudnościami, jakich przysparza nam poranne wstawanie, oczywiście w żadnym stopniu nie był to przypadek.

Processed with VSCO with hb1 preset

Kiedy poszewki były już gotowe i farba schła, miałam okazję porozmawiać z pozostałymi uczestnikami. Każdy cieszył się z wykonanej poduszki i był zachwycony warsztatami. Jest tylko jeden minus – liczba zgłoszeń przewyższa możliwości Domu Słów, siłą rzeczy wszyscy chętni się nie zmieszczą. Tym z Was, którym nie udało się tym razem, mogę zdradzić, że w listopadzie będzie kolejna szansa. Bądźcie czujni 😉

Wernisaż wystawy Pracowni Litografii ASP w Katowicach – Aleksandra Stronkowska

Dla nas, studentów edytorstwa, teoria techniki litografii powinna być znana. Jednak zajęcia z historii książki i drukarstwa często nie omawiają dokładnie tej sztuki, a technologia nie jest obecnie spopularyzowana tak, aby przeciętny edytor mógł wiedzieć, na czym dokładnie polega. Dzięki takim wydarzeniom jak wystawa litografii z Akademii Sztuk Pięknych możemy sobie przypomnieć tę technikę i obejrzeć prace stworzone w chyba obecnie najlepszej polskiej pracowni litograficznej.

Początki kamieniodruku sięgają osiemnastego wieku, kiedy to Alojzy Senefelder – całkiem przez przypadek – chcąc zmyć listę prania z kamienia (zanotował ją na nim z braku czegokolwiek praktycznego pod ręką), odkrył, że miejsca zapisane farbą drukarską nie wchłaniają wody. Senefelder miał szczęście – kamień, na którym pisał, okazał się łupkiem wapiennym. Z tego rodzaju skały do dziś korzystają pracownie litograficzne na całym świecie. Na czym polega ta technika druku płaskiego? Na matrycy wykonuje się rysunek, a później poddaje się go procesom chemicznym z użyciem gumy arabskiej wymieszanej z kwasem azotowym. Praca jest długa i czasochłonna, a podczas jej wykonywania realizuje się szereg procesów, które utrwalają malowidło i pozwalają na usunięcie obrazka oraz stworzenie nowego1. Profesor Józef Budka, pracownik katowickiej ASP, tworzył swoje dzieło dwa miesiące. Przede wszystkim dlatego, że jest ono różnobarwne, a każdą warstwę koloru trzeba nakładać oddzielnie. Sztuka kamieniodruku nie należy też do tanich – ceny kamieni wynoszą nawet kilkaset euro.

img_9086

img_9096

Pracownia Litografii w katowickiej Akademii Sztuk Pięknych powstała już na początku lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Proces gromadzenia matryc litograficznych postępował powoli, lecz systematycznie. Teraz na wyposażeniu warsztatu znajduje się ponad sto kamieni litograficznych, sześć ręcznych pras oraz jedna wielkoformatowa prasa offsetowa. W Domu Słów mogliśmy podziwiać dzieła wykonywane na kamieniu, ale znalazły się także dwie prace litograficzne zrealizowane na drewnie – jest to o wiele łatwiejsza technika stworzona przez Japończyków. Co ciekawe Akademia Sztuk Pięknych w Katowicach za sprawą profesora Józefa Budki jako pierwsza w Polsce wprowadziła tę technikę do programu pracowni. Nie było to łatwe, Japończycy nie chcieli wyjawić sekretu litografii na drewnie. Dopiero w 2012 roku profesorowi udało się wzbogacić warsztat druku płaskiego na ASP o tę technikę.

Na wystawie w Domu Słów możemy podziwiać prace studentów oraz asystentów ASP w Katowicach powstałe na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat, m.in. Adama Romaniuka, Waldemara Węgrzyna, Marcina Hajewskiego i Artura Olesia. Wystawa została zorganizowana przy współpracy z Polską Republiką Litografii. Ta lubelska fundacja ma na celu promocję zapomnianej już techniki przede wszystkim wśród osób niezwiązanych ze środowiskiem artystycznym.

Szkoda, że sztuka litograficzna zanika. Zainteresowanie nią słabnie, tym bardziej warto zachęcić znajomych i wybrać się w pewnego rodzaju podróż do przeszłości. Ekspozycję możemy podziwiać do 4 listopada – jest więc jeszcze dużo czasu, aby dowiedzieć się, czym jest litografia oraz zobaczyć wspaniałe prace, które pozwolą zachwycić się i wrócić do czasów starego drukarstwa.

img_9103

img_9109

1 Szczegółowo o procesie tworzenia można przeczytać na stronie http://grafmag.pl/artykuly/techniki-druku-czesc-ii-litografia-czyli-zanim-pojawil-sie-offset/.

Fotografie: Agnieszka Zarek

Malowany człowiek – recenzja – Krzysztof Abramowski

Tłumaczenie: Marcin Mortka
tytuł oryginału: The Painted Man
data wydania: grudzień 2008 (data przybliżona)
liczba stron: 504

„Malowany człowiek” to debiut powieściowy amerykańskiego pisarza z Brooklynu. Chociaż polska książka została wydana w 2008 roku przez Wydawnictwo Fabryka Słów, dopiero teraz udało mi się po nią sięgnąć. Zwykle mam ambiwalentny stosunek do tłumaczeń przez te wszystkie niedociągnięcia językowe, nietrafione słownictwo i sztywne dialogi. Tym razem jednak tłumaczenie – dzieło Bretta – pozytywnie mnie zaskoczyło.

Czytelnikowi należy się kilka słów wyjaśnienia odnośnie do całej serii. „Cykl Demoniczny” otwiera „Malowany człowiek” złożony z dwóch tomów. Fabryka Słów regularnie drukuje kolejne książki z serii, począwszy od „Pustynnej włóczni” aż na „Tronie z czaszek” skończywszy. Brzmi trochę przerażająco, przyznaję. Ale też świat jest okrutny i straszny.

Pisarz obraca się w klimacie połączenia klasycznego fantasy – miecze, włócznie, rycerze, królowie – oraz… post-apo. Tak! Ludzkość w książce Bretta normalnie funkcjonuje jedynie w dzień, ponieważ noc spowija mrok. Władzę nad światem na te kilka mrocznych godzin przejmują demony. Przeciętny czytelnik, który „wyrósł” z fantastyki mógłby stwierdzić, że motyw jest oklepany, przemielony na wszelkie możliwe sposoby i praktycznie „aczytalny”. Ale Brett tworzy tekst naprawdę przyjemny. Nie ze względu na pomysł, lecz głównie ze względu na rozbudowaną i dobrze opisaną psychologię postaci, gdzie czytelnik może wprost zanurkować w myślach bohatera i wczuć się w jego (przyznajmy, fatalną) sytuację.

Książka poprowadzona jest trzema drogami narracyjnymi – poznajemy chłopca pragnącego zostać Posłańcem (Arlen), początkującą Zielarkę (Leesha) oraz młodego skrzypka (Rojera). Nie zdradzając bardzo fabuły wystarczy napomknąć, że każdy z dzieciaków napotyka na swojej drodze do wymarzonej kariery problemy różnej natury. Z początku mierziło mnie, że bohaterowie są w podobnym wieku – ale to zabieg świadomy. Po przeczytaniu książki dostrzegam, jaki był zamysł autora: przedstawienie rozwoju postaci od czasów dziecięcych po dorosłe. Pokazanie emocji im towarzyszącym. To, jak wcześniejsze problemy urastające do roli gór nie do przebycia, teraz są zaledwie małym pagórkiem w dolince wobec PRAWDZIWYCH dylematów.

W świecie stawiania magicznych run w obronie przed nocnymi demonami, Arlen, Leesha i Rojer wydają się bohaterami bardzo silnymi. Często wykazują więcej odwagi niż dorośli. Ba! Mają nawet więcej oleju w głowie, gdyż seks, pieniądze czy władza nie są ich priorytetami. To w tej książce jest pociągające. Na stronach można zauważyć kolejną kwestię: czy geny determinują Twoje postępowanie? Czy jesteś „uwięziony” w ciele córki lub syna? Czy będziesz dokładnie taki jak Twoi rodzice? Cóż. Różni bohaterowie, różne odpowiedzi.

Co do języka w tłumaczeniu, nie przeszkadza tak bardzo. Prawda, dialogi bywają czasem kulawe (szczególnie w trakcie wartkiej „akcji” i niebezpieczeństwa bliskiego spotkania z demonem), ale Marcin Mortka i tak zrobił dobrą robotę. Widziałem dużo gorsze tłumaczenia, o których z grzeczności nie wspomnę. Natomiast dobrze oddane przez język emocje są jak najbardziej na plus. Słowa aż kipią od strachu bohaterów, od ich gniewu i radości. Czytelnik może łatwo się wczuć.

Patrząc typograficznym okiem, w książce w ramach przerywników między partiami tekstu używa się drobnego rysunku runów podobnych jak na okładce (wyróżnione są lakierem). Ponadto od czasu do czasu widzimy ilustracje niezawodnego Dominika Bronka. Co ciekawe, akurat w tej konkretnej książce grafiki nierzadko oblewają tekst wzdłuż krawędzi rysunku, co jest zdecydowaną rzadkością w czytanej przeze mnie prozie.

A sama książka? Szczerze mówiąc, jestem ciekawy losów Arlena, Leeshy i Rojera. Na końcu możemy spodziewać się dramatycznego „cliffhangera”, który wyrywa czytelnika z butów i zmusza go do wygooglowania, gdzie można kupić tom drugi. Na pewno już wiem, po co sięgnę jeszcze przed wydaniem piątego „Lapsusa” :).

ocena: 4/5

„Żadnych Grabców nie znam, a ich rozkazy mam w dupie”, czyli niezwykła historia Hubala ‒ Aleksandra Stronkowska

Major Henryk Dobrzański Hubal ‒ ostatni żołnierz września, Kmicic na miarę XX wieku, waleczny, nieugięty i nieprzewidywalny. Jego życie (a przede wszystkim okres heroicznej walki o wolną Polskę na przełomie 1939 i 1940 roku) to idealny materiał na książkę, której napisania podjął się nie kto inny, tylko znany ze swojej miłości do koni i szabli ‒ Jacek Komuda.

Akcja powieści zaczyna się we wrześniu 1939 roku, kiedy to na Kresach major Henryk Dobrzański dołącza do 110. Pułku Ułanów i zostaje zastępcą dowódcy ‒ podpułkownika Jerzego Dąmbrowskiego. Razem ruszają w kierunku Wilna, aby oswobodzić ojczyznę z niemieckiej okupacji, jednak wydarzenia 17 września i potyczka z sowietami zmuszają Dąmbrowskiego do złożenia broni. Dobrzański nie zamierza się jednak na to zgodzić i chce kontynuować walkę. Można powiedzieć, że reszta jest historią… I to bardzo dobrze odwzorowaną.

W książce spotykamy się z dokładną relacją wydarzeń z życia Hubala. Tekst podzielony jest, można powiedzieć, jak w dzienniku ‒ najpierw pojawia się dokładna data, a później opis zdarzeń. Dzięki temu śledzimy życie majora praktycznie dzień po dniu. Później pojawia się druga narracja ‒ pamiętnik funkcjonariusza SS Ericha Gresslera. Przez to poznajemy wydarzenia także z innego punktu widzenia. Jest to zabieg, dzięki któremu dowiadujemy się jak bardzo Hubal dawał się we znaki Niemcom. Akcja opisana jest wartko, chociaż podczas czytania miałam wrażenie, że niektóre zdania są zbyt długie, a brak spójników sprawia, że stają się one niejasne.

Chociaż wydarzenia w książce opierają się głównie na znakomitym researchu (Jacek Komuda przebył niemal całą drogę, którą maszerowali żołnierze Hubala i spędził dużo czasu, wodząc palcem po mapie), to pojawia się wiele fikcyjnych wątków dodatkowych. Dzięki temu możemy mówić o książce beletrystycznej, a nie na przykład biograficznej. Poznajemy więc dokładnie charakter Dobrzańskiego ‒ bohater jest butny, czasami okrutny, ale przede wszystkim całym sercem oddany Polsce i Polakom, odzyskanie wolności jest dla niego najważniejsze. Ułani są mu bezgranicznie poddani i posłuszni, jest dla nich wzorem, gotowi są za niego zginąć. Często pojawiają się także miłosne zawirowania majora, które, trzeba przyznać, są równie ciekawe jak wydarzenia historyczne.

Jednym z głównych tematów poruszanych w Hubalu są konie. Jacek Komuda jest znany ze swojej miłości do tych zwierząt, nic więc dziwnego, że postać Henryka Dobrzańskiego jest mu bliska. Major w latach dwudziestych XX wieku wygrał wiele zawodów hippicznych, w tym, wchodząc w skład reprezentacji Polski, zdobył Puchar Narodów. W nagrodę za sukcesy otrzymał także złotą papierośnicę od księcia Walii z wygrawerowanym napisem Dla najlepszego jeźdźca spośród oficerów wszystkich narodów. W książce można się przekonać, że jest ona bardzo ważna dla Dobrzańskiego. Konie w powieści pełnią istotną rolę. Są głównym środkiem transportu, w oddziale dba się o nie niemal tak samo, jak o ludzi, są ciągle poddawane czyszczeniu. Najważniejszym z nich jest Bohatyr ‒ koń, na którym na początku jeździł Hubal. Ułani uważają, że jest on wyznacznikiem zwycięstwa, a także symbolem niepodległej Polski. Jak się później okazuje ‒ przypuszczenia te są słuszne. Dla mnie ten symbol jest jednak zbyt patetyczny i wprowadzony jakby na siłę. Od razu nasuwają się skojarzenia z Sarmatami oraz szlacheckim przekonaniem o wyjątkowości narodu polskiego.

Muszę także pochwalić zabieg typograficzny pojawiający się w publikacji ‒ nagłówki wprowadzające narrację z punktu widzenia Gresslera złożone są szwabachą, co idealnie oddziela od przewodniej narracji oraz wprowadza odpowiedni klimat.

Prawdę mówiąc, Hubal to pierwsza książka Jacka Komudy jaką przeczytałam. Przejrzałam szereg recenzji przedstawiających ją jako najlepszą powieść w jego dorobku. Sam autor określił ją mianem najdłuższej i najtrudniejszej. Nie mogę potwierdzić, czy to prawda, jednak książka zrobiła na mnie wrażenie. Szczerze polecam tę pozycję fanom historii, a przede wszystkim tym, którzy uwielbiają czytać o drugiej wojnie światowej ‒ tak jak wspominałam, realia są odwzorowane wyśmienicie. Sama po przeczytaniu powieści mogę powiedzieć tylko jedno: na pewno sięgnę po więcej książek Komudy!

ocena: 3,5/5

liczba stron: 754

wydawnictwo: Fabryka Słów

data wydania: kwiecień 2016

Krytyka literacka – Alicja Janusz

Pewnie znacie już tę historię. Nixa ułożyła nawet balladę, którą wykonywała przy każdej możliwej okazji, żeby przypomnieć ludziom, kim jesteśmy. Wedle jej słów odważny bard miał przeciwstawić się rycerzowi, usiłującemu zmusić go do służby zakłamanej władzy. Po grzecznej odmowie wojak wyciągał broń i groził muzykowi, który przez mądre słowa przemawiał mu do rozumu i zmuszał do rzucenia miecza. Tak zapamiętano ten wieczór, bo tak chcieli mistrzowie. Ale ani mojego Mistrza, ani Nixy nie było przy tym słownym pojedynku. Nie im przyłożono klingę do szyi, nie oni patrzyli w oczy człowieka, w którym umarła dusza. W karczmie nie siedział wówczas żaden poważany bard, tylko ja, uczniak z miedzianym triskelionem1 ciążącym na szyi.

Skrobałam piórem po pergaminie. Nauczono mnie czytać i pisać, głównie po to, żebym mogła przekazywać dalej informacje. Nie byłam szpiegiem. Nie dla władzy w każdym razie. Obserwowałam to, co się działo, wysyłałam Mistrzowi raporty, czasem sama pisałam jakieś ballady. Nic specjalnego. Byłam pionkiem w grze losu, ale nie narzekałam. Lepiej być bardem niż ulicznikiem, których pełno było tego wieczoru w karczmie. Niespecjalnie zdziwiło mnie, gdy zgrzytnęły drzwi i do środka wszedł człowiek w obszarpanym płaszczu. Filcowy kapelusz zsuwał mu się na oczy, twarz przysłaniała wysoka stójka. Ot, jakiś wojak na przepustce albo zubożały najemnik. Nie poświęciłam mu więcej niż jedno spojrzenie i wróciłam do pisania. Mistrza ciekawiło, na ile uspokoiła się sytuacja w kraju. No nie uspokoiła się, wręcz przeciwnie. Wrzało. Władca umierał bezdzietnie, czekała nas elekcja. I już bałam się myśleć, kogo tam panowie szlachta wybiorą. Zapewne tego, kto zapłaci im najwięcej. W bajki o trosce o państwo dawno przestałam wierzyć. Bardowie interesowali się sprawą. Nie na rękę nam były wojny czy rozruchy, a kiepski wybór mógł temu sprzyjać. Nie żeby ostatnie lata były świetlane. Ale zawsze mogło być gorzej.

Nagle ktoś bezczelnie przysiadł się do mojego stołu. Z jednej strony w karczmie był tłok i gość szukał wolnego miejsca, a z drugiej zawsze otaczano nas elementarnym szacunkiem i wypadałoby chociaż zapytać, czy nie mam nic przeciwko. Podniosłam wzrok znad kartki papieru. Triskelion zaczął nagrzewać się nieznośnie. Napotkałam oczy szaleńca. Zapadnięte, przymglone oczy, z których wyzierała pustka. Wychudzona twarz zastygła w lodowatym grymasie. Mimo skrywającego ją brudu i kilkudniowego zarostu poznałam go. To był Rove. Z Rovem zjeździłam pół świata, kiedyś powierzyłabym mu nie tylko własną duszę, ale nawet lutnię. Dziś nie dałabym mu nawet kubła ze śmieciami ze strachu, komu wsadzi go na głowę. Dawny przyjaciel przystał do bandy Persivala. Teoretycznie rycerzy. W praktyce zwykłych bandytów posługujących się władzą i dręczących kogo tylko się dało. Ze mną próbowali. Ale nie bez powodu zwą mnie Audrey2. I nie bez powodu noszę na szyi triskelion.

– Czego chcesz? – zapytałam, siląc się na obojętność. W rzeczywistości czułam, jak narasta we mnie panika. Rove był wśród bardów wywołańcem. A o ile nie dostał w łeb raz za dużo, domyślał się pewnie, kto go wywołał i jak się na tej osobie odegrać. Mógł zrobić wszystko. Nie oszukujmy się, wciśnięta w róg karczmy, z lutnią na kolanach, nie miałam szans.

– Ktoś tu śpiewał nieprzyzwoite pieśni – warknął. Nawet jego głos się zmienił. Brzmiał jak instrument, któremu ktoś wybił dziurę w pudle rezonansowym.

– Od kiedy jesteś taki pruderyjny? – prychnęłam.

Reakcja była natychmiastowa. Rove jednym szybkim ruchem wyciągnął sztylet i zanim cokolwiek zdążyłam zrobić, miałam jego czubek przy szyi.

– Mówię o pieśni o smoku – powiedział.

O smoku. No tak. O cóż by innego mogło oburzać się szanowne rycerstwo? Sprawa była stara jak świat, ale ballady wolno ów świat obiegają. A ta jedna akurat mi się udała i od kilku tygodni nucili ją wszyscy. Tematem utrafiłam w dziesiątkę.

sztylet-01Parę lat temu szanowny nasz władca sprosił do siebie cesarza i króla od sąsiadów. Było to zimą, więc zjechało towarzystwo do jego pałacyku w górach. O polityce mówiono pewnie niewiele, za to hulano i swawolono ile wlezie, wszystko to na koszt państwa. A koszty były niemałe, bo każdy z możnowładców ściągnął ze sobą pół dworu, tłumy sługusów, wazeliniarzy i przydupasów. Zaproszono nawet kilku bardów. Ci, którym nie wypadało odmówić, zjechali i odjechali najszybciej, jak się dało. Nie mieszamy się w politykę, o ile polityka nie zaczyna zagrażać ludziom. Na szczęście a może i nieszczęście, muzyka i tańce niespecjalnie szanownych rządzących interesowały. Szybko zaczęły się popisy szermiercze, wywlekanie ze zbrojowni machin wszelakich i przechwałki, czyja armia jest lepiej wyposażona. Mało co nie skończyło się to wojną. W każdym razie nasz wielce szanowny panujący kazał przytaszczyć największe armaty i wypalić z nich przed zamkiem o świcie. Tak też zrobiono. Działa ryknęły jednym głosem, potem gruchnęło tak, że słychać je było setki mil wokół. Na efekt długo nie trzeba było czekać. Na okoliczne wioski błyskawicznie zeszły lawiny, pochłaniając wszystko na swojej drodze. Ci, którzy przeżyli, jęli dopominać się o odszkodowania. Władca kazał im się pocałować w swój spasiony, królewski zadek. Jego imię, już wcześniej niezbyt lubiane, zaczęto przeklinać. Wszystko co złe jednak wraca.

Lawina nie spodobała się nie tylko ludziom. Hałas i masy przesuwającego się śniegu obudziły rodowitego mieszkańca gór. Smoka. Smok, istota mądra, szybko zrozumiał, że jego sen przerwali nie lamentujący chłopi, tylko rozwrzeszczana gromada w zamku wypalająca wiwaty z czego się dało. Jak łatwo się domyślić, bestia odpowiedziała ogniem. Dosłownie. Z zamku niewiele zostało. Z jaśniepaństwa też.

smok-02Na ludzi najpierw padł blady strach, ale smok, dokonawszy zemsty, znowu zaszył się gdzieś w górskich jaskiniach. Jak już pierwszy szok minął, ludzie zaczęli rozpaczać, bo mieliśmy bezkrólewie. Sąsiedzi też. Po rozpaczy nadszedł czas na kłótnie, kto hałasował bardziej i obudził smoka. Trudno było powiedzieć, ale w końcu armata wypaliła na naszych ziemiach, więc to na nas zwalano winę. A my postanowiliśmy zwalić winę na kogoś innego. I zaczęły się teorie spiskowe, kto smoka nasłał. Czego tam nie słyszałam! Wymieniano czarnoksiężników, których nigdy nie było. Wiem, bo poszłam po rozum do głowy i zapytałam Czarnego, znajomego maga. Ów wyśmiał te opowieści, tłumacząc mi, że o takich nazwiskach nigdy nie słyszał, a już z całą pewnością nie słyszał o kimś, kto zapanowałby nad smokiem. Potem wymyślano nieistniejące stronnictwa, bo łatwiej obarczyć winą wyimaginowanego wroga. Wreszcie, jak okazało się, że nie ma komu wypowiedzieć wojny, zaczęto obarczać sąsiadów. Że zapewne oni smoka obudzili. To, że sami potracili władców, jakoś poszło w zapomnienie. I wtedy łeb podniósł Kanclerz.

Najgorszy psychopata, jakiego ten świat widział. Był jakimś tam dalekim królewskim kuzynem, na dobrą sprawę bardziej krewnym królika. Kanclerz oskarżał wszystkich, wywoływał krwawe lincze na każdym, na kim tylko się dało. A naród pragnął krwi. Każdej. Bo taka już nasza parszywa ludzka natura. Przerażoną tłuszczą łatwo było kierować. I Kanclerz kierował. Powoli acz nieubłaganie zbliżał się tym samym do władzy. I niejeden chciałby go na władcę.

– Spytajcie waszego króla, kto odpowiada za zniszczenie kraju! Kto odpowiada za lawiny! – wołał.

Króla nie można było spytać, bo go zeskrobywali z posadzki.

– Wrogowie! – wrzeszczał Kanclerz. Obiecywał, że nas przed nimi obroni. Głupi szli za nim bez chwili pomyślunku. Mądrzy wreszcie otrzeźwieli i zaczęli pytać, co to za wrogowie. I tutaj pojawił się problem, bo Kanclerz nie bardzo potrafił ich wskazać. A raczej wskazywał na chybił trafił każdego. Drażniąc sąsiadów. Wojna wisiała na włosku. Bardowie robili, co mogli. Uspokajali, pokazywali, że to wszystko tylko polityczne intrygi. Powoli skutkowało. Do ludzi w końcu zaczęło docierać jego szaleństwo. Ktoś przypomniał sobie, że władca miał kuzyna bliższego sukcesji tronu od tymczasowego rządzącego. Biedaka szybko osadzono na tronie, Kanclerza uciszono i mieliśmy parę lat względnego spokoju. Nie ukrywam, w upadku szaleńca mieliśmy swój udział. Budziliśmy w ludziach rozum, śpiewaliśmy i graliśmy o prawdziwym dziedzicu tronu. A ja napisałam balladę o smoku, w której jasno pokazywałam prawdziwego winowajcę. W moim utworze smoka obudził jaśniepan, zbyt głośno pierdząc na górskiej hali. Ludziska to bawiło, czy chłop, czy rycerz, nucili moją melodię. Potem im się znudziła. A teraz, kiedy jaśniepan umarł, znowu odgrzebałam balladę, co by ludziom przypomnieć, gdzie w rzeczywistości mają nas tacy czy inni rządzący. Żeby nie dali się zmylić nowym nazwiskiem
i obietnicami. To ciągle będzie to samo. Kolejny władca też wyda pieniądze państwa na prywatną zabawę, znowu wywoła nieszczęście, umyje ręce, zwali winę na kogo się da i każe się ludziom pocałować w siedzenie.

Rovemu najwyraźniej się to nie podobało. Albo przynajmniej był to pretekst, żeby mi dokopać.

– Schowaj to – powiedziałam. – Nie starcza ci, że już cię wywołują? Tknij mnie, a Mistrz wyśle tu skrytobójców, przed którymi miecz cię nie ochroni.

– W dupie mam ciebie i twojego Mistrza – odparł. – Takich jak wy trzeba zgładzić! Jesteście solą w oku uczciwych ludzi i prawowitych władców! Wspieracie zdrajców i sami cuchniecie zdradą!

– Im dłużej cię słucham, tym bardziej zgadzam się z Badylarą, że ktoś ci chyba raz za dużo w ten pusty łeb przyładował i mózg przez ucho wyleciał – prychnęłam. – Bardowie nie służą nikomu i za żadne pieniądze. Nie mamy kogo zdradzić, bo nie należymy do żadnego władcy i żadnego kraju!

Nagle sztylet cofnął się od mojej szyi. Rove poszybował do tyłu i gruchnął o podłogę.

– Wynoś się, dziadu, nie będziesz tu porządnych ludzi zaczepiał! – przy moim stole stał zwalisty karczmarz, a obok niego najęty do ochrony knajpy Leathan, dwa razy wyższy i potężniejszy od Rovego.

Rycerz podniósł się, klnąc szpetnie. Potem splunął na podłogę, zwyzywał nas wszystkich do siódmego pokolenia i wyszedł. Wyszedł nie dlatego, że mądry bard przemówił mu do rozumu. Wyszedł wykopany przez najemnika, tak samo głupi jak przyszedł. I obawiam się, że raczej nie zmądrzeje.

1 Dawniej symbol muzyków, materiał z którego był wykonany symbolizował pozycję w hierarchii.

2 Audrey – ze staroniemieckiego „niezniszczalna”