Po trzydziestce Rysy się nie zmniejszają – Aleksandra Żak

Jak to przed walentynkami, miłość wisi w powietrzu. Centrum Duszpasterstwa Młodzieży wraz z Katolickim Stowarzyszeniem Młodzieży Archidiecezji Lubelskiej nie płyną jednak z prądem taniej, komercyjnej tandety w serduszka. Z okazji dnia zakochanych proponują dyskusję o konkretnych sprawach. Z ich inicjatywy 12 lutego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim odbyła się debata walentynkowa na temat: „Czy warto hajtać się przed trzydziestką?”.

Właśnie, warto? Na odpowiedź oczekuje wypełniająca aulę Centrum Transferu Wiedzy młodzież, która pragnie usłyszeć opinię gości debaty. Wśród nich jest Marcin Gomułka, który wraz z żoną Moniką prowadzi popularnego bloga o nazwie „Początek Wieczności”. Obok zasiada brat Tomasz Mantyk, kapucyn i duszpasterz młodzieży na lubelskiej Poczekajce. Obecna jest również Agnieszka Pietrzak, ewangelizatorka Przystanka Jezus, wywodząca się z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży – dziś świeżo upieczona narzeczona, związana ze środowiskiem nowej ewangelizacji.

Próbę odpowiedzi na pytanie debaty jako pierwszy podejmuje Marcin, który na co dzień, wraz z żoną, dzieli się z odwiedzającymi bloga doświadczeniem szczęścia małżeńskiego. Pytającym o jego sekret odpowiada wprost: „Nie mielibyśmy tego wszystkiego, gdyby nie praca. Nic nie przychodzi samo”. Kiedy porusza temat wolności i obaw przed jej poświęceniem przed trzydziestką, opowiada o zmianie, jaka zaszła w jego własnej perspektywie: „Kiedyś uważałem, że wolność to robienie tego, co mi się podoba, a tymczasem wolność to to, że mogę wrócić do mojej żony i dzieci i być z nimi”. Młodym przekazuje realistyczne spojrzenie na powołanie, które wybrał: „W małżeństwie nie będzie samych przyjemności. Chodzi o umieranie dla drugiej osoby”. Wspominając o źródle swojej siły, przyznaje: „Bez Pana Boga nie jestem w stanie być małżonkiem”.

Brat Tomasz z humorem rozważa kwestię gotowości do małżeństwa. Na początku mierzy się z mitem, że to prosta, wolna od ryzyka droga: „Małżeństwo to rosyjska ruletka. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi”. Mówi o kryzysie dojrzałości wśród młodych i niechęci do dorastania, a dla odwlekania decyzji o małżeństwie znajduje obrazowe porównanie: „To jak dwóch turystów w Tatrach, którzy wpatrują się w Rysy i czekają, aż te się zmniejszą”. Wyjaśnia, że gotowość do założenia rodziny mierzy się poziomem zaufania Bogu, a nie kryteriami ekonomicznymi. „Będziesz miał może osiemdziesiąt lat, jak spełnisz te wszystkie kryteria” – mówi, a po jego słowach następują salwy śmiechu wśród publiczności. Przeżywającym trudności z podjęciem decyzji o wiązaniu się na całe życie oznajmia, że „brak decyzji powodowany lękiem przed decyzją jest najgorszą decyzją”.

Agnieszka opowiada swoją historię dorastania do pragnienia założenia rodziny. Zdradza, że nie doświadczała go wcale, kiedy koleżanki się zaręczały, a jej własna rodzina zaczynała pytać o „kawalera”. Dzieli się świadectwem wysłuchanej modlitwy o znalezienie drugiej połówki i  historią poznania swojego przyszłego męża. Opowiada o sensie zmagania o czystość w związku, a jako receptę na nieporozumienia i sprzeczki w narzeczeństwie podaje biblijną zasadę: „Bardzo ważne jest to, by przed nadejściem nocy zawsze się pogodzić”.

W ostatniej części spotkania goście wspólnie odpowiadają na pytania publiczności. Pochylają się nad zagadnieniem powołania do samotności. „Każdy jest powołany do małżeństwa, ale nie każdy je stworzy. Niektórzy z was nie znajdą faceta lub kobiety, dla których warto się poświęcać i umierać. Każdy ma jednak powołanie do miłości” –  wyjaśnia brat Tomasz. „Żadna relacja nie da ci jednak takiej pełni miłości, żebyś nie potrzebował Chrystusa”. Marcin dodaje: „Często mylimy środek z celem. Małżeństwo jest drogą do Boga, a powołaniem każdego jest życie wieczne. Kiedy kochasz, już jesteś jedną nogą w wieczności”. Odpowiedź na pytanie, czy ostatecznie lepiej jest „hajtać się przed trzydziestką”, pada na koniec z ust Agnieszki, która sądzi, że „hajtać się warto, kiedy jest na ciebie czas”.

Reklamy

„Słup ognia”, czyli próba uczenia zabawą – Michał Nowakowski

Ken Follett, brytyjski powieściopisarz, ma w swoim dorobku co najmniej kilkanaście thrillerów szpiegowskich, a jednak najbardziej znany jest z Filarów Ziemi – powieści historycznej, której akcja rozgrywa się w XII-wiecznej Anglii, a fabuła koncentruje się wokół budowy katedry w Kingsbridge. Książka od swojego debiutu w 1989 roku cieszy się nieprzerwanym zainteresowaniem fanów z całego świata, a w 2010 roku doczekała się ekranizacji w formie mini serialu produkcji BBC. Filary Ziemi stały się początkiem trylogii, której druga część – Świat bez końca (2007) – również przenosi nas do Kingsbridge, ale dwa wieki później, a tłem dla wydarzeń jest początek wojny stuletniej oraz epidemia czarnej śmierci. Natomiast przedmiotem niniejszej recenzji będzie, rozgrywająca się w XVI-wiecznej Europie, ostatnia część cyklu – Słup ognia(2017).

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że z twórczości autora poznałem dotychczas jedynie, opowiadającą historię XX wieku, trylogię Stulecie (Upadek gigantów, Zima świata, Krawędź wieczności) i przystępując do lektury Słupu ognia, nie znałem poprzednich części cyklu. Miałem w tej kwestii duże obawy, które zostały jednak rozwiane przez znajomych mi fanów serii, zapewniających, że wydarzenia mają, co prawda, wspólny motyw (Kingsbridge), jednak opowiadają zupełnie inną, niepowiązaną ściśle historię.

Słup ognia, jak już wspomniałem, przenosi nas w realia XVI wieku, a konkretniej do jego drugiej połowy. Były to wyjątkowo burzliwe czasy: zapoczątkowany przez Marcina Lutra w 1517 roku ruch reformacyjny odbił się szerokim echem w całej ówczesnej Europie i stał się powodem brutalnych wojen religijnych. To właśnie umiejscowienie akcji w tak interesującym okresie wraz z bardzo dobrym wspomnieniem innych książek autora sprawiło, że zdecydowałem się sięgnąć po tę konkretną powieść.

Follett rozpoczyna swoją opowieść w Kingsbridge, jednak szybko miejscem dla rozgrywanych wydarzeń staje się wiele z największych miast ówczesnej Europy: Paryż, Sewilla, Antwerpia czy Genewa. Mógł sobie na to pozwolić, dzięki charakterystycznej dla siebie liczbie „głównych” bohaterów, których jest co najmniej kilkunastu. Ta mnogość postaci, z których każda ma własną historię do opowiedzenia (mimo że ich losy często się wzajemnie przeplatają), jest także powodem typowej dla autora objętości książki, która w tym przypadku liczy 842 strony.

Już po przeczytaniu kilkudziesięciu z nich zdajemy sobie sprawę, że powieść ma sporo wad. Jednak zanim o nich, chciałbym docenić kilka mocnych aspektów, których także nie brak w Słupie ognia:

  1. Obiektywność – celem Folletta wydaje się być podkreślenie, że nietolerancja jest zawsze postawą naganną. Ukazuje okrucieństwo i niesprawiedliwość zarówno katolików, jak i protestantów, których pobudki często wynikają nie z przekonań religijnych, ale raczej z rządzy władzy czy bogactwa. Udało mu się stworzyć dosyć wiarygodny obraz niepewności i strachu, jaki towarzyszył ówczesnemu społeczeństwu.
  2. Bezpośredniość – autor zna realia epoki i nie boi się ich dobitnie ukazać. W Słupie ognia znajdziemy opisy tortur (np. łamanie kołem czy duszenie wodą), egzekucji (np. palenie na stosie) czy sposobów prowadzenia polityki (np. poprzez zlecenie morderstwa). Taka dosadność pozwala nam o wiele łatwiej wczuć się w klimat książki.
  3. Dynamika – właściwie od samego początku zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń politycznych. Nasi bohaterowie są często pomocnikami postaci historycznych, które rzeczywiście odegrały istotną rolę w rozwoju wypadków na arenie międzynarodowej. Oczywiście należy pamiętać, że są to w dużej mierze domysły bądź czysta fikcja literacka. Niemniej zdecydowanie pozwala to zaciekawić czytelnika, który z przyjemnością może obserwować przełomowe wydarzenia z perspektywy osób żyjących w tamtej epoce. Jest to, moim zdaniem, najmocniejsza strona powieści.

Jednak, jak już zaznaczyłem, Słup ognia ma też spore wady, a oto one:

  1. Sztuczność – podstawowym czynnikiem, który sprawia, że jesteśmy w stanie zagłębić się lekturze i wręcz „wejść w świat” jakiejkolwiek książki jest prawdopodobieństwo. Postacie, ich rozmowy i zachowania muszą nam, przynajmniej po części, przypominać rzeczywistość. Tu w większości wypadków tego nie ma. Bohaterowie podejrzanie reagują na zdrady swoich przyjaciół, morderstwa członków rodziny czy utraty całych majątków. Dialogi są bardzo sztywne – raczej nie znajdziemy tam tematów, które nie są ściśle związane z aktualnym rozwojem fabuły, są poza tym bardzo lakoniczne, a sposób wypowiedzi przypomina najwyżej współczesnego gimnazjalistę (nawet u dużo starszych osób wywodzących się z arystokracji, którzy musieli przecież odebrać staranne wykształcenie). Wydarzenia cechuje też duże nieprawdopodobieństwo: chociażby, kiedy jedna z najważniejszych osób w państwie daje się pouczać w kwestiach polityki przez młodziutkiego mieszczanina, którego właśnie poznała albo gdy średniozamożny angielski kupiec udaje się w podróż do monarchy obcego imperium, by przekonać go do poparcia konkretnego kandydata do tronu – władca nie tylko go wysłuchuje, ale i w zupełności się z nim zgadza. Follett zawodzi także w intrygach dworskich, które przypominają raczej plany Dundersztyca z Fineasza i Ferba niż grę na śmierć i życie, prowadzoną przez najpotężniejszych ludzi ówczesnej Europy.
  2. Toporność – podkreślałem już, że autor wykazuje się rozległą wiedzą dotyczącą realiów XVI wieku. Niestety przelewając ją na karty powieści, zdecydował się traktować czytelnika jak dziecko, któremu wszystko trzeba podać na tacy. W ten sposób dostajemy nastoletnią córkę burmistrza na przyjęciu u pewnego hrabiego, która głośno dziwi się, że role kobiece w teatrze grane są przez młodych mężczyzn. Oczywiście w ten sposób autor może skierować się do jak najszerszego grona odbiorców, z których nie każdy musi posiadać jakąkolwiek wiedzę historyczną. Jestem jednak przekonany, że można było zrobić to w zgrabniejszy sposób.
  3. Płytkość – czytelnicy szukający w lekturze wiarygodnych, złożonych postaci o skomplikowanej osobowości gorzko się zawiodą. Bohaterowie Słupu ognia są biało-czarni: albo wyidealizowani i szlachetni, albo okrutni. Ponadto wszyscy zdają się być niesamowicie naiwni – i to nieważne czy chodzi o nastoletnią dziewczynę, 50-letnią handlarkę, najpotężniejszych francuskich arystokratów, czy starego biskupa. Większość kreacji przywodzi na myśl raczej kreskówkę niż powieść doświadczonego i cenionego pisarza.

Jak widać Słup ognia jest daleki od doskonałości. Muszę przyznać, że w porównaniu z dotychczas znanymi mi dziełami autora jestem rozczarowany. Nie oznacza to jednak, że powieści nie da się czytać. Wspomniana już dynamika akcji, interesujące wydarzenia i bezrefleksyjne dialogi sprawiają, że możemy przez ponad 800 stron przejść zdumiewająco lekko. Jednak, czy będzie to lektura satysfakcjonująca? Moim zdaniem nie i nie mogę polecić tej książki żadnemu wymagającemu czytelnikowi.

Ocena 5,5/10

korekta – Viktoria Kopaczewska

O wartości studiów humanistycznych i ich obecnej popularności – Michał Nowakowski

Jeśliby zapytać kogokolwiek z nas o największy upadek kultury w dziejach Europy, to z dużym prawdopodobieństwem – niezależnie od stopnia naszej wiedzy historycznej – wskazalibyśmy drugą połowę V wieku. Upadek Cesarstwa Rzymskiego (a konkretniej jego zachodniej części) przyczynił się do ogromnych zmian w dalszym rozwoju i kształcie społeczno-polityczno-gospodarczym Europy oraz jej kultury. Błędem byłoby jednak upraszczanie tego kompleksowego zagadnienia przez zwykłe wyliczenie przyczyn i skutków. Temat ten wymaga ostrożnego i dokładnego zbadania przez specjalistów epoki – a takich prób było już wiele. Zmierzam jednak do tego, by zaznaczyć, że Rzym nie upadł nagle: umiejscowienie tego wydarzenia w roku 476 jest umowne i ma rację bytu jedynie w myśleniu nienaukowym.

Profesor Paul Freedman, wykładowca historii średniowiecznej Uniwersytetu Yale, w swoich wykładach podkreśla, że ludzie żyjący w IV i V wieku nie mieli pojęcia, że rozpoczynają epokę, która doczeka się miana „wieków ciemnych”. Dopiero my, z perspektywy czasu, jesteśmy w stanie wskazać znaczną różnicę między wykształceniem, które odbierali oni, a tym, które charakteryzowało ludzi kultury jeszcze 200 lat wcześniej. Oczywiście taka generalizacja jest często niesprawiedliwa, bo trudno nie nazwać postaci takich jak św. Augustyn erudytami. Jednak w przekrojowym ujęciu elity umysłowe wieku V mogły pochwalić się znacznie mniejszą znajomością Cycerona, Wergilego czy Horacego. Często obce były im też zasady klasycznej retoryki, a ich pojęcie cnoty było inne niż typowo rzymskie virtus lub (jeszcze bardziej odległe) greckie arete.

Śledząc te przemiany kulturowe sprzed ponad półtora tysiąca lat, można zauważyć choć cień podobieństwa do sytuacji nam aktualnej. W wieku XIX czy na początku XX nie znaleźlibyśmy się na żadnym szanującym się uniwersytecie bez znajomości łaciny, greki czy podstaw filozofii – dla kontrastu dzisiaj trudno spotkać studenta, który włada językami antycznymi, o ile nie są one przedmiotem jego studiów. Oczywiście niekoniecznie musi to od razu wskazywać na kryzys wykształcenia: zupełnie rozsądny wydaje się argument, że dzisiejszy uniwersytet (albo raczej szkoła wyższa) skupia się na przekazaniu studentom wiedzy bardziej praktycznej, która będzie użyteczna w ich codziennym życiu oraz karierze – natomiast książki sprzed dwu tysięcy lat należy zostawić dla pasjonatów.

Zastanówmy się jednak, dlaczego wiek XIX – który przecież od starożytności też dzieliło sporo czasu – kultywował tradycje antyczne. Otóż wynikało to z przekonania, że studia humanistyczne, jak żadne inne, pozwalają w pełni rozwinąć się człowiekowi, kształtując jego charakter oraz moralność. Głównym celem czytania starożytnych było wydobycie z ich tekstów tych wartości, które posłużą naszej autokreacji. A po co? Po to by służyć społeczeństwu! By je naprawiać, inspirować i kierować nim na drodze do rozwoju.

Potrzebę samodoskonalenia i trudu z tym związanego podkreślał już Marek Tulliusz Cycero, który sformułował ideę otium cum dignitate – zaszczytnego wypoczynku. Miał on polegać na wykorzystywaniu swojego czasu wolnego na służbę społeczeństwu (m.in. przez własny rozwój). W tym samym duchu pisali humaniści renesansowi, jak np. Giovanni Pico della Mirandola, autor De hominis dignitate (O godności człowieka), który podkreślał, że być człowiekiem znaczy nieustannie kształtować własną osobę, a ci, którzy tego nie robią, nie różnią się w zasadzie od zwierząt: „Jeśli zobaczyłbyś jakiegoś człowieka, który dba tylko o żołądek i pełza po ziemi, ten korzeniem jest raczej przytwierdzonym do ziemi niż człowiekiem. A jeśli zobaczyłbyś, że ktoś, jakby przez Kalipso czarodziejskimi sztuczkami oślepiony i fałszywą ułudą omamiony, jest niewolnikiem zmysłów — zwierzę widzisz, a nie człowieka”. Wśród Polaków także nie brakowało głosów nawołujących do poprawy czy to samych siebie, czy całego narodu, a za przykład niech posłużą Andrzej Frycz Modrzewski ze swym dziełem De Republica emendanda (O naprawie Rzeczpospolitej) czy Kazania sejmowe Piotra Skargi. Są one namacalnym dowodem na to, jak wiedza humanistyczna jest w stanie przerodzić się w narzędzie służące państwu. Tak więc studia humanistyczne (których nazwa wywodzi się notabene od zapoczątkowanego w odrodzeniu programu kształcenia, studia humanitatis, obejmującego retorykę, poetykę, gramatykę, historię i filozofię moralną) mają na celu nie tylko przekazywać informacje, ale przede wszystkim kształtować charakter, a co za tym idzie – etos obywatela. Nie bez powodu przecież Homera nazywano wychowawcą społeczeństwa, a za główne zadanie sztuki uważano paideię, czyli szeroko pojęte wychowanie.

Można spodziewać się, że takie ukazanie walorów studiów humanistycznych sprowokuje zarzuty o propagowanie przeze mnie elitaryzmu. No bo w końcu tylko mała część społeczeństwa jest aktywnie zaangażowana w politykę. Otóż, po pierwsze, zdolności oratorskie, erudycja i poprawnie ukształtowany kręgosłup moralny są (a przynajmniej powinniśmy dążyć do tego, by były) cenione wszędzie, nie tylko w polityce. Nie możemy zapominać, że oprócz wykonywanych przez nas zawodów jesteśmy także (a może przede wszystkim) obywatelami Rzeczpospolitej Polskiej, a chociażby zalążek wartości wyniesiony ze studiów humanistycznych pozwoli nam lepiej tę rolę pełnić. Po drugie, nie uważam, by plan szkolny czy akademicki był na tyle przeładowany przedmiotami, które muszą tam być koniecznie, by nie można było sobie pozwolić na chociażby jedną czy dwie lekcje łaciny tygodniowo.

Pogląd ten jest niestety coraz mniej popularny, gdyż we wszystkim, co nie daje „praktycznej” umiejętności, widzi się stratę czasu. Jeśli ta tendencja się utrzyma, możemy doczekać czasów, kiedy jedyną różnicą między ludźmi pierwotnymi a nami będzie technologia, a jej rozwój będzie utożsamiany z rozwojem człowieka. Może należałoby się zastanowić, dlaczego nasi współcześni politycy nie nawołują do „naprawy Rzeczpospolitej” (a przynajmniej dlaczego nie nawołują bezinteresownie) i dlaczego większość z nich ma problem przy próbie wypowiedzenia się kilkoma pełnymi zdaniami, bo odpowiedź może leżeć w stanie obecnej popularności nauk humanistycznych.

 

korekta – Monika Błaszczak

Recenzja „Azylu” Jarosława Grzędowicza – Karolina Wnuk

Każdy z nas ma takie sprawy z przeszłości, do których wolałby już nie wracać. Lepiej o nich zapomnieć, zostawić gdzieś, zagubić. Jarosław Grzędowicz może nie wstydzi się swoich młodzieńczych tekstów, ale na pewno jeszcze do niedawna myślał, że nigdy ich nie odnajdzie. Aż do czasu, gdy Fabryka Słów uparła się, że opowiadania znajdzie, zbierze w antologię i wyda. Więc znalazła, wydała i tak powstał Azyl.

Autorowi Pana Lodowego Ogrodu w tym roku wybiło 35 lat pracy twórczej. Z tej okazji wydawca podjął się niełatwej pracy odnalezienia nawet tych najstarszych tekstów Grzędowicza. Sam wątpił w powodzenie misji i już na początku przyznał, że jego debiut z 1982 roku, Azyl dla starych pilotów, przepadł bezpowrotnie. Jednak Fabryce udało się dotrzeć do dziewięciu opowiadań, które możemy przeczytać w zbiorze w możliwie pierwotnej postaci – jeszcze przed opowiadaniami, we wstępie do Azylu, Grzędowicz zapewnia, że w tekstach poprawił tylko drobne błędy. Czytelnik trzyma więc w ręku książkę z jednej strony pachnącą świeżym papierem, oprawioną w błyszczącą, piękną okładkę (lub e-booka zajmującego cudownie mało miejsca w torebce), ale z drugiej strony te słowa zostały napisane kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat temu. Otwieramy więc razem z autorem tę unikalną kapsułę czasu i jesteśmy jakby świadkami jego rozwoju pisarskiego.

Na książkę składają się opowiadania tak różne, że nie sposób ocenić jej jako całości. Grzechem byłoby jednak, gdybym nie wspomniała, jak starannie została wydana. Oprócz słowa wstępu i obfitego posłowia możemy też przeczytać komentarze autora umieszczone przy każdym opowiadaniu, co pozwala nam zrozumieć okoliczności ich powstania i stosunek samego Grzędowicza do każdego tekstu. Przez to sami stajemy się, tak jak on, obserwatorami odkurzonych z przeszłości perełek. To dobrze, że możemy poznać coś więcej niż same dzieła, ale czy nie dużo lepiej czytałoby się opowiadanie, wiedząc o jego genezie jeszcze przed początkiem lektury? Daty powstania niektórych z nich trzeba szukać w posłowiu albo w internecie. Możliwość zliczenia czasu między napisaniem czy publikacją kolejnych dzieł jeszcze bardziej podsyciłaby naszą ciekawość. Moglibyśmy łatwo oszacować, w jakim tempie Grzędowicz rozwijał się pisarsko. Obecna forma to trochę jak prolog na końcu książki – teoretycznie da się czytać, ale w praktyce czegoś na początku brakuje. Tym bardziej, że czytając kolejne teksty i zapominając na chwilę o specyfice zbioru, można odnieść wrażenie, że zostały napisane w krótkim odstępie czasowym i specjalnie do tej antologii.

Przyjrzyjmy się każdemu tekstowi z osobna – przecież każdy z nich to zupełnie inny Grzędowicz. Na sam początek jesteśmy uraczeni debiutem opublikowanym na łamach czasopisma „Odgłosy”. Azyl dla starych pilotów odkrywa przed nami oblicze świata, w którym codzienne zmagania życiowe bohatera z krwiożerczymi monstrami zostają sprowadzone do rozrywki dla gawiedzi. Niech nie zwiedzie was, drodzy przyszli czytelnicy, niewielka objętość i krótka fabuła! Opowiadanie naszpikowane jest mnóstwem emocji i barwnych opisów. A z komentarza autora dowiecie się, jak na ten debiut zareagowała nauczycielka języka polskiego 🙂

Ruleta to z kolei historia człowieka stającego się ofiarą systemu. Ale chwila, czy nie ma nic prostszego niż reguła, że o wszystkim w życiu decyduje prawdopodobieństwo i szczęście? Przecież to niemożliwe, że absolutnie zawsze będziemy mieć pecha. Garth przegrał już studia i dobrą pracę, więc może teraz los będzie dla niego łaskawszy? Czytelnik, wciągnięty błyskawicznie w wir wydarzeń spotykających bohatera, poznaje granice paradoksu sprawiedliwego systemu. Grzędowicz bezbłędnie wykorzystuje obfitość dialogów i nie przebiera w środkach, aby pokazać czytelnikowi, do czego prowadzi dążenie do utopii.

Przyznam, że na początku Twierdzy Trzech Studni trochę się pogubiłam. Lądujemy w samym środku międzyrasowego konfliktu, w którym nie do końca wiadomo, o co chodzi. Typowy dla opowiadań brak miejsca na dłuższe wyjaśnienia zmusza autora do pędzenia z fabułą. Z niezrozumieniem mają też do czynienia bohaterowie. Zarówno zacofani technologicznie, ale uduchowieni tubylcy (bo czy można pojąć, dlaczego mają tak po prostu poddać się narzucanym rozkazom najeźdźcy i uwierzyć, że nie ma dla nich ratunku?), jak i będący ich zupełnym przeciwieństwem najeźdźcy (bo przecież idea podboju zakłada bezwzględną zagładę ludzi i podporządkowanie sobie zdobywanych terenów). Mimo moich trudności z nadążeniem za warstwą fabularną, czułam, że przez opowiadanie przebija smutna, ponadczasowa wizja stłamszonego, pokonanego świata pozbawionego kultury i moralności. Uśmiech na mojej twarzy wywoływały za to fragmenty, które stają się niejako zapowiedzią Pana Lodowego Ogrodu, w którym podobna (choć raczej ideologiczna) walka trwa przez cztery tomy.

Śmierć szczurołapa to opowiadanie chyba najbardziej ze wszystkich zaskakujące. A szokują tutaj co najmniej dwie rzeczy. Po pierwsze, niesamowicie ludzki i tożsamy z bohaterem narrator. Trzecioosobowa perspektywa to tak naprawdę niezła zmyłka, bo podczas czytania odniosłam wrażenie, że sam Kirosjan jest autorem swoich zagranicznych przygód. Druga sprawa, która zaskakuje, to fakt, że kilkunastoletni tekst może tak dobrze wpisywać się w dzisiejsze realia. Uchodźstwo w Śmierci… niewiele różni się od rzeczywistości – w obu przypadkach uciekający przed wojną spotykają się z niezrozumieniem i spychaniem na margines społeczny. Miejmy nadzieję, że przynajmniej ogromne szczury pozostaną tylko na kartach opowiadania. Świat nie potrzebuje kolejnej dżumopodobnej plagi.

Zbliżając się do środka antologii, zostajemy uraczeni minipowieścią Przespać piekło. Tu nie mam uwag. Tekst spośród wszystkich najdłuższy, ale nie trzeba się nad nim specjalnie długo rozwodzić. Już w połowie miałam wrażenie, że przecież wątek się rozwiązał, koniec! Jakaż była radość, kiedy z błędu wyprowadziła mnie druga część fabuły, wywracająca myślenie o tekście do góry nogami. Bardzo dobrze się stało! Mimo na stałe chyba goszczącego w opowiadaniach Grzędowicza przewlekłego smutku, autor nie pozbawia nas na szczęście iskierki nadziei na lepszą przyszłość, która z czasem naprawdę nadchodzi.

W Domu na Krawędzi Światła doświadczamy miękkiej, subtelnej polemiki z wiarą i życiem po śmierci. Co, jeśli Boga już nie ma, ale może kiedyś wróci? Ile mamy na niego czekać? Grzędowicz pokazuje, jak wielkie rzeczy może zdziałać wiara i w jakim stopniu może ona wpływać na człowieka. I znów sam tekst jest równie świetny, jak świetnie wyjaśnione są w komentarzu okoliczności jego powstania!

Niezwykła forma Enter i jesteś martwy zaciekawia już od pierwszych słów. Opowiadanie okazuje się być równie mocno ponadczasowe jak Śmierć szczurołapa. Brutalna wizja śmierci nie cielesnej, a społecznej daje do zrozumienia, że przecież dzisiejszy świat zmierza do podobnej postaci. Okazuje się, że zablokowanie kogoś w sieci jest skuteczniejszą formą morderstwa niż wpakowanie mu kulki w głowę. Dobrze przemyślana krytyka konsumpcjonizmu, cybernetyki i coraz częstszego myślenia o człowieku jako o ciągu cyfr i danych logowania do stron internetowych.

Do czego mogą doprowadzić eksperymenty z ludzkimi uczuciami? Czy można wydać Rozkaz kochać!? Grzędowicz pokazuje, że ten kij ma dwa końce. Bo umówmy się, dla ukochanej osoby jesteśmy w stanie zrobić wszystko, nawet zabić mackowate potwory na drugim końcu wszechświata, tylko po to, żeby pozwolić wybrance serca pobrać próbki ziemi z nieznanej planety. Ale miłość w Rozkaz kochać! nie jest wieczna. A przecież stałość w uczuciach to jedna z najbardziej ludzkich rzeczy w człowieku. Po raz kolejny podczas lektury antologii zetknęłam się z cierpieniem (ale czy na pewno?) bohatera, tym razem spowodowanym przez brutalny transhumanizm.

Chwila przed deszczem zaczyna się dość niepozornie i niefantastycznie. Negocjator, próba uratowania dziewczynki przed śmiercią z ręki ojca, skoordynowana akcja służb specjalnych – szara codzienność ludzi służących krajowi w imię bezpieczeństwa obywateli. Drugie dno opowieści odkrywa z czasem najbardziej niepozorna postać, przez którą miała miejsce naprawdę niezła sieczka. Przemyślane sceny odsłaniają krok po kroku tajemnicę, paradoksalnie jeszcze mocniej wpędzając czytelników – ale też bohaterów – w osłupienie. A wszystko to w świecie, gdzie zupełnie nikt nie spodziewa się ani sekciarskich wymysłów, ani apokalipsy. Opowiadanie zostało napisane, jak mówi autor, już „w czasach nowożytnych”, ale czytając teksty jeden po drugim, można naprawdę uwierzyć, że wszystkie były tworzone w podobnym czasie. Wysoki poziom od samego początku do końca.

Najbardziej cieszy to, że Grzędowicz nie pisze opowiadań bez celu i bez przyczyny. Każdy tekst nasiąknięty jest do szpiku kości czymś, co po przeczytaniu każe nam na chwilę odłożyć książkę i pomyśleć: „Cholera, ale to prawdziwe”. I mimo że co kilkadziesiąt stron podróżujemy po zupełnie różnych zakątkach wyobraźni autora (a może lepiej powiedzieć „kilku autorów”, bo pierwszy tekst pisał osiemnastoletni debiutant, ostatni – czterdziestopięcioletni pisarz z dużym dorobkiem), to z absolutnie wszystkich opowiadań bije coś bardzo realnego. To coś wchodzi w głowę bardziej niż mocny alkohol, pozostając tam na długo i przynosząc mnóstwo pytań bez odpowiedzi. A na tym właśnie polega dobra fantastyka socjologiczna.

Recenzja „Wilczego leża” Andrzeja Pilipuka – Krzysztof Abramowski

Wielki Grafoman znów zaserwował zestaw solidnie skrojonych tekstów. Wilcze leże, najnowszy zbiór opowiadań Andrzeja Pilipiuka, miał premierę 28 czerwca 2017 roku. W środku znajdziemy dziesięć utworów. Powracają stare i lubiane klimaty PRL-u, agentów, likantropii oraz zagadek historycznych. Można się pokusić o sporo uogólnień, a zacznę sadystycznie od tych negatywnych.

Na przykład fabuła. Jeśli liczymy na wystrzałową akcję, raczej się zawiedziemy. Sporo tekstów to dociekania Roberta Storma, odbywające się „w zawieszeniu” za jego biurkiem lub w pokoju, często otrzymujemy niemal „ścianę” przemyśleń czy po prostu wynurzeń bohaterów na tematy historyczne. To może być zaleta tego zbioru, gdy oczekujemy od prozy artystycznej pewnej dawki „edukowania” czytelnika. W przeciwnym wypadku – możemy łatwo się zniechęcić wkładanym w usta bohaterów researchem. Dodajmy, gwoli ścisłości, bardzo dobrym i budzącym podziw.

Konkretnym przykładem będą Odległe krainy. Kilka pierwszych stron czytało mi się z trudnością, ale muszę przyznać, że koncepcja jest ciekawa i godna uwagi. Właściwie, główna akcja dzieje się w głowie bohatera – Roberta Storma – prowadzącego śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia dziecka na wózku inwalidzkim. Detektyw stopniowo próbuje przeanalizować i zbadać tajemnicę warstwa po warstwie, aż wpada na ślady sugerujące, że w zniknięcie chłopaka zamieszana była zapomniana, żydowska magia. Brzmi interesująco? To prawda, ale na końcu otrzymujemy puentę, która… raczej nie zadowala czytelnika. Oto przebrnęliśmy przez całą zawiłą historię, aby na końcu nie poznać rozwiązania zagadki.

Innym razem spotykamy się z Promieniami X i opowieścią doktora Pawła Skórzewskiego. Wraz z doktorem Fryczem używają rentgenów do zbadania ludzi w pewnej wiosce na Lubelszczyźnie. W trakcie badań dochodzi do ciekawego odkrycia. To krótki tekst, ale autor (znowu) solidnie się przygotował i na kilku stronach pokazał, jak medycyna wchodzi do „zaściankowego” świata i co może się z tym wiązać.

Warto wspomnieć o bardzo dużej zalecie Wilczego leża, czyli warstwie słownej. Na przestrzeni całego zbioru widzimy zamiłowanie Pilipiuka do krótkich zdań, ciekawych porównań, rozdzielenia języka narracji od języka bohaterów. W zależności od głównych postaci opowiadań odczuwamy przejścia między narracją pierwszo- i trzecioosobową. Skutkuje to szafowaniem emocjami czytelnika: z jednymi kreacjami bardziej się utożsamiamy, z innymi mniej, ale mogę stwierdzić z całą pewnością, że taki był celowy zabieg Wielkiego Grafomana, który świetnie operuje wszelkimi możliwościami, jakie daje nam język polski.

Gdybym miał wskazać najlepszy tekst, byłaby to Lalka. Historia zabiera nas do opowieści o zabawce z sex-shopu – podarunku od byłej dziewczyny Roberta Storma. Skąd się ona wzięła i czym jest, dowiadujemy się na następnych stronach. Opowiadanie jest przykładem dobrze skonstruowanej akcji z ciekawym zakończeniem, pozostawiającym u czytelnika sporo frajdy, iż razem z bohaterem rozwiązał kolejną zagadkę. A przynajmniej połowicznie…

Na koniec nie można odmówić Fabryce Słów tego, czego powinniśmy od niego oczekiwać – ciekawego opakowania tekstów. Ilustracje Pawła Zaręby są klimatyczne, utrzymujące czytelnika w zawieszeniu i oczekiwaniu na rozwiązanie następnych tajemnic. Wystarczy spojrzeć na kompozycję rysunków z Odległych krain i Lalki, gdzie wykorzystano podobny motyw. Krańce rysunków są wycieniowane jak we śnie, widzimy centrum stanowiące tylko urywek jakiejś większej scenerii, którą możemy już sobie sami wyobrazić.

Słowem podsumowania, autor Wilczego leża przykłada wielką wagę do detali. Solidnie przygotowane dialogi i historyczne wtręty mogą zachwycić, ale nie jest to również pozycja dla wszystkich. Z pewnością nie odstawimy książki z wrażeniem: „Wow! Będę pamiętał to opowiadanie za 5 lat!”. Pisarz raczej nastawił się na płynną opowieść zamiast na wiekopomne dzieło – po prostu na umilenie wieczoru czytelnikowi. Myślę, że to właśnie mu się powiodło, bo opowiadania Pilipiuka czyta się zawsze z wielką przyjemnością.

Dziękujemy Wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie książki do recenzji.

 

Ocena: 4/5

Liczba stron: 350

Format: 125×195 mm

Oprawa: miękka

Cena: 39,90 zł

„Młody”, czyli poradnik jak kierować własnym rodem – Michał Nowakowski

Kiedy swoją premierę miała poprzednia część cyklu Tajnych akt Vespera, był rok 2008, Barack Obama dopiero kandydował na urząd prezydenta, a serwisy takie jak Snapchat czy Instagram jeszcze nie istniały. Pomimo upływu niemal dekady fani serii nie zawiedli i przyjęli czwarty tom z ogromnym entuzjazmem. Postanowiliśmy zatem sprawdzić, czy Młody, najnowsza książka Magdaleny Kozak, jest w stanie sprostać ich oczekiwaniom.

Już na początku historii czytelnik zastaje główną postać, czyli Vespera, w obliczu nowego wyzwania. Bohater, który przebył długą drogę od tajnej jednostki ABW do bycia pełnoprawnym wampirem, został Lordem, co oznacza, że od jego decyzji zależą teraz losy całego Rodu Inanitów. Rzucony na głęboką wodę musi odnaleźć się w brutalnej grze intryg, zdrad i spisków, co będzie tym trudniejsze, że jego przeciwnicy są graczami wiele bardziej doświadczonymi. Powrót do świata wampirów oznacza ponowne spotkanie z uwielbianymi postaciami, znanymi z poprzednich tomów. Jednak tym razem możemy przyjrzeć się im z nieco innej perspektywy – i tak mamy okazję obserwować jak Ultor czy Viticula, którzy – jako starzy przywódcy swych Rodów – jeszcze nie tak dawno nie dostrzegliby istnienia Vespera, zmuszeni są traktować go niczym równego sobie. Nie zabraknie też, oczywiście, nowych kreacji, takich jak chociażby Ignis, które dla cyklu są powiewem świeżości.

Tym, co natychmiast zwraca naszą czytelniczą uwagę, jest dynamizm, z jakim poprowadzona została fabuła. Częste dialogi oraz brak fragmentów spowalniających akcję (na przykład licznych opisów czy rozmów i wydarzeń niewnoszących nic wartościowego do powieści) sprawiają, że książkę czyta się wyjątkowo lekko. Rozwiązanie to niesie jednak ze sobą pewne ograniczenia. Przede wszystkim przewaga rozmów oraz lakoniczność opisów zarówno miejsc akcji, jak i samych postaci, zostawiają, co prawda, pole do popisu dla naszej wyobraźni, ale jednocześnie nie pozwalają przeniknąć nam do wykreowanego świata w stopniu zadowalającym czytelnika.

Tu przechodzimy, do moim zdaniem, największego atutu książki. Uniwersum wykreowane przez Magdalenę Kozak jest niezwykłe. Krwiożerczy półświatek wampirów udekorowany brawurowymi akcjami i wojskowymi niuansami przykuwa uwagę, sprawiając, że chcemy w nim przebywać jak najdłużej. Smaczku dodają wspomniane wcześniej intrygi, a także rywalizacja między Rodami, podczas której Vesper musi pokazać swój spryt oraz rozwagę. Jednak świat nabiera pełni barw dopiero w połączeniu z zaskakującą i niebanalną fabułą jaką uraczyła nas autorka powieści. Nie ma tu schematów typowych dla gatunku, jest za to dużo nieoczywistych zwrotów akcji.

Kolejnym istotnym elementem są dialogi, które, jak wspomniałem wyżej, stanowią fundament książki. Mają one jednak swoją jasną i ciemną stronę. Częstsze, o wiele bardziej realistyczne są rozmowy nieoficjalne, jak pozwoliłem je sobie nazwać. Toczone podczas akcji czy zwykłych interakcji pomiędzy Inanitami. Nie brak w nich wulgaryzmów oraz kolokwializmów, co przekłada się na to, że dość łatwo możemy sobie wyobrazić, iż tak właśnie wyglądają wymiany zdań między wojskowymi. Przeciwwagą są konwersacje prowadzone w tonie oficjalnym, czy to podczas spotkań Lordów, czy przyjęć w siedzibie Viticuli. Są one dosyć toporne, sztampowe i raczej nie przekonują, że tak rozmawiają ludzie (a raczej wampiry) z wyższych sfer. A szkoda, bo jest to element, który mógłby zaoferować intelektualną rozrywkę dla bardziej wymagających czytelników. Inną cechą charakterystyczną dialogów jest to, że często toczone są między wieloma osobami naraz.

Postacie pojawiające się w powieści może nie są zbyt głębokie czy rozbudowane charakterologicznie, ale na pewno – ciekawe i zróżnicowane. Pociąg oraz sympatia jaką czujemy do wybranych bohaterów niewątpliwie pomaga nam zaangażować się w wydarzenia powieści, a grożące im niebezpieczeństwa przyjmować z przyspieszonym biciem serca. Docenić należy także fakt nadania wielu postaciom indywidualnych zwyczajów językowych – i tak obok często klnącego Resa mamy Ignisa, który wplata łacińskie sentencje w swoje wypowiedzi.

Pytanie, komu poleciłbym Młodego, jest dosyć skomplikowane. Na pewno fanom serii – znajdą oni w książce kolejną porcję krwawych walk i strzelanin, do których się przyzwyczaili i które tak kochają. Poleciłbym go również osobom szukającym przyjemnej, niezobowiązującej lektury osadzonej w naprawdę fascynującym świecie. Trudność pojawia się przy określeniu grupy wiekowej, w jaką celuje autorka. Z jednej strony – typ i forma książki każą wątpić, by sięgnęło po nią wielu starszych czytelników. Z drugiej – siarczyste wulgaryzmy i dość obcesowo potraktowane sceny erotyczne prowokują pytanie, czy jest to książka odpowiednia dla młodych odbiorców. Zatem uważam, że będzie to pozycja stosowna dla nieco dojrzalszej młodzieży, która znajdzie w Młodym to, co najciekawsze we współczesnej fantastyce.

Ocena: 3/5

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Premiera: 24 maja 2017

Dwa oblicza Harry’ego Pottera, czyli jak książka dla dzieci przerodziła się w dojrzałą powieść – Michał Nowakowski

Gdy na początku lat 90. J.K. Rowling zaczynała kreślić zarysy fabuły Harry’ego Pottera, nie miała pojęcia jak wielki wpływ wywrze on na milionach osób (w tym na mnie), dla których jej dzieło będzie czymś o wiele większym niż jedynie kolejnym przeczytanym tytułem. W tamtym czasie jedynym marzeniem Brytyjki było wydanie swojej książki i już samo to było dla niej olbrzymim sukcesem. A żeby powieść przerodziła się ostatecznie w całą serię, wykraczało poza jej najśmielsze oczekiwania. Dlatego też nieuniknionym było, że na przestrzeni siedmiu części jakie liczy saga, pojawią się pewne różnice. Kamień Filozoficzny jest historią skierowaną typowo do dzieci. Magiczny i cudowny świat, do którego każde dziecko chciałoby trafić, dał podstawę do rozwoju dużo bardziej dojrzalszej fabuły ukazanej w następnych tomach. Rowling bowiem, tak jak jej fani, dojrzewa na przestrzeni kolejnych publikacji – dojrzewa jako pisarka. Ale jak to się stało, że Insygnia Śmierci tak odbiegają od Kamienia Filozoficznego?

Kluczowym, według mnie, punktem zmian w sadze jest część czwarta. To tutaj początkowo bajkowo-sielankowy charakter przeradza się w dojrzałą historię, która m.in. porusza ważne problemy społeczne. Dlaczego tak sądzę? Otóż w Czarze Ognia po raz pierwszy śmierć zostaje ukazana tak dobitnie. Nie jest to już tylko ogólnikowa wzmianka, jak to miało miejsce w przypadku Quirella. Tu ginie nie tylko ważna fabularnie, ale także niewinna postać, jaką niewątpliwie był Cedric. Tym samym Rowling wychodzi ze świata bajek i pokazuje, że życie nie zawsze jest tak sprawiedliwe i kolorowe, jakim chcielibyśmy je widzieć. Jest to punkt widzenia diametralnie różny od wcześniejszych tomów kończących się happy endem.

Kolejnym punktem zwrotnym dla fabuły zawartej w Czarze Ognia jest odrodzenie się Voldemorta. W poprzednich częściach był on ukazany po prostu jako „główny zły”, postać skonstruowana według znanych nam z innych dzieł kultury schematów. Jego pełny powrót daje natomiast początek nowej formie. Odtąd mamy do czynienia ze złem wyrafinowanym, subtelnym, a przez to jeszcze straszniejszym. Dzięki późniejszym podróżom w głąb myślodsiewni jesteśmy w stanie poznać genezę Toma Riddle’a. Odkrywamy jak z błyskotliwego i ujmującego sieroty stał się okrutnym mordercą, terroryzującym całe społeczeństwo. Ponadto poznajemy różne aspekty jego psychiki, takie jak jego skłonność do gromadzenia trofeów, zdolność do manipulacji czy potrzeba wyróżnienia się. W ten sposób Rowling wykreowała postać złożoną i wielowymiarową, a przez to bardziej interesującą dla dojrzalszego czytelnika.

Nie jest to koniec zmian jakie wprowadza część czwarta. Pojawienie się zaklęć niewybaczalnych i śmierciożerców miało znaczący wpływ na dalsze kształtowanie się fabuły. Dodały jej nie tylko mroczniejszego charakteru, ale także uczyniły bardziej realistyczną (o ile można mówić o realizmie w świecie czarodziejów). Jest to także tom, w którym autorka poruszyła inny ważny problem. Skrzaty domowe, które w Komnacie Tajemnic poprzez postać Zgredka były jedynie uzupełnieniem fabularnym, stają się w Czarze Ognia metaforą nierówności społecznej. Temat ten został podkreślony dzięki działaniom Hermiony Granger, z którą, jak wiemy, autorka poniekąd się utożsamia.

Widzimy zatem, że Harry Potter i Czara Ognia jest częścią spajającą dwa różne oblicza opowieści. Są jednak takie zmiany, które pojawiają się nieco później. Jedną z nich jest przemiana osoby dyrektora Hogwartu. Właściwie przez niemal całe pierwsze pięć lat nauki Harry’ego w Szkole Magii i Czarodziejstwa Dumbledore jawi się nam jako potężny czarodziej, stojący z boku wydarzeń i czuwający nad Harrym. Natomiast od Księcia Półkrwi zaczyna on brać aktywny udział w kierowaniu losami chłopca, z którym spędza wiele godzin w strzeżonym przez gargulca gabinecie. Zaczynamy tu poznawać dyrektora od nieco innej strony, jednak dopiero część ostatnia odpowiada na nasze pytania o jego przeszłość i prawdziwą naturę. Albus zostaje tu ukazany bardziej ludzko. Dowiadujemy się o błędach jakie kiedyś popełnił, które skutkowały tragiczną śmiercią jego siostry, co miało znaczący wpływ na ukształtowanie się jego osobowości. Jest to zupełnie inne przedstawienie Dumbledore’a niż to znane z poprzednich książek. Zamiast nieomylności i idealizacji mamy mądrość okupioną wielkim cierpieniem. Tak oto Rowling, podobnie jak w wypadku Voldemorta, przerodziła bohatera schematycznego w wielowymiarowego i unikalnego.

Widzimy zatem, że autorka potrafiła bardzo zręcznie dostosować historię dla dzieci na potrzeby dojrzalszego odbiorcy. Jednak takie manipulowanie na bieżąco powieścią niesie ze sobą pewnie ograniczenia. Weźmy chociażby pojawianie się w późniejszych częściach elementów, o których powinniśmy wiedzieć wcześniej, a jednak nie było o nich żadnej wzmianki. W taki sposób dowiadujemy się nagle, że różdżka przechodzi w panowanie tego kto pokonał jej poprzedniego pana; że istnieje legilimencja i oklumencja, a zaklęcia niewerbalne nagle stają się bardzo powszechne, mimo że wcześniej prawie nikt (nawet spośród dorosłych czarodziejów) ich nie używał.

Kolejnym przykładem elementu nie do końca przemyślanego jest quidditch. Jeśli przyjrzymy się bliżej, to gra, którą żyje cały czarodziejski świat, jest po prostu bezsensowna. Sytuacja rywalizujących obrońców, pałkarzy i ścigających nie ma właściwie żadnego znaczenia, skoro szukający, łapiąc znicza, zyskuje ot tak 150 punktów, jest więc to dosyć absurdalne. Wyobraźmy sobie mecz piłki ręcznej, w którym jedna drużyna znacząco przegrywa, powiedzmy wynikiem 16:30, a tu nagle pojawia się złota piłeczka, której złapanie odwraca wynik meczu na 31:30. Sprowadza się to do tego, że w 90% przypadków zdobycie znicza wygrywa grę, czyniąc całą resztę niepotrzebnym.

Oprócz tego na przestrzeni kolejnych części pojawiają się zwykłe błędy logiczne. Co jeśli James i Lily Potterowie tak naprawdę nie musieli zginąć? Przypomnijmy sobie, że stało się to na skutek powierzenia roli strażnika tajemnicy Glizdogonowi, który zdradził ich Voldemortowi. Nic jednak nie tłumaczy dlaczego James sam nie został strażnikiem. Mógłby wtedy po prostu pozostać w bezpiecznym schronieniu wraz z żoną i synem, a Czarny Pan prawdopodobnie nigdy by ich nie odnalazł. Dla tych, którzy myślą, że to niemożliwe, przypominam, że dokładnie tak samo uczynili w ostatnim tomie zarówno Bill jak i Artur Weasley.

Widzimy zatem, że różnice pomiędzy początkiem a końcem serii podyktowane są zmianą jej charakteru. Z oryginalnej bajki dla dzieci stała się skomplikowaną i wzruszającą powieścią, czytaną przez ludzi we właściwie każdym wieku. Taka różnorodność świadczy o kunszcie pisarskim Rowling oraz jej szerokiej wyobraźni, jednocześnie niosąc ze sobą ograniczenia, których nawet ona nie zdołała uniknąć. Są to jednak drobne niedoskonałości, które, moim zdaniem, wcale nie odbierają Harry’emu Potterowi wartości, ale czynią go historią jeszcze bardziej unikatową.